Kinga bardziej niż migrantów boi się polskich żołnierzy. "Chore miejsce" na pograniczu
- Kinga chce jak najszybciej uciec z pogranicza polsko-białoruskiego. "To jest chore miejsce, w którym żyję jak na wojnie" - mówi w tokfm.pl dziewczyna;
- "Moja mama boi się polskich żołnierzy, bo kiedyś w lesie wzięli ją za migrantkę i wycelowali w nią karabin. Moi koledzy ze szkoły boją się uchodźców. Ja to chyba boję się tych kolegów" - dodaje maturzystka;
- "Tam kolabo z uchodźcami nie przejdzie. A jeśli już się zdarzy, to musi boleć" - stwierdza Marcin, który wyniósł się z pogranicza i odetchnął.
- W miejscu, gdzie się urodziłem, kolabo z uchodźcami nie przejdzie. A jeśli już się zdarzy, to musi boleć. Mój kolega, odkąd chodzi do lasu, żeby ratować cudzoziemców, znalazł się na oucie. Mało kto chce się z nim kumplować. W szkole męczą go tekstami, że jest zdrajcą i że szuka w lesie "brudnej" dziewczyny. Mówią, że taka łatwiejsza, a "czysta" Polka na incela nawet nie popatrzy. To takie rasistowskie męczenie kumpla Polaka. Bo rasizm wali nie tylko w innych, ale też w swoich - mówi 17-letni Marcin* z Hajnówki.
- W szkole nie rozmawiam o uchodźcach, bo musiałabym powiedzieć, że dla mnie umieranie ludzi w lesie to dramat. A nieraz słyszałam od kolegów z klasy, że imigranci to śmiecie. Ich się nie ratuje, tylko wysypuje za płot. Śmieci śmierdzą i można się nimi ubrudzić. Jak coś takiego słyszę, to nie chce mi się tutaj żyć. Zaraz po maturze planuję stąd uciec. Nie będę wracać nawet na święta. Mama to rozumie. Będzie wpadać do Warszawy, bo tam chcę studiować - dodaje maturzystka Kinga, która póki co mieszka na pograniczu polsko-białoruskim.
Marcinowi już udało się stamtąd wyprowadzić. Przeniósł się z rodziną do Warszawy, kiedy jego ojciec znalazł tam pracę. Z początku było ciężko: nowe miasto, nowa szkoła, nowi znajomi. Ale - jak mówi - warto było zrobić ten totalny reset. Trochę jak w strategii komputerowej: gdy gracz źle się w niej urządzi, czasami woli zacząć ją od nowa, niż czekać na klęskę.
Tak złodzieje oznaczają mieszkania. Wielkanoc to dla nich czas żniw
- Zaskoczyło mnie, że co drugi gość w Warszawie, który wozi jedzenie w Bolcie czy w Pyszne, to cudzoziemiec. Wielu z nich ma ciemny kolor skóry. Rozkminiałem, czy są wśród nich uchodźcy, którzy przeszli przez mój las w Hajnówce. Tutaj jeżdżą na rowerach i skuterach, ale jakoś nic od tego nie wybucha. Bo wpadli do Polski po reset, a nie żeby ją islamizować czy terroryzować. Warszawiacy bardziej to ogarniają. Sami tu przyjechali, bo nie wyszło im w Radomiu czy w Białymstoku. Wiedzą, do czego jest reset, dlatego mniej boją się migrantów - opowiada Marcin.
- Czy się boję? Chyba jak wszyscy w mojej miejscowości na pograniczu. Boimy się, ale każdy czegoś innego. Moja mama boi się polskich żołnierzy, bo kiedyś w lesie wzięli ją za migrantkę i wycelowali w nią karabin. Moi koledzy ze szkoły boją się uchodźców. Ja to chyba boję się tych kolegów - przyznaje maturzystka.
Granica polsko-białoruska. "Chore miejsce, w którym żyję jak na wojnie"
Niedawno Kinga była na feriach u ciotki w Zakopanem. Coś ją tam dziwiło, ale z początku nie umiała tego nazwać. Zrobiła to dopiero po powrocie na pogranicze. - W Zakopanem nie było tego klimatu wojennego, do którego tutaj się przyzwyczaiłam. Czuję go każdego dnia. To jest chore miejsce, w którym żyję jak na wojnie - stwierdza nastolatka.
Opisuje, że od czterech lat, czyli od początku kryzysu migracyjnego, na Podlasiu jest pełno wojska i Straży Granicznej. Ich helikoptery nieraz latały nad głową Kingi, a ich ciężarówki budziły ją po nocach warkotem silników i światłami. Kiedyś została spisana tylko dlatego, że weszła do lasu. Innym razem przestraszyła się mundurowych w kominiarkach. Bardziej niż uchodźców boi się polskich żołnierzy. To ją różni od kolegów z klasy.
F-35 będą strącane jak kaczki? Pilot ujawnia najsłabsze ogniwo zakupów za miliardy
- W szkole nikt z nami nie rozmawia o tym, czego się boimy. Zamiast tego już na początku wjechała akcja "Solidarni z polskim mundurem". Zaczęliśmy zbierać jakieś rzeczy dla żołnierzy, by im podziękować. Za to, że bronią nas przed "nielegalnymi", którzy niby czają się na polach kukurydzy. Miało być nam szkoda tych wojskowych, bo marzną i mokną w lasach. A o tym, że migranci tam umierają z zimna, to cisza. Czyli szkoła od razu nas ustawiła: macie się bać uchodźców bez butów, a nie uzbrojonych po zęby typów w kominiarkach. Bo ci ostatni są nasi, a tamci obcy. Niby proste, ale jak pomyślisz, to żenada - ocenia.
Jak dodaje, strach przed cudzoziemcami stał się w szkole "legitny", a ten przed wojskowymi zakrawa o zdradę. Ale to właśnie w nim Kinga się utwierdzała. Zwłaszcza, gdy usłyszała, że do jej matki celowali z karabinu polscy żołnierze. - Po tej sytuacji mama wymiękła i przestała chodzić do lasu, żeby pomagać uchodźcom. To straszne, ale nawet się z tego ucieszyłam. Wcześniej po prostu się o nią bałam. Nie że uchodźcy coś jej zrobią, tylko że strażnicy ją zawiną albo przypadkowo do niej strzelą - tłumaczy maturzystka.
Cudzoziemcy na granicy. "Sprawa polityczna, a na takie nie ma miejsca w szkole"
Kiedyś Kinga chciała pomóc koleżance zorganizować w szkole zbiórkę najpotrzebniejszych rzeczy dla uchodźców. Ośmieliła ich podobna akcja, jaką wcześniej zorganizowało liceum w Hajnówce. Dziewczyny nawet nie liczyły, że zbiórka zakończy się wielkim sukcesem. Po prostu chciały coś zrobić, nie pozostawać obojętnymi. Usłyszały jednak od nauczycielki, że to sprawa polityczna, a na takie nie ma miejsca w szkole.
- W mojej szkole można gadać tylko o mundurowych. Uchodźcy to polityka. Jeśli już się o nich mówi, to na zasadzie: "Straż Graniczna nie wyrzuciłaby z Polski niewinnego migranta. Robi to tylko tym, którzy są dla nas niebezpieczni" - tłumaczy nastolatka.
'Utknęły na wysokościach' i już się nie zobaczą. 'Popłakałyśmy się'
Rozumie to o tyle, że wielu ojców jej kolegów i koleżanek jest pogranicznikami. Dlatego nie spodziewa się, że nauczyciele będą potępiali funkcjonariuszy SG, którzy brutalnie wypychali do Białorusi migrantów, także dzieci. Kingę jednak dziwi, że w tej obronie polskich mundurowych wszyscy uchodźcy z automatu stają się terrorystami albo gwałcicielami.
- Tyle się teraz mówi, że po Ukrainie Putin może zaatakować Polskę. Ale jakoś mało kto ogarnia, że wtedy możemy być jak Syryjczycy, którzy uciekali przed wojną przez nasz las. My z Podlasia jako pierwsi będziemy musieli się zbierać. I co wtedy? Hiszpanie i Anglicy nas wpuszczą do siebie czy zamkną granicę jak my teraz? - wzdycha moja rozmówczyni.
Tusk na "antyimigranckiej siłce". "Czasem bardziej spompuje się niż PiS"
Dziewczynę wkurza, że rząd Donalda Tuska ma takie samo podejście do uchodźców z granicy, jakie pokazywała władza PiS. - Moja mama głosowała na Tuska bo myślała, że dzięki niemu coś się u nas zmieni. A on gada i robi to samo, co wcześniej Kaczyński. Czyli staje przed płotem na granicy, straszy wojną hybrydową i pociesza, że nas przed nią obroni - opisuje Kinga.
- Nie no, za Tuska jest gorzej - dorzuca Marcin, który z Hajnówki wyprowadził się do Warszawy. - Mocniej jedzie po migrantach. Może nie słownie, ale to on zbanował ich prawo do azylu i to za jego rządów sądzą ludzi z Hajnówki, którzy pomagali cudzoziemcom w lesie. Tusk czasem bardziej się spompuje na tej antyimigranckiej siłce niż PiS. On jest jak moi koledzy na początku akcji z uchodźcami w lesie: wpisali w necie "imigranci" i wyskoczyło im to, co mówiło PiS. Powtórzyli to kilka razy i tak już im zostało - dodaje nastolatek.
Ten błąd może zemścić się w razie wybuchu wojny. 'Trzeba to szczerze powiedzieć społeczeństwu'
Prawda o cudzoziemcach na granicy? "Trzeba zjechać kilka linków niżej"
Marcin o kryzysie migracyjnym dowiedział się od matki, gdy w mediach zrobiło się głośno o Usnarzu Górnym. To tam latem 2021 roku 32 Afgańczyków i Afganek utknęło w potrzasku między lufami białoruskich oraz polskich pograniczników. Pierwsi próbowali wepchnąć migrantów do Polski, a drudzy nie chcieli ich wpuścić. Marcin miał wtedy 13 lat i zapytał w domu, czy "nasi" powinni przyjąć tych cudzoziemców. Usłyszał od mamy: "Przecież w lesie nikogo nie możemy zostawić. Jak im pomożemy, to nie zbiedniejemy".
Jednak wkrótce potem migranci - podburzeni przez służby Aleksandra Łukaszenki - ruszyli ze szturmem na przejście graniczne w Kuźnicy. Rzucali w polskich pograniczników kamieniami i kłodami. Ataków było więcej. Pod koniec maja ubiegłego roku polski żołnierzy został pchnięty nożem przy zaporze granicznej. Kilka dni później zmarł.
Marcin mówi, że za każdym razem ściągał aktualizację do opowieści o migrantach, którą dała mu matka. - Ta historia się zmieniła, ale nie na tyle, żeby pchała mnie w rasizm. Wiadomo, że Łukaszenka chce nam namieszać. Do Polski wysyła niewinnych uchodźców przez las i posyła z nimi typów z nożami. Dlatego wszystkich ich trzeba sprawdzać. Wyłapywać groźnych, a tym potrzebującym pomagać. A jak idziemy w rasizm, to gramy w grę Łukaszenki - stwierdza.
- Wiesz to od mamy? - dopytuję.
- Nie, wszystko można samemu rozkminić, wystarczy poczytać w necie. Tylko nie klikać w fejki i ściemy polityków, które są przeważnie na górze w wynikach wyszukiwania. Trzeba zjechać kilka linków niżej. Ale ludzie rzadziej to robią, bo niektórym łatwiej łykać głupoty. Nie muszą się wtedy martwić o uchodźców w lasach ani przejmować się tym, że sami nie pomagają. Ja źle się czuję z tym, że nie jeździłem do lasu, chociaż przy nim mieszkałem. Nie wiem dlaczego. Bałem się? W każdym razie łatwiej byłoby mieć migrantów w d...pie i dissować każdego, kto im pomaga - podkreśla licealista.
Oglądamy 'Mentzen TV'. 'Ta fabryka obciachu dymi mi w domu co wieczór'
Hejterzy na granicy. "A w Polsce już bezdomnych nie ma, żeby pomagać ciapatym?"
Kinga podkreśla, że w jej miejscowości na pograniczu polsko-białoruskim nie brakuje ludzi, którzy ratują uchodźców. Część z nich chodzi do lasu, a inni dorzucają się do zbiórek najpotrzebniejszych rzeczy dla przybyszów. - Jasne, że zawsze się nasłuchają od sąsiadów-hejterów. W wersji soft brzmi to mniej więcej tak: "A w Polsce to już bezdomnych nie ma, żeby pomagać ciapatym?". Wersja hard jest np. o brudzeniu się uchodźcami. Ludzie którzy olewają hejt i robią swoje imponują mi - przyznaje.
Jak dodaje, są też tacy, jak jej mama, którzy pomagali migrantom, ale w końcu "wymiękli". Nie udźwignęli strachu albo nadmiaru traum cudzoziemców, które widzieli w lesie. - Do nich też mam mega szacunek, bo próbowali. Mają prawo wymiękać. Myślę, że gdybyśmy sfokusowali się na takich historiach, to pokazałby się cały koszmar, który od prawie czterech lat kręci się w tym chorym miejscu. Ale oni, jak moja mama, za bardzo nie chcą o tym gadać. Chciałabym, żeby ze mną wyjechała - podsumowuje dziewiętnastolatka.
*Imię Marcina zmieniłem na jego prośbę
Chcesz zgłosić temat, opowiedzieć swoją historię? Napisz do autora: konrad.oprzedek@tok.fm