"Policzki Polek połyskują dzięki maluchom z Indii". O dzieciach, które wydobywają nową "heroinę" Zachodu

Dzięki temu proszkowi połyskują policzki Polek i lśnią samochody Polaków. - Mikę wydobywa około 22 tys. dzieci z Indii, które giną, gdy zawalają się korytarze w kopalniach. Właśnie dzięki pracy tych maluchów lśnią nasze policzki i powieki - mówi Marzena Figiel-Strzała, która postanowiła prześledzić drogę miki od kopalni w Indiach do kosmetyczek Polek.
Zobacz wideo

Influencerki i wizażystki przekonują, że ten magiczny produkt optycznie zmienia kształt twarzy. Uwypukla kości policzkowe, dzięki czemu wydaje się bardziej smukła. Gdy ląduje na łukach brwiowych, wizualnie powiększa oczy. Za jego sprawą nos ma wyglądać na szczuplejszy, usta na większe, a skóra na bardziej promienną i świeżą. Tym cudem jest rozświetlacz, a jego podstawowym składnikiem minerał o nazwie mika.

Mika jest też w pudrach, cieniach do powiek, szminkach i pastach do zębów. Używa się jej również w produkcji lakierów, farb, tynków, tworzyw sztucznych i ceramiki. Dzięki niej rozświetlają się więc nie tylko twarze, ale także samochody i wnętrza naszych domów. Mika jest jak narkotyk, którego zachodni świat używa tonami. Jest lekarstwem na nudę, zmęczenie i szarą codzienność.

Tę "heroinę" dostarczają Zachodowi, w tym Polsce, głównie Indie. - W około 60 proc. zaspokajają światowe zapotrzebowanie na mikę. Oficjalnie produkują jej 15 ton rocznie, ale eksportują już 130 ton. Bo większość kopalń miki działa nielegalnie w regionach Bihar i Jharkhand. A wydobywa ją około 22 tys. dzieci, które giną, gdy zawalają się korytarze w kopalniach. Właśnie dzięki pracy tych maluchów lśnią nasze policzki i powieki – mówi Marzena Figiel-Strzała, dziennikarka i podróżniczka, która postanowiła prześledzić drogę miki od kopalni w Indiach do kosmetyczek Polek.

Zmowa milczenia

Figiel-Strzała od lat podróżuje i dokumentuje historie dzieci z różnych regionów świata. Robi filmowe reportaże i wrzuca je na YouTube'a. Pokazała już historie o maluchach m.in. z Afryki, Birmy i Kambodży. Opowiedziała też o dziewczynkach z Etiopii, które by przestać być "dzikimi zwierzętami", muszą przejść przez okrutny rytuał okaleczania narządów płciowych.

Czas od marca do maja spędziła w Bihar i Jharkhand, który jest najbiedniejszym regionem Indii, mimo tego, że jest zasobny w węgiel, miedź i właśnie mikę. W kopalniach pracują dzieci, co miejscowi ukrywają przed światem. Marzena przekonała się o tym jeszcze przed wylotem do Indii. - Zawsze przed podróżą robię research i próbuję znaleźć przewodnika-tłumacza w kraju, do którego jadę. Tym razem okazało się to bardzo trudne, bo wszyscy tłumacze, z którymi się kontaktowałam, mówili, że nic nie wiedzą o kopalniach miki. Postanowiłam tam polecieć i na miejscu poszukać punktu zaczepienia – opowiada.

Po przylocie od razu zobaczyła, że znalazła się w światowym centrum wydobycia miki. Bo droga, po której jechała wypożyczonym samochodem, błyszczała od tego proszku. - Ale gdy pytałam miejscowych, gdzie są kopalnie, odpowiadali, że w ogóle coś takiego nie istnieje. Przez pierwsze trzy dni słuchałam, jak to miki nie ma, mimo że wszędzie widziałam jej hałdy – wspomina.

Wreszcie trafiła na grupkę mężczyzn, którzy zgodzili się ją doprowadzić do celu. Szła z nimi przez trzy godziny, by w końcu trafić na zawaloną kopalnię, w której nikt już nie pracował. - Zdałam sobie sprawę, że zaciągnęli mnie na manowce, bym dała sobie spokój i już nie szukała czynnych kopalni. Miejscowi je ukrywali, bo nie chcieli, żebym zobaczyła tam maluchów. Oficjalnie w Indiach praca dzieci jest nielegalna, ale prawo nie jest egzekwowane. Dorośli nie chcą nagłaśniania sprawy, bo cieszą się, że ich dzieci mają pracę – tłumaczy.

Na widok białej kobiety nabierali wody w usta, bo domyślali się, że to dziennikarka. - Wcześniej na Zachodzie wybuchł skandal wokół firmy kosmetycznej piosenkarki Rihanny, która kupowała mikę pochodzącą z nielegalnej pracy dzieci z Indii. Do Jharkhand przyjechali dziennikarze, by dokumentować tę historię. Teraz każdego białego traktują jak reportera, który chce przerwać zmowę milczenia nad miką. W sumie mają rację, bo tam raczej nie pojawiają się turyści – mówi.

Marzenie Figiel-Strzale w końcu jednak udało się znaleźć tłumacza, który postanowił jej pomóc. Z początku miał wątpliwości, ale gdy wycenił je na 200 dolarów dziennie, a ona się zgodziła, przestał się wahać. - Całymi dniami jeździłam z nim w poszukiwaniu kopalń miki. Wstawałam o godz. 4 rano, żeby wyruszyć jeszcze przed wschodem słońca, bo już wiedziałam, że dzieci o tej porze zaczynają swoją pracę w kopalniach. Wreszcie w tych poszukiwaniach nastąpił punkt zwrotny – opowiada dziennikarka.

"Mówiły, że tydzień wcześniej zginęło tam siedem osób"

Tamtego dnia weszła na górkę obsypaną miką i zobaczyła pięciolatków pracujących przy wydobyciu minerału. Dzieci, gdy ją zobaczyły, to zwiały, bo – jak się później okazało – były uczone, by uciekać przed dziennikarzami i obrońcami praw człowieka. Bezradnie rozglądała się dokoła. W myślach przyrównała ten widok do krajobrazu z księżyca - kilkanaście-kilkadziesiąt kraterów jak po uderzeniach meteorytów. Były to dziury, które przechodziły w podziemne korytarze. Przeczuwała, że w każdym z nich jest dziecko. - Patrzyłam na to i zdałam sobie sprawę, jak wielki jest Jharkhand i jak wielka może być skala problemu – mówi.

W końcu zobaczyła dziewczynkę w różowej sukience. Zapytała, czy w pobliżu jest ktoś jeszcze. Ale zanim mała zdążyła odpowiedzieć, Marzena usłyszała szmer. Odwróciła się i zauważyła nastolatkę, która wychodziła z dziury w ziemi. - Zatkało mnie na jej widok. Była piękna, miała zieloną chusteczkę na włosach i oczy w tym samym kolorze. Trzymała sito wypełnione miką. Uśmiechnęła się do mnie i od razu poczułam, że nawiązałyśmy kontakt - opowiada.

Z początku dziesięcioletnia Mina i jedenastoletnia Suman nie były rozmowne. Marzena pytała: "Kiedy dzisiaj zaczęłyście pracę?", "Nie jest wam gorąco?". Słyszała krótkie odpowiedzi: "O świcie" i "Jestem zmęczona". Zielonooka dziewczynka dała Polce swoje wiaderko, po czym weszły razem do dziury i zaczęły kopać mikę. - Nauczyły mnie, że na sprzedaż nie nadaje się brązowa mika i że trzeba kopać tę czystą. Ona wygląda jak warstwy delikatnej folii. Im jest czystsza, tym ma wyższą jakość i więcej pieniędzy się za nią dostaje - tłumaczy.

Dziewczynki zaczęły o sobie opowiadać dopiero przed zachodem słońca, gdy do kopalni przyszły ich mamy. - Mówiły, co je boli. Że ileś korytarzy w tych kopalniach się zawaliło. Że trzy tygodnie wcześniej zginęło siedem osób. Dodały, że brakuje im pieniędzy na jedzenie, mimo że od pracy mają zniszczone dłonie – wspomina dziennikarka.

Matki dziewczynek zaprosiły ją do wioski, gdzie Marzena zobaczyła domy sklecone z cegieł. W nich jeden pokój i kuchnia, a w środku gnieździło się czasem nawet 15 osób. Na dachach były rozłożone moskitiery i koce, a na podwórkach stały łóżka polowe, na których po zmroku spali ludzie.

- Zapytałam dziewczynki, o czym marzą. Wgniotło mnie w ziemię, gdy usłyszałam, że nie mają marzeń. W ogóle tego pytania nie zrozumiały. Bo przecież marzenia buduje w nas np. szkoła, a one zamiast do niej chodzić, muszą co rano stawiać się w pracy. Rozwijamy się, gdy widzimy innych, którzy to robią, a Mina i Suman obserwują tylko swoje mamy i siostry, które też pracują w kopalni. Wiedzą, że nic lepszego ich nie czeka. W końcu powiedziały, że marzą, by zjeść coś więcej niż ryż z warzywami. Mogłyby stwierdzić, że chcą chodzić do szkoły, ale nie marzy się o czymś, co jest nieosiągalne. Niby szkoła w Indiach jest za darmo, jednak rodzice nie posyłają do niej dzieci, bo podstawówka trwa 5-6 lat, a w tym czasie dziecko może zarabiać – wyjaśnia Marzena Figiel-Strzała.

Dzieci mają oczy starych ludzi

Mika stała się "heroiną" na Zachodzie, zanim jeszcze czerwone dywany zaroiły się od gwiazd z połyskującymi policzkami. Nawet zanim youtuberki zaczęły masowo kręcić makijażowe tutoriale, w których nakładają rozświetlacze na twarze. Mika już wcześniej była używana np. w branży budowlanej i samochodowej. Dlatego w Indiach od dłuższego czasu widać sztafetę pokoleń, w której matki przekazują sita dzieciom.

- W rodzinie, u której zamieszkałam, przy wydobywaniu miki pracowała najpierw babcia, potem mama, w końcu Suman. Dziewczynka zaczęła pracę w wieku sześciu lat, a teraz ma 11. Zapytałam jej mamę, jakie ma plany dla córki. Odpowiedziała, że za rok wyda ją za mąż, Suman zajdzie w ciążę i zrobi sobie przerwę od miki. A później do niej wróci, bo taka jest kolej rzeczy. Wyjdzie za chłopca z tej samej kasty, który mieszka kilka domów dalej, bo tam nikt poza wioskę nie wyjeżdża. On pewnie zatrudni się w fabryce, gdzie będzie przewalał wory z miką i obsługiwał maszyny, która ją mieli. A Suman odchowa dzieci i wróci do kopalni – tłumaczy Marzena Figiel-Strzała.

Jak dodaje, miejscowi nie wiedzą, jak można żyć inaczej. Nie mają też pojęcia, po co Zachodowi ta mika. W wiosce, w której była Marzena, nie ma przecież internetu ani kosmetyków. Żyjący tam ludzie mają tylko świadomość, że są wykorzystywani, bo za ciężką pracę zarabiają grosze, które nie pozwalają im się wyrwać z tego zaklętego kręgu biedy.

- To uwięzienie i wynikający z niego smutek widać w oczach tych dzieci. To oczy starych i mądrych ludzi, którzy już bardzo wiele doświadczyli i dużo rozumieją. Gdy teraz montuję film i patrzę w te oczy, to płaczę. Przy nich starałam się tego nie robić. Dopiero teraz odpłakuję to, czego się o nich dowiedziałam – wyznaje dziennikarka.

"Koniec nagrywania!"

Gdy w Indiach nadchodzą suche miesiące, to temperatura skacze powyżej 40 st. Celsjusza. Dzieci pracują wtedy w kopalniach miki od wschodu słońca do południa. Koło godz. 4 biorą z domu wiaderka, sita i prymitywne narzędzia do drążenia tuneli w kopalniach, po czym ruszają do roboty. Gdy o godz. 12 skwar robi się nie do zniesienia, mali górnicy wracają odpocząć do domów. Po godz. 16 znów idą kopać i robią to do wieczora.

- Jeśli nie ma upału, pracują cały dzień. Każde z nich ma zebrać 10 kg. Dlatego w kopalni wpadają w trans. Nie mają czasu na pogaduchy ani na rozprostowanie kości, bo każdy gram miki to pieniądz. Podczas pracy nie jedzą, a butelkę wody mają jedną na pięć osób. Są wycieńczone i bardzo szczupłe. Nie wiem, skąd biorę siłę do ciężkiej pracy fizycznej – przyznaje Marzena.

Gdy skończą, matki pomagają im zanieść wory na środek wioski. Podjeżdża tuk-tuk, wyskakuje z niego facet i płaci za dzienny urobek - 10 kilogramów miki - równowartość 4 zł. Zabiera ją do fabryki, gdzie jest segregowana, mielona i wysyłana m.in. do Polski.

Dziennikarka prześledziła drogę tych worków. Pojechała za nimi do fabryki, gdzie przedstawiła się jako dziewczyna zafascynowana minerałami i robiąca o nich materiał. - Pokazano mi proces produkcji miki, a potem niby przy okazji zapytałam, czy dzieci pracują przy jej wydobyciu. Panowie właściciele bardzo się zdenerwowali i zarządzili: "Koniec nagrywania!". Później widocznie to przegadali między sobą i zorientowali się, że nagrywam reportaż o pracy dzieci. Zaczęli wydzwaniać do mnie i wysyłać SMS-y z żądaniem, bym skasowała materiał. W hotelu szukała mnie policja. Musiałam stamtąd uciekać – opowiada.

Co najciekawsze, w fabryce pokazano jej wydawane tam certyfikaty, które po powrocie do Polski dostawała w mailach od zagranicznych i polskich firm kosmetycznych. Pytała je, skąd sprowadzają mikę i czy mają pewność, że maluchy jej nie wydobywają. Zwykle przyznawali, że biorą minerał z Indii, ale – zapewniali – z legalnych fabryk, które nie wykorzystują dzieci. Na dowód pokazywali właśnie te certyfikaty. - Te same, które facet w legalnej fabryce mi pokazywał, twierdząc, że jego mikę wydobywają tylko dorośli. Rzecz w tym, że ja do niego przyjechałam za workiem, który wypełniły kilkulatki – tłumaczy dziennikarka.

Jak dodaje, wkurza ją, że w polskich drogeriach półki uginają się od kosmetyków z miką, a konsument nie ma szans rozpoznać, które z nich powstały kosztem cierpienia dzieci. Niektóre z nich zawierają mikę np. z USA albo z legalnych kopalń w Indiach. Bo tam też takie istnieją, ale przegrywają z tymi "dziecięcymi" jako mniej dochodowe. - Jak jednak klientka drogerii ma się tego dowiedzieć, skoro takiej informacji nie ma na opakowaniach. A jeśli nawet by była, to opierałyby się na tych wątpliwych certyfikatach - wzdycha Figiel-Strzała.

"A daj spokój, świata i tak nie zmienimy"

Zachód tak pokochał mikę, że już trudno wyciąć choćby jedną scenę z codziennego życia, która nie będzie połyskiwała tym proszkiem. - Gdy wróciłam do Polski z Indii, zaproszono mnie do programu telewizyjnego, żebym opowiedziała o dzieciach z kopalń. Przyjechałam z Krakowa do Warszawy i nocowałam w hotelu, który był przyozdobiony wielkimi płytkami rozświetlonymi miką. Gdy rano wyszłam na ulicę, mika już błyszczała na karoseriach aut. A w telewizji zobaczyłam, jak połyskuje na wielu twarzach – mówi dziennikarka.

Sama już nie używa miki, ale wciąż się zdarza, że dostaje ją jako prezent w kosmetykach. Ludziom, którzy jej to dają, stara się opowiedzieć historię o dzieciach z kopalni, ale zazwyczaj wtedy obserwuje machnięcie ręką i słyszy: "A daj spokój, świata i tak nie zmienimy, wszystkim nie da się pomóc". - Jest im chyba głupio, że korzystają z miki, ale i tak nie chcą z niej zrezygnować. Tylko jedna osoba z mojego otoczenia wypieprzyła z szuflady wszystko, co zawierało mikę, i stwierdziła, że już nie będzie tego kupować. Za to koleżanka makijażystka przestała się do mnie odzywać – przyznaje.

Jak dodaje, wróciła do Polski z poczuciem potwornej bezradności i ciężko jej się odnaleźć. - Tam widywałam dzieciaki, które napełniały butelki w błotnistych kałużach z muchami, po czym to piły. Tutaj kupuje się dziewczynkom kosmetyki i gadżety, a te jeszcze marudzą, że nie takie chciały. Na widok tych kontrastów słabo mi się robi - stwierdza.

Chciałaby, żeby sztafeta mikowych pokoleń w Jharkhandzie już się skończyła. By dziewczynki Mina i Suman nie były wyzyskiwane i nie musiały przekazywać sita w spadku swoim dzieciom. - Gdybyśmy uważali na to, co kupujemy, to firmy kosmetyczne też musiałyby pilnować swoich dostawców. W Indiach skuteczniej by egzekwowano zakaz pracy dzieci. Wydobycie miki by nie spadło, tylko zajęliby się nim dorośli. Legalne kopalnie byłyby dostosowane do ich wzrostu, bo w tych "dzikich" mieszczą się tylko maluchy. Dzieci mogłyby się uczyć, rozwijać, marzyć – opisuje ten lepszy świat.

Póki jednak świat może być lepszy tylko dla niektórych, Marzena podsuwa jeszcze jeden sposób na to, by nie upiększać się kosztem dzieci. Jest nim używanie kosmetyków z miką syntetyczną, która daje dokładnie taki sam efekt jak naturalna. Ale jest droższa w produkcji, więc póki co większości firm nie opłaca się jej kupować. Jeśli któraś się na to decyduje, oznacza ją na opakowaniu jako fluoroflogopit. Po tym można rozpoznać przyjazny kosmetyk.

DOSTĘP PREMIUM