Druga noc protestu niepełnosprawnych i ich opiekunów. "Nie chcą nawet patrzeć w naszą stronę"
Drugą noc na sejmowym korytarzu spędziły osoby z niepełnosprawnościami i ich opiekunowie. Protestują, bo chcą, by w trybie pilnym posłowie zajęli się obywatelskim projektem ustawy o zrównaniu renty socjalnej z najniższym wynagrodzeniem w kraju, które wynosi obecnie 2709 zł na rękę. Renta socjalna od marca tego roku wynosi niecałe 1500 złotych.
Jeden z protestujących, niepełnosprawny Andrzej Sucholewski otrzymuje miesięcznie od państwa 1217 zł renty socjalnej. Jego matka - Teresa Sucholewska, otrzymuje świadczenie pielęgnacyjne w wysokości 2458 zł. - To przykre, że moje świadczenie jest większe od renty syna, a on ma większe potrzeby - nie tylko na życie, ale i na rehabilitację. Leki, odżywki i witaminy kosztują 200 zł miesięcznie. Godzina rehabilitacji kosztuje do 300 zł, a potrzeba dwóch-trzech godzin rehabilitacji w tygodniu. Rezygnujemy więc z rehabilitacji i ćwiczymy sami - mówiła Teresa Sucholewska w 'Pierwszym śniadaniu w TOK-u'.
'Marszałek powiedział, że to, co tu jest to jest "nieszczęście'
Marszałek Sejmu Elżbieta Witek zapowiedziała, że projekt obywatelski będzie procedowany "tak, jak każdy inny projekt obywatelski zgodnie z procedurą, a jest ich jeszcze kilka". - Proponujemy, żeby 15 posłów partii rządzącej wzięło ten nasz projekt i dało do procedowania. Znamy z obecnej kadencji przypadki, gdy było możliwe uchwalenie ustawy w 24 godziny. Więc nic nie stoi na przeszkodzie, by rządzący się nad tym pochylili - zwróciła uwagę matka niepełnosprawnego Andrzeja.
Z całego obozu Zjednoczonej Prawicy do protestujących wyszła jedynie Agnieszka Ścigaj - ministra, która zajmuje się m.in. sprawami osób z niepełnosprawnościami. Po ostrej wymianie zdań między nią a posłanką KO i nieformalną przywódczynią protestu Iwoną Hartwich, posłanka stwierdziła, że "gdyby mogła decydować, zdecydowałaby dzisiaj". - (Poza nią - red.) nikt się nie pojawił, wszyscy odwracają głowy. Marszałek powiedział, że to, co tu jest to jest "nieszczęście". Nie chcą nawet patrzeć w naszą stronę. Nie jest przyjemnością leżenie na zimnej posadzce w Sejmie i narażanie naszych dzieci na stres. Doprowadzili do tego rządzący. Skoro państwo uznaje, że za najniższą krajową można przeżyć miesiąc, to my i nasze dzieci chcemy tylko tyle - to minimum - powiedziała gościni porannej audycji w rozmowie z Piotrem Maślakiem.
'Ciągle żebrzemy o ich przyszłość'
To kolejny protest osób z niepełnosprawnościami i ich opiekunów na sejmowych korytarzach. W 2018 roku zgłosili dwa postulaty - zrównania renty socjalnej z minimalną rentą z tytułu niezdolności do pracy oraz wprowadzenia dodatku "na życie", zwanego "rehabilitacyjnym" dla osób z niepełnosprawnościami niezdolnych do samodzielnej egzystencji po ukończeniu 18. roku życia w kwocie 500 zł miesięcznie. Protestujący przekonywali, że zrealizowano wtedy ich jeden postulat - podniesienie renty socjalnej. Po proteście ich uczestnicy, w tym posłanka KO i matka niepełnosprawnego Jakuba Iwona Hartwich, otrzymali zakaz wstępu do Sejmu
Hartwich brała też udział w poprzednim proteście w Sejmie w 2014 roku. Rodzice dzieci niepełnosprawnych otrzymali wtedy podwyżkę świadczenia pielęgnacyjnego, wynoszącego 820 zł. - Ciągle żebrzemy o ich przyszłość, o pieniądze dla nich, żeby mieli na godne życie, bo głodowa renta nie starczy w tej chwili na nic. Ciągle jest to samo. Po raz kolejny leżymy w Sejmie, żeby żebrać o to, co państwo powinno dać od siebie. Tym bardziej że od wielu miesięcy słyszymy, że pieniądze w państwie są - mówiła Teresa Sucholewska w TOK FM.
Morawiecki 'maluje trawę na zielono'. 'Mam nadzieję, że nie jest niepełnosprawny moralnie'