Co łączy Jadwigę Staniszkis i Kaczora Donalda? Minęło 19 lat od ujawnienia listy Wildsteina
"Ubecka lista krąży po Polsce" - artykuł pod takim tytułem 29 stycznia 2005 roku ukazuje się na pierwszej stronie "Gazety Wyborczej". Autor Wojciech Czuchnowski informuje w nim o krążącym wśród dziennikarzy i polityków spisie funkcjonariuszy milicji i współpracowników tajnych służb PRL.
"Przeciek" jest wynikiem wizyty Bronisława Wildsteina - wówczas publicysty "Rzeczpospolitej" - w Czytelni Akt Jawnych Instytutu Pamięci Narodowej przy ul. Towarowej w Warszawie. Wildstein, rozgoryczony hamowaniem prób przeprowadzenia lustracji w Polsce, przekazuje grupie dziennikarzy ponad 160 tys. nazwisk, by zachęcić ich do prowadzenia kwerend archiwalnych.
- Ja opowiadam publicznie, że wyniosłem taką listę i, broń Panie Boże, to nie jest lista TW, że ona służy dziennikarzom jako taki indeks, aby mogli się zwrócić o odtajnienie dla nich akt. Po czym czytam tydzień po tym, kiedy to powiedziałem, w "GW", że kursuje lista ubecka, którą podobno jakiś dziennikarz wydobył. To zdumiewające - mówił Bronisław Wildstein 31 stycznia w wywiadzie dla RMF FM.
Dzień po publikacji tej wypowiedzi, 1 lutego, lista, znana już jako "lista Wildsteina", trafia do sieci (gdzie znajduje się do dziś) i wtedy medialna wrzawa rozkręca się na dobre. Bo ze względu na formę skatalogowania danych przez IPN poza osobami, które rzeczywiście były tajnymi współpracownikami, lista zawierała nazwiska tych, których PRL-owskie służby jedynie uznały za potencjalnych kandydatów do zwerbowania, a także osób inwigilowanych przez bezpiekę. Agenci mieszają się z ofiarami.
Internauci przesyłają plik sobie nawzajem i kopiują na płyty CD, sprawdzają nazwiska. Jako że plik w formacie Excel nie jest w żaden sposób zabezpieczony przed edycją, dopisują nowe. W ten sposób w spisie obok m.in. prawnika i nominowanego do Oscara scenarzysty filmowego i przyszłego senatora Platformy Obywatelskiej Krzysztofa Piesiewicza, byłego redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej" Macieja Łukasiewicza, socjolożki i działaczki opozycyjnej prof. Jadwigi Staniszkis czy członków najbliższej rodziny ówczesnego prezesa IPN, prof. Leona Kieresa, ląduje np. Kaczor Donald.
Wildstein jeszcze w dniu, w którym spis pojawił się w internecie, zostaje zwolniony z "Rzeczpospolitej". Utrzymuje, że to nie on stoi za jego upublicznieniem, choć - jak przyznaje - zastanawiał się nad tym. Niedługo później dostał posadę prezesa Telewizji Polskiej.
"To jest naprawdę szaleństwo"
Wydrukowana lista trafia m.in. na uczelnianą tablicę ogłoszeń w budynku Uniwersytetu Śląskiego. Nazwiska identyczne z nazwiskami wykładowców są podkreślone. "Przecież nawet dzisiaj mówi się, że to Czerwony Uniwersytet. Powstał za czasów PRL-u. Na pewno tu byli agenci" - komentuje jedna ze studentek.
Nastroje studzi rektor UŚ prof. Janusz Janeczek. Jego zdaniem studenci - tak jak i wówczas reszta społeczeństwa - ulegli medialnej histerii, a jako że lista jest co rusz edytowana, to po sesji zapewne pojawi się nowa jej nowa wersja, tym razem z nazwiskami tych wykładowców, u których studenci oblali egzamin.
"Dzika lustracja" sięga też szczebla lokalnego. Jednym z takich przypadków jest żądanie odejścia ze stanowiska Andrzeja Karasia, wójta dziś liczącej ok. 11 tys. mieszkańców gminy Zaleszany koło Stalowej Woli w Podkarpackiem. Karaś sam przyznaje, że w latach siedemdziesiątych był pracownikiem Milicji Obywatelskiej i oficerem SB Grupy T (techniki operacyjne), ale ustąpić nie zamierza. Bo sęk w tym, że nie jest tym Andrzejem Karasiem, który widnieje na liście, a świadczy o tym m.in. warszawska sygnatura.
W tym czasie Instytut Pamięci Narodowej ma ręce pełne roboty. Jest zasypywany lawiną wniosków od osób, które chcą zajrzeć do swojej - jak im się wydaje - teczki. "To jest naprawdę szaleństwo" - stwierdza w rozmowie z "Gazetą Lubuską" Waldemar Handke, naczelnik biura udostępniania dokumentów poznańskiego oddziału IPN. Jeszcze kilka dni temu do oddziału trafiały dwie lub trzy wnioski dziennie, a teraz - kilkadziesiąt. To i tak lepiej niż w stolicy - tam wpływa ok. 300 wniosków dziennie, co zmusiło rząd Marka Belki do dofinansowania IPN dwoma milionami złotych z rezerwy budżetowej.
Kłótnia o teczki
"Lista Wildsteina" podzieliła nie tylko środowiska "Rzeczpospolitej" i "Gazety Wyborczej", ale i scenę polityczną. Według lewej strony Wildstein powinien "smażyć się w piekle", ponieważ, ich zdaniem, przyczynił się do wielu osobistych dramatów. Prawa strona - m.in. w osobie Jarosława Kaczyńskiego - uczyniła z publicysty bohatera walki o lustrację w Polsce, który "teczkom się nie kłaniał".
Podobnie podzielone w sprawie listy Wildsteina było polskie społeczeństwo - z sondażu CBOS przeprowadzonego na przełomie lutego i marca 2005 roku wynika, że 45 proc. badanych oceniło ujawnienie spisu pozytywnie, a negatywnie - 27 proc. 28 proc. badanych nie miało zdania.
Medialny szum trwa jeszcze przez miesiąc, po czym nagle się urywa - 2 kwietnia umiera Jan Paweł II. Media rozpisują się o "pokoleniu JP2". W pogrążonym w żałobie narodzie łagodnieją wszystkie spory. Ale tylko na chwilę, bo dyskusja o lustracji jeszcze w tym samym miesiącu ożywa na nowo i to w związku ze zmarłym papieżem.
28 kwietnia prezes IPN prof. Leon Kieres ogłasza, że w latach 80. tajnym współpracownikiem SB był o. Konrad Stanisław Hejmo - dominikanin i opiekun pielgrzymów w Watykanie, którego nazwisko w tamtych dniach pojawiało się w mediach nadzwyczaj często, ponieważ relacjonował dla nich ostatnie dni życia papieża. Według wiedzy prof. Kieresa duchowny pod pseudonimami "Hejnał" i "Dominik" przekazywał PRL-owskim służbom informacje na temat Jana Pawła II.
Sam Hejmo uznaje te rewelacje za bzdurę, a prof. Kieres płaci za wysunięte oskarżenia stanowiskiem i nie zostaje prezesem IPN na kolejną kadencję. Zanim jego miejsce zajmie Janusz Kurtyka, prof. Kieres zdąży jeszcze nadać tzw. status pokrzywdzonego Lechowi Wałęsie oraz rozwiać wątpliwości w kwestii rzekomej współpracy ze służbami premiera Marka Belki. Potem głowy polityków i wyborców - obok lustracji - zaczęły zaprzątać inne kwestie. Rozpoczęła się kampania wyborcza.
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>