,
Obserwuj
Polska

"Dzieciak, jak ma wszy, to je zdrowy". Tak PRL wprowadzał medycynę na wieś

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
5 min. czytania
16.08.2026 14:00

"Krzyczę na matkę, że niechlujnie pielęgnuje dziecko. Chwytam nożyczki i chcę obciąć kołtuny. Kobieta zasłania głowę dziecka dłonią. Niech pan tego nie robi - prosi ze strachem w oczach. Panie, dzieciaka mi pokręci - krzyczy. Jak pokręci - krzyczę - to mnie pani odda do sądu (...)". Publikujemy fragment książki Marcina Stasiaka "Lekarze prowincjonalni".

Lekarz bada dziecko, 1973 rok (zdjęcie ilustracyjne)
Lekarz bada dziecko, 1973 rok (zdjęcie ilustracyjne)
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Poniższy fragment pochodzi z książki "Lekarze prowincjonalni" Marcina Stasiaka, która ukaże się 26 sierpnia 2026 roku nakładem wydawnictwa Czarne.

Utożsamianie modernizacyjnych inicjatyw z opresyjnym działaniem państwa nie ominęło także sfery opieki zdrowotnej. Ciekawego przykładu lokalnego konfliktu, który zogniskował się na procedurze medycznej, dostarcza dokument przechowywany w Archiwum Narodowym w Krakowie. To sprawozdanie przygotowane przez "kierownika szczepień" z Wojewódzkiej Przychodni Przeciwgruźliczej w Krakowie. Ów kierownik opisuje skrótowo, ale dość dokładnie, przebieg szczepień przeciwgruźliczych w trzech szkołach w Nowym Targu w kwietniu 1955 roku.

Przyjazd tak zwanej ruchomej kolumny BCG (w każdym województwie działała jedna taka kolumna) został ustalony już wcześniej. Zawnioskowała o to miejscowa administracja służby zdrowia. Wysłany z Krakowa specjalny zespół zjawił się w Nowym Targu 19 kwietnia. Miał przeprowadzić próby tuberkulinowe, a potem szczepienia przeciwgruźlicze w miejscowych szkołach. Już w pierwszej - jak przyznawał autor spisanego kilka dni później sprawozdania - "natrafiono na duży opór dzieci, które nie chciały poddać się wykonaniu pierwszych prób tuberkulinowych". Młodsze dzieci udało się w końcu przekonać. Starsze po prostu uciekły ze szkoły.

Gdy trzy dni później ekipa pojawiła się w kolejnej placówce, uczniom towarzyszyli już rodzice. W cytowanym wyżej raporcie tak relacjonowano przebieg wydarzeń:

[…] prób nie wykonano z powodu zdecydowanego sprzeciwu rodziców. […] Rodziców zebrało się około 80 osób, w czym byli również przedstawiciele Komitetu Rodzicielskiego. Wszyscy byli nastawieni wrogo, włącznie z kierownikiem tej szkoły, którego ustosunkowanie do akcji szczepień było negatywne, nawet utrudniające pracę. […]

Na uspokojenie, uświadomienie i przekonanie rodziców do konieczności przeprowadzenia tej akcji poświęcono 2 godziny, w ciągu których wygłoszono pogadanki i podjęto burzliwą dyskusję. Nastawienie rodziców nie uległo zmianie, matki wyprowadzały dzieci ze szkoły, padały wypowiedzi: "Róbcie doświadczenia na królikach - nie ma przymusu szczepień (domagały się ustawy), dzieci po szczepieniu umierają". Nie oszczędzono kierowcy, któremu grożono pobiciem za przywiezienie kolumny.

Tymczasem sytuacja zmieniła się również w pierwszej z odwiedzanych szkół. Relatywny spokój ustąpił miejsca napięciu i agresji. Zespół przekonał się o tym, gdy przystąpił do odczytania wcześniej wykonanych prób tuberkulinowych:

Mimo wybitnej pomocy ze strony kierownika szkoły nr 2 nie udało się u wszystkich dzieci odczytać prób. Dzieci masowo opuszczały szkołę, wyskakiwały oknami, a z pierwszego piętra zjeżdżały po rynnie. Zachowanie rodziców jeszcze bardziej agresywne, wypowiedź jednego z ojców: "Idźcie do PGR-ów krowy szczepić - bydło".

Podobne okrzyki pracownicy kolumny usłyszeli także w kolejnej placówce - w liceum ogólnokształcącym. W efekcie całą akcję przerwano. (...)

Bunt w Nowym Targu przemawia do wyobraźni dzięki swej spektakularności. Krótki, ale bogaty w treść raport rejestruje natężenie emocji, pokazuje zaciekłość reakcji rodziców i ocierające się o brawurę zachowania ich dzieci. Ale jak się wydaje, było to zdarzenie raczej incydentalne niż wpisujące się w regułę. Tak przynajmniej sugerują dokumenty wytworzone przez ówczesną administrację służby zdrowia, z którymi udało mi się zapoznać.

Bo w istocie przybycie nowej wiedzy medycznej rzadko przypominało inwazję, która prowokowałaby frontalne starcia. Opór będzie raczej sztuką uników niż zaciekłą wymianą ciosów. Akty sprzeciwu rozgrywały się przeważnie w czterech ścianach domu, na podwórkach, przy płocie. Albo w lichym ośrodku zdrowia w miejscowości, która sytuowała się gdzieś pomiędzy miasteczkiem a wsią, nigdy do końca niezdefiniowana, zabłąkana gdzieś pośrodku spektrum wyznaczonego przez miejskość z jednej, a wiejskość z drugiej strony.

Redakcja poleca

Lechosław Głuszek, przywoływany tu już lekarz pogotowia, dzięki specyfice swojej pracy zdołał uchwycić w krótkich notatkach opisujących poszczególne wyjazdy istotę tego cichego, codziennego oporu. Oto co się wydarzyło, gdy pewnego razu wezwano go do porodu. Musiało się to dziać w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. W szerokiej perspektywie interwencja karetki wpisywała się w odgórne plany ograniczenia śmiertelności okołoporodowej i stanowiła wcielenie pronatalistycznej polityki państwa. Zarazem był to jeszcze czas, gdy kobiety rodziły przede wszystkim w domu, a asystę lekarza, w dodatku mężczyzny, traktowano jak wyjątek, nie regułę. Gdy zatem Głuszek wszedł do domu kobiety, okazało się, że "[p]oród już się odbył na słomie, która wyściełała coś w rodzaju pryczy czy prowizorycznego łóżka. Pod dużym piecem siedzi rozczochrana starucha i niezbyt inteligentnie się uśmiecha.

To babka, która odbierała poród. Jak się okazało, rodząca nie była bynajmniej zadowolona z przyjazdu karetki wezwanej przez męża. Nie życzyła sobie, by w przestrzeń jej domu wtargnęła jakakolwiek ekspercka wiedza i jej rzecznicy. Dała tego dowód w epilogu całej historii. Lekarz zanotował: "[…] uprzedziłem, że nazajutrz odbędzie się wizyta patronażowa z Poradni D. Na drugi dzień, a także i po kilku dniach następnych ani położnicy, ani nowo urodzonego dziecka w tym domu nie zastano, a najbliższa rodzina nie potrafiła podać, gdzie można znaleźć obie te osoby". (...)

Quiz: Tyle się działo! Quiz TOK FM dla śledzących newsy uważnie

Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!

Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.

Poprawnych odpowiedzi Zniżka
  • 100% -40%
  • 81-99% -30%
  • 61-80% -25%
  • 41-60% -20%
  • 0-40% -10%
  • Promocje nie łączą się.

    Progi nagród Strzałka rozwiń
    1/10 W piątek 7 sierpnia rolnik zniszczył pługiem około 200 metrów drogi w Gliwicach. Jak to tłumaczył?

    *

    Cytowany tu już kilkakrotnie felczer pracujący w województwie olsztyńskim stopniowo oswajał się z nowym miejscem pracy i poznawał pacjentów. Do jego obowiązków należało między innymi szczepienie dzieci. W wyznaczonym na ich przeprowadzenie dniu poczekalnia ośrodka zdrowia stała się areną starcia dwóch różnych wizji zdrowia:

    W poczekalni panuje przykra woń potu i moczu, powietrze staje się ciężkie i duszne, płynie do gabinetu, utrudnia pracę. Jedno dziecko było wyjątkowo brudne, włoski miało pozlepiane w kołtun. Matka trzyma go w prawie mokrym becie, który jest brudny i cuchnący charakterystycznym smrodem. Krzyczę na matkę, że niechlujnie pielęgnuje dziecko. Chwytam nożyczki i chcę obciąć kołtuny. Kobieta zasłania głowę dziecka dłonią, niech pan tego nie robi - prosi ze strachem w oczach. Panie, dzieciaka mi pokręci - krzyczy. Jak pokręci - krzyczę - to mnie pani odda do sądu, odsuwam jej rękę i obcinam kołtuny. Przerażonymi oczami wodzi za nożyczkami. Jakaś gruba baba z piersiami jak donice i całym trzęsącym się brzuchem przepycha się z poczekalni. […] Pani - mówi - dzieciak, jak ma wszy, to je zdrowy, tak jak i świnia, też je zdrowa, jak ma wszy, bo chorego to się wszy nie trzymają. He, he, he - śmieje się potem, rada widać ze swego dowcipu, odsłaniając przy tym na wpół wygniłe zęby. […] Stoi potem i dumnie spogląda na resztę kobiet, które niby to się wstydzą za nią, a jednak uśmiechają się półgębkiem.

    Redakcja poleca

    Wykorzystuję to, że mam tyle kobiet, organizuję pogadankę. Słuchają mnie z uśmieszkami ironii na wargach, obojętnie wzruszają ramionami, gdy mówię o właściwym karmieniu niemowląt. Dzieciom zagrożonym lub tym, co mają krzywicę, zapisuję witaminy, wapno i granulofosfat. Biorą niechętnie, a te, co muszą płacić pełną odpłatność, wręcz odmawiają.

    Lekarz w tej scenie już nie tylko utyskiwał i narzekał. Wziął sprawy w swoje ręce i obciął dziecku włosy mimo ostrego sprzeciwu matki. Opisywanym (zresztą z wyraźnym obrzydzeniem) kobietom pozostały jedynie puste w tej sytuacji deklaracje i nieme gesty. Lekarz przejął kontrolę. To on ustalał reguły gry: bezpardonowo zainterweniował, potem wygłosił pogadankę i wreszcie przepisał lekarstwa. (...)

    Posłuchaj: