"Dzieciak, jak ma wszy, to je zdrowy". Tak PRL wprowadzał medycynę na wieś
"Krzyczę na matkę, że niechlujnie pielęgnuje dziecko. Chwytam nożyczki i chcę obciąć kołtuny. Kobieta zasłania głowę dziecka dłonią. Niech pan tego nie robi - prosi ze strachem w oczach. Panie, dzieciaka mi pokręci - krzyczy. Jak pokręci - krzyczę - to mnie pani odda do sądu (...)". Publikujemy fragment książki Marcina Stasiaka "Lekarze prowincjonalni".
Poniższy fragment pochodzi z książki "Lekarze prowincjonalni" Marcina Stasiaka, która ukaże się 26 sierpnia 2026 roku nakładem wydawnictwa Czarne.
Utożsamianie modernizacyjnych inicjatyw z opresyjnym działaniem państwa nie ominęło także sfery opieki zdrowotnej. Ciekawego przykładu lokalnego konfliktu, który zogniskował się na procedurze medycznej, dostarcza dokument przechowywany w Archiwum Narodowym w Krakowie. To sprawozdanie przygotowane przez "kierownika szczepień" z Wojewódzkiej Przychodni Przeciwgruźliczej w Krakowie. Ów kierownik opisuje skrótowo, ale dość dokładnie, przebieg szczepień przeciwgruźliczych w trzech szkołach w Nowym Targu w kwietniu 1955 roku.
Przyjazd tak zwanej ruchomej kolumny BCG (w każdym województwie działała jedna taka kolumna) został ustalony już wcześniej. Zawnioskowała o to miejscowa administracja służby zdrowia. Wysłany z Krakowa specjalny zespół zjawił się w Nowym Targu 19 kwietnia. Miał przeprowadzić próby tuberkulinowe, a potem szczepienia przeciwgruźlicze w miejscowych szkołach. Już w pierwszej - jak przyznawał autor spisanego kilka dni później sprawozdania - "natrafiono na duży opór dzieci, które nie chciały poddać się wykonaniu pierwszych prób tuberkulinowych". Młodsze dzieci udało się w końcu przekonać. Starsze po prostu uciekły ze szkoły.
Gdy trzy dni później ekipa pojawiła się w kolejnej placówce, uczniom towarzyszyli już rodzice. W cytowanym wyżej raporcie tak relacjonowano przebieg wydarzeń:
[…] prób nie wykonano z powodu zdecydowanego sprzeciwu rodziców. […] Rodziców zebrało się około 80 osób, w czym byli również przedstawiciele Komitetu Rodzicielskiego. Wszyscy byli nastawieni wrogo, włącznie z kierownikiem tej szkoły, którego ustosunkowanie do akcji szczepień było negatywne, nawet utrudniające pracę. […]
Na uspokojenie, uświadomienie i przekonanie rodziców do konieczności przeprowadzenia tej akcji poświęcono 2 godziny, w ciągu których wygłoszono pogadanki i podjęto burzliwą dyskusję. Nastawienie rodziców nie uległo zmianie, matki wyprowadzały dzieci ze szkoły, padały wypowiedzi: "Róbcie doświadczenia na królikach - nie ma przymusu szczepień (domagały się ustawy), dzieci po szczepieniu umierają". Nie oszczędzono kierowcy, któremu grożono pobiciem za przywiezienie kolumny.
Tymczasem sytuacja zmieniła się również w pierwszej z odwiedzanych szkół. Relatywny spokój ustąpił miejsca napięciu i agresji. Zespół przekonał się o tym, gdy przystąpił do odczytania wcześniej wykonanych prób tuberkulinowych:
Mimo wybitnej pomocy ze strony kierownika szkoły nr 2 nie udało się u wszystkich dzieci odczytać prób. Dzieci masowo opuszczały szkołę, wyskakiwały oknami, a z pierwszego piętra zjeżdżały po rynnie. Zachowanie rodziców jeszcze bardziej agresywne, wypowiedź jednego z ojców: "Idźcie do PGR-ów krowy szczepić - bydło".
Podobne okrzyki pracownicy kolumny usłyszeli także w kolejnej placówce - w liceum ogólnokształcącym. W efekcie całą akcję przerwano. (...)
Bunt w Nowym Targu przemawia do wyobraźni dzięki swej spektakularności. Krótki, ale bogaty w treść raport rejestruje natężenie emocji, pokazuje zaciekłość reakcji rodziców i ocierające się o brawurę zachowania ich dzieci. Ale jak się wydaje, było to zdarzenie raczej incydentalne niż wpisujące się w regułę. Tak przynajmniej sugerują dokumenty wytworzone przez ówczesną administrację służby zdrowia, z którymi udało mi się zapoznać.
Bo w istocie przybycie nowej wiedzy medycznej rzadko przypominało inwazję, która prowokowałaby frontalne starcia. Opór będzie raczej sztuką uników niż zaciekłą wymianą ciosów. Akty sprzeciwu rozgrywały się przeważnie w czterech ścianach domu, na podwórkach, przy płocie. Albo w lichym ośrodku zdrowia w miejscowości, która sytuowała się gdzieś pomiędzy miasteczkiem a wsią, nigdy do końca niezdefiniowana, zabłąkana gdzieś pośrodku spektrum wyznaczonego przez miejskość z jednej, a wiejskość z drugiej strony.
Lechosław Głuszek, przywoływany tu już lekarz pogotowia, dzięki specyfice swojej pracy zdołał uchwycić w krótkich notatkach opisujących poszczególne wyjazdy istotę tego cichego, codziennego oporu. Oto co się wydarzyło, gdy pewnego razu wezwano go do porodu. Musiało się to dziać w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. W szerokiej perspektywie interwencja karetki wpisywała się w odgórne plany ograniczenia śmiertelności okołoporodowej i stanowiła wcielenie pronatalistycznej polityki państwa. Zarazem był to jeszcze czas, gdy kobiety rodziły przede wszystkim w domu, a asystę lekarza, w dodatku mężczyzny, traktowano jak wyjątek, nie regułę. Gdy zatem Głuszek wszedł do domu kobiety, okazało się, że "[p]oród już się odbył na słomie, która wyściełała coś w rodzaju pryczy czy prowizorycznego łóżka. Pod dużym piecem siedzi rozczochrana starucha i niezbyt inteligentnie się uśmiecha.
To babka, która odbierała poród. Jak się okazało, rodząca nie była bynajmniej zadowolona z przyjazdu karetki wezwanej przez męża. Nie życzyła sobie, by w przestrzeń jej domu wtargnęła jakakolwiek ekspercka wiedza i jej rzecznicy. Dała tego dowód w epilogu całej historii. Lekarz zanotował: "[…] uprzedziłem, że nazajutrz odbędzie się wizyta patronażowa z Poradni D. Na drugi dzień, a także i po kilku dniach następnych ani położnicy, ani nowo urodzonego dziecka w tym domu nie zastano, a najbliższa rodzina nie potrafiła podać, gdzie można znaleźć obie te osoby". (...)
Quiz: Tyle się działo! Quiz TOK FM dla śledzących newsy uważnie
Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!
Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.
Promocje nie łączą się.
*
Cytowany tu już kilkakrotnie felczer pracujący w województwie olsztyńskim stopniowo oswajał się z nowym miejscem pracy i poznawał pacjentów. Do jego obowiązków należało między innymi szczepienie dzieci. W wyznaczonym na ich przeprowadzenie dniu poczekalnia ośrodka zdrowia stała się areną starcia dwóch różnych wizji zdrowia:
W poczekalni panuje przykra woń potu i moczu, powietrze staje się ciężkie i duszne, płynie do gabinetu, utrudnia pracę. Jedno dziecko było wyjątkowo brudne, włoski miało pozlepiane w kołtun. Matka trzyma go w prawie mokrym becie, który jest brudny i cuchnący charakterystycznym smrodem. Krzyczę na matkę, że niechlujnie pielęgnuje dziecko. Chwytam nożyczki i chcę obciąć kołtuny. Kobieta zasłania głowę dziecka dłonią, niech pan tego nie robi - prosi ze strachem w oczach. Panie, dzieciaka mi pokręci - krzyczy. Jak pokręci - krzyczę - to mnie pani odda do sądu, odsuwam jej rękę i obcinam kołtuny. Przerażonymi oczami wodzi za nożyczkami. Jakaś gruba baba z piersiami jak donice i całym trzęsącym się brzuchem przepycha się z poczekalni. […] Pani - mówi - dzieciak, jak ma wszy, to je zdrowy, tak jak i świnia, też je zdrowa, jak ma wszy, bo chorego to się wszy nie trzymają. He, he, he - śmieje się potem, rada widać ze swego dowcipu, odsłaniając przy tym na wpół wygniłe zęby. […] Stoi potem i dumnie spogląda na resztę kobiet, które niby to się wstydzą za nią, a jednak uśmiechają się półgębkiem.
Wykorzystuję to, że mam tyle kobiet, organizuję pogadankę. Słuchają mnie z uśmieszkami ironii na wargach, obojętnie wzruszają ramionami, gdy mówię o właściwym karmieniu niemowląt. Dzieciom zagrożonym lub tym, co mają krzywicę, zapisuję witaminy, wapno i granulofosfat. Biorą niechętnie, a te, co muszą płacić pełną odpłatność, wręcz odmawiają.
Lekarz w tej scenie już nie tylko utyskiwał i narzekał. Wziął sprawy w swoje ręce i obciął dziecku włosy mimo ostrego sprzeciwu matki. Opisywanym (zresztą z wyraźnym obrzydzeniem) kobietom pozostały jedynie puste w tej sytuacji deklaracje i nieme gesty. Lekarz przejął kontrolę. To on ustalał reguły gry: bezpardonowo zainterweniował, potem wygłosił pogadankę i wreszcie przepisał lekarstwa. (...)
Posłuchaj: