"Bonanza się skończyła". Ekspert: Premier wciska gaz do dechy w samochodzie, który jest przeładowany "plusami"

Zdaniem dr. Sławomira Dudka polski rząd prowadzi "destrukcyjną politykę gospodarczą". - Jedziemy z górki samochodem, który jest przeładowany transferami socjalnymi, obietnicami, tarczami i "plusami". Jest bardzo ślisko, a przed nami pełno zakrętów. Prezes NBP Adam Glapiński naciskał hamulec, ale robił to za późno - mówił obrazowo w TOK FM prezes i główny ekonomista Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Zobacz wideo

Polacy coraz mocniej odczuwają zarówno wzrost opłat za energię, jak i skok cen w sklepach. A to przekłada się na ich zakupy, a co za tym idzie i wydatki, z których mogą zrezygnować. Jak podała "Rzeczpospolita", powołując się na dane GfK, 89 proc. gospodarstw musi oszczędzać. Co trzecie jest w złej sytuacji finansowej i decyduje się ciąć codzienne wydatki. Na rozrywkach poza domem, jedzeniu w restauracjach, podróżach po zakupy ubrań i butów oszczędza od 36 do 46 proc. Polaków. Kilkaset tysięcy gospodarstw w tym roku zrezygnowało z zakupów: mocnych alkoholi, masła, sypkich herbat i kawy rozpuszczalnej. 

- Bonanza się skończyła - skomentował w TOK FM dr Sławomir Dudek, prezes i główny ekonomista Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju. Jego zdaniem, to skutek przede wszystkim bardzo wysokiej inflacji, która w październiku wyniosła już 17,9 proc., a finalnie przekroczy próg 20 proc.

Gość Wywiadu Politycznego podkreślił, że winę za to ponosi gabinet premiera Mateusza Morawieckiego, który "zaczął żyć na kredyt" i doszedł do momentu, w którym Polsce już nikt nie chce pożyczać pieniędzy. - W 2020 roku rząd zaczął wydawać ponad stan i drukować pieniądze. Wprowadzał nowe transfery socjalne, nowe "plusy", nowe tarcze antyinflacyjne. A działo się to wszystko bez pokrycia w trwałych dochodach państwa. Na to nałożyły się jeszcze: wojna w Ukrainie, kryzys gospodarczy, kryzys energetyczny, nowe potrzeby zbrojeniowe. No i okazuje się, że musimy oszczędzać. Według prognoz Komisji Europejskiej skumulowana inflacja od 2020 roku do końca 2023 wyniesie ponad 50 proc. - wskazał w rozmowie z Karoliną Lewicką. 

Jak dodał, wzrost cen najbardziej uderza w biedniejszych Polaków, w tym emerytów, którzy nie mają możliwości ani oszczędzania, ani inwestowania. - Już płacą rachunek za decyzje rządu. Ale i tak, największy rachunek zostanie wystawiony po wyborach w 2023 roku. Bo widzę, że rząd na ten czas przesuwa najbardziej bolesne decyzje i zaciskanie pasa. A będzie musiał oszczędzać na sztandarowych programach socjalnych. Bo nie ma innego wyjścia. Budowanie państwa dobrobytu opartego na zadłużaniu się lub wysokiej inflacji nie ma przyszłości i już się kończy - powiedział.

Dlatego - kontynuował - z obozu rządzącego zaczynają płynąć głosy o konieczności oszczędzania, np. wprowadzenia kryterium dochodowego do programu 500 plus. - Wiceminister finansów Artur Soboń już o tym wspominał, później oczywiście się z tego wycofał, bo jesteśmy jeszcze przed wyborami. Ale to nie jest przypadek, że takie analizy są robione w Ministerstwie Finansów. Po wyborach dowiemy się o cięciach i nowych podatkach, o ile rynki finansowe nie wymuszą tego wcześniej - prognozował gość TOK FM.

"Nieuchronny efekt jojo"

W ocenie dr. Sławomira Dudka, polski rząd prowadzi "destrukcyjną politykę gospodarczą", co zobrazował barwną metaforą. - Jedziemy z górki samochodem, który jest przeładowany transferami socjalnymi, obietnicami, tarczami i "plusami". Jest bardzo ślisko, a przed nami pełno zakrętów. Prezes NBP Adam Glapiński naciskał hamulec (podwyższając stopy procentowe, które miały powstrzymać wzrost inflacji -  przyp. red.), ale robił to za późno. Teraz już nawet odpuścił hamowanie. A jednocześnie rząd przez kolejne transfery wciska do dechy pedał gazu - tłumaczył i dodał, że dlatego rząd jest "wrogiem niskiej inflacji".

Ekspert wytknął też niekonsekwencje w polityce premiera Morawieckiego, który twierdzi, że za wysoką inflację w Polsce odpowiadają wyłącznie czynniki zewnętrzne, głównie wojna w Ukrainie. - A proszę sobie przypomnieć, jak opozycja zaproponowała 20-procentowy wzrost wynagrodzeń w sferze budżetowej. Premier Morawiecki stwierdził, wskazując na opozycję, że to krajowi twórcy inflacji, bo podbijają wydatki budżetowe i doprowadzą do wzrostu cen takiego jak w Turcji, czyli 80 proc. Czyli sam zaprzeczył swojej tezie o "putininflacji", a parę tygodni później sam podwyższył płacę minimalną o 20 proc. Decydenci wiedzą, że 500 plus, trzynastka, czternastka i zapowiadana piętnastka wywołują inflację. Wszystko to wiedzą, ale oszukują społeczeństwo - stwierdził.

Jak mówił także, tarcza antyinflacyjna w formie, którą zaproponował rząd, jest nieskuteczna, bo nieuchronny jest "efekt jojo". Jak tłumaczył, gdy zostanie zniesiona tarcza, inflacja jeszcze bardziej wystrzeli. - Zmarnowaliśmy na leki przeciwbólowe kilkadziesiąt miliardów złotych, a inflacja i tak zaraz wyniesie 20 proc. - podsumował gość Karoliny Lewickiej.

DOSTĘP PREMIUM