Polski odpowiednik naukowca z "Nie patrz w górę": Rozbieramy fazy lotu skoczka narciarskiego, a nie rozumiemy zjawisk za oknem

- Ze zdziwieniem przyjąłem huragan wokół tego filmu w mediach społecznościowych. To, że ludzie tego nie widzą na co dzień, że trzeba im to pokazać tak łopatologicznie, z grubej rury, z tak wielkim nakładem sił i środków. To jest najbardziej denerwujące - tak o filmie "Nie patrz w górę" mówił w TOK FM prof. Szymon Malinowski, fizyk atmosfery, o którym Grzegorz Sroczyński powiedział, że może być uznawany za polski odpowiednik naukowca granego przez Leonardo DiCaprio.
Zobacz wideo

Film "Nie patrz w górę" w reżyserii Adama McKaya wyprodukowany dla Netfliksa to historia dwojga naukowców, którzy próbują opowiedzieć światu o zbliżającej się do Ziemi komecie. Jednak zapowiedzi nadchodzącego końca świata nikt - ani media, ani politycy, ani społeczeństwo - nie bierze na poważnie. 

Twórcy filmu mówią wprost, że kometa, która ma uderzyć w Ziemię, to metafora nadchodzącej katastrofy klimatycznej. Wskazywał to m.in. grający naukowca Leonardo DiCaprio.

Naprawdę trzeba tak łopatologicznie?

Prof. Szymon Malinowski, fizyk atmosferyczny, przewodniczący Zespołu doradczego do spraw kryzysu klimatycznego przy prezesie Polskiej Akademii Nauk, przyznał, że film Netfliksa oglądał. Ale zachwytów nie podziela. - Dla mnie był nudny, nie był w ogóle odkrywczy - mówił w audycji Grzegorza Sroczyńskiego "Świat się chwieje". 

Prof. Malinowski sam również jest bohaterem filmu - tyle że dokumentalnego. "Można panikować" w reżyserii Jonathana L. Ramseya to opowieść o naukowcu od lat ostrzegającym o zagrożeniu klimatycznym. 

 

- Ze zdziwieniem przyjąłem huragan wokół tego filmu w mediach społecznościowych. To, że ludzie tego nie widzą na co dzień, że trzeba tak łopatologicznie, z grubej rury, z tak wielkim nakładem sił i środków. To jest najbardziej denerwujące - mówił prof. Malinowski. I temat katastrofy klimatycznej porównał do... skoków narciarskich. - Zobaczmy, ile się mówi o skokach narciarskich, a ile o katastrofie klimatycznej w popularnych mediach. Jeśli potrafimy rozebrać szczegółowo fazy lotu skoczka narciarskiego i nie potrafimy skojarzyć związków przyczynowo-skutkowych w zjawiskach, które mamy za oknem na co dzień, to coś jest nie tak - stwierdził.

Robienie min i przewracanie oczami

W filmie "Nie patrz w górę" jest scena, w której naukowiec grany przez DiCaprio w studiu telewizyjnym nie wytrzymuje - wybucha, utyskując na niezrozumienie powagi sytuacji. Po czym wychodzi. Prof. Malinowski przyznał, że choć jemu nie zdarzyło się wyjść ze studia telewizyjnego, bywało, że "robił miny i przewracał oczami". Kiedy najbardziej?

- Kiedy ludzie kompletnie nie rozumieją tego, jak jesteśmy zależni od klimatu. Dla większości z nas to jest abstrakcyjne - wskazał, a by zobrazować, o co mu chodzi, zapytał prowadzącego, czy wie, skąd dziś wieje wiatr. - Dawniej od tego zależała sprawa zasiewów i zbiorów. Każdy, kto miał do czynienia z pracą na roli, musiał pewne rzeczy wiedzieć. Teraz nie musi, dlatego nie rozumie najważniejszych związków, które zachodzą w przyrodzie. To jest poza nami, poza naszym życiem - tłumaczył. 

Przyznał z żalem, że w Polsce nauka jest ostatnią rzeczą, jaką przejmowaliby się politycy i obywatele. - Większość ludzi w życiu nie wykonała żadnego pomiaru. Uczymy się nie myśleć, tylko wkuwać. Nie patrzeć krytycznie na rzeczywistość. Mam straszny żal do środowiska intelektualnego, które nie protestowało przed tym, co zrobiono w ostatnich latach z polską szkołą, zapłacimy za to straszną cenę - mówił.

Dlaczego nie wierzymy nauce?

Czy kometa to dobra metafora katastrofy klimatycznej? Zdaniem prof. Malinowskiego jest tak dobra, jak każda inna. - Ten film jest wyłożeniem na stół podstawowych mechanizmów, które rządzą życiem społecznym, które oderwało się od podstaw przyrodniczych. Myśmy się do tego przyzwyczaili - tłumaczył.

Wskazywał też na to, co oznacza dla nas samo pojęcie nauka. O ile po polsku kojarzy się to z nauką w szkole, czasem z pracą naukową - a właściwie dydaktyczną - na uczelniach, o tyle po angielsku słowo "science" to system zbierania i weryfikacji informacji o świecie, choć głównie o świecie nieożywionym. I tu napotykamy kolejny problem. 

- Nie dziwi nas, że działa telefon komórkowy, że możemy rozmawiać na odległość. To jest przezroczyste. Ale informacja, która nie przekłada się w najprostszy możliwy sposób na codzienne działanie, na codzienne obserwacje - jest czymś tajemniczym - mówił. Jeśli więc nie widzimy na co dzień i jak na dłoni, że klimat się zmienia na naszą niekorzyść - bo przecież nie musimy się temu przyglądać, by na co dzień funkcjonować - to nie jest to dla nas nic realnego. 

Praprzyczyna zła

Prof. Malinowski, diagnozując przyczynę naszych - jako ludzkości - problemów, wskazał na błąd, który stał u zarania budowy współczesnej cywilizacji. - Ekonomia, jaką zbudowaliśmy, i którą dobrze było posługiwać się, kiedy jako ludzkość byliśmy malutkim elementem życia na planecie, została stworzona z kompletnym pominięciem planetarnych zależności. Prawa przyrody, które bada nauka i prawa ekonomii, które myśmy stworzyli wkładamy do jednego worka - przekonywał.

Dlatego właśnie problemem systemu, w którym funkcjonujemy, jest to, że nie odróżnia wartości dodanej od eksternalizacji kosztów - czyli przerzucenia ich na przyszłe pokolenia, na biedniejszych. - W lutym 2021 roku ukazał się fenomenalny dokument, "The Dasgupta review", który pokazuje, że nie widzimy tzw. kapitału naturalnego. Nie postrzegamy tego, że mamy wodę do picia, że możemy hodować rośliny, pozyskać energię, jako kapitał, jako wartość. Wszystko widzimy w językach kapitału finansowego - tłumaczył. Tymczasem takie podejście działało w czasie, kiedy ludzi na świecie było znacznie mniej, a ich cywilizacja była znacznie mniej ekspansywna. Dziś ludzie stanowią 35 proc. masy wszystkich kręgowców lądowych, a ze zwierzętami, które hodujemy, żeby je zjeść - 95 proc. Do tego masa wytworów człowieka przekroczyła masę wszystkich organizmów żywych na świecie.

Portret komety

Grzegorz Sroczyński poprosił prof. Malinowskiego o przedstawienie sytuacji, w której się znajdujemy. O opisanie, na czym polega kryzys klimatyczny, z którym się zmagamy i będziemy się zmagać. Ale o opisanie go tak, by trafiło to do wątpiących w powagę sytuacji. 

- Siedzimy na statku kosmicznym "Ziemia" i od pustki kosmosu oddziela nas atmosfera, której ilość jest taka, że gdyby ją sprężyć do gęstości wody, to jest tego 10 metrów. I tylko malutki element tej atmosfery daje nam izolację. Dłubiąc przy tej izolacji, zmieniamy system podtrzymywania życia. A dłubiemy w sposób kompletnie nieodpowiedzialny, wiedząc, co psujemy. Nie bardzo myślimy o konsekwencjach, bo mamy inne rzeczy na głowie. Poza tym dłubanie daje nam takie czy inne korzyści - tłumaczył. A co konkretnie robimy z naszym systemem podtrzymywania życia? - My tę powłokę pogrubiamy, prowadząc do tego, że się możemy w środku ugotować. Dlatego musimy przestać wpuszczać do atmosfery gazy cieplarniane, przede wszystkim CO2, który jest bardzo trudno usunąć - dodał. A żeby wytłumaczyć, jak trudne mogłyby być usuwanie dwutlenku węgla z atmosfery, przytoczył analogię: "Mamy dwumilionową Warszawę, w której musimy wyłapać 830 osób. Do tego potrzeba mnóstwo energii". 

Co więc nam pozostaje? Poczekać, aż procesy naturalne przywrócą atmosferę do stanu równowagi, ale przede wszystkim przestać psuć. A jako złą prof. Malinowski wskazuje każdą działalność prowadzącą do emisji gazów oraz tę, która nie prowadzi do wzrostu lub zachowania bioróżnorodności.

Kometa walnie ogonem

Czy w takiej sytuacji ktoś, kto czyta ten tekst lub słucha rozmowy i chciałby zareagować, może zrobić coś konkretnego? Prof. Malinowski odpowiada: "Sami niewiele możemy zrobić. Musimy szukać osób, które rządziłyby nami w sposób bardziej odpowiedzialny. Po drugie rozmawiać o tym. Tak jak ten film jest jakimś przełomem, tak samo my chowamy głowę w piasek - nie mówimy, nie szukamy rozwiązań".

Pytany o jego prognozę na przyszłość i to, co zrobi Ziemi kometa zwana katastrofą klimatyczną, przyznał, że ominięcie planety jest już niemożliwe. - Kometa co najmniej zawadzi ogonem. Może walnąć, ale chyba nie centralnie. Teraz wszystko zależy od nas - przyznał. 

DOSTĘP PREMIUM