,
Obserwuj
Kultura

Tak wyglądają porachunki w środowisku gangsterskim [FRAGMENT KSIĄŻKI]

6 min. czytania
27.04.2025 20:04
"Mutanci (...) musieli utrzymywać bliskie kontakty z innymi przestępcami, a wręcz być częścią większego układu. Niektórzy (...) utrzymywali także dobre relacje z mniejszymi stołecznymi grupami przestępczymi. (...) Po roku 2000 to one - niewielkie grupy zadaniowe - stanowiły największe utrapienie dla policji. Jedną z takich grup była ekipa Andrzeja D. znanego na mieście jako Książę" - pisze Artur Górski w książce "Fragles. Gang Mutantów".
|
|
fot. Dariusz Borowicz / Agencja Wyborcza.pl

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. 'Fragles. Gang Mutantów' autorstwa Artura Górskiego, która ukaże się 29 kwietnia 2025 roku nakładem Wydawnictwa Prószyński Media.

Koszmar w cieniu Centralnego

Powszechnie uważa się, że Mutanci - w przeciwieństwie do większości innych polskich grup przestępczych - działali sami, nie wiązali się z innymi strukturami gangsterskimi, stanowili coś w rodzaju samotnej wyspy, która nie potrzebuje żadnego wsparcia z zewnątrz. Że z jednej strony nikomu nie ufali, a z drugiej - nie zamierzali się z nikim dzielić swoimi zyskami. Czy tak było naprawdę? Niekoniecznie.

Już sam fakt, że Mutanci powstali jako 'sekcja bojowa' jednego z liderów grupy wołomińskiej, świadczy o tym, że musieli utrzymywać bliskie kontakty z innymi przestępcami, a wręcz być częścią większego układu (tym bardziej że Janusz K. 'Malarz' trzymał z wieloma bossami półświatka). Potem związali się z grupą markowską, kierowaną przez Andrzeja Cz. 'Kikira', i choć szybko weszli w konflikt ze swym szefem (czy może raczej - protektorem), korzystali z kontaktów, które zapewniła im obecność w orbicie Kikira. Pewnie nigdy nie staliby się sojusznikiem grupy wyszkowskiej, kierowanej przez Uchala, gdyby nie znaleźli się w środowisku, w którym ci pierwsi odgrywali istotną rolę. Zresztą Fragles, który stał się - podobno z woli Kikira - członkiem grupy Mutantów, także dysponował kontaktami na północny wschód od Warszawy, z których korzystali jego nowi kompani.

'Fragles. Gang Mutantów' Artur Górski
'Fragles. Gang Mutantów' Artur Górski
Prószyński Media

Na tym jednak nie koniec. Niektórzy Mutanci utrzymywali także dobre relacje z mniejszymi stołecznymi grupami przestępczymi, które wprawdzie nie miały takiego znaczenia jak Pruszków czy Mokotów, ale po roku 2000 to one - niewielkie grupy zadaniowe - stanowiły największe utrapienie dla policji. Jedną z takich grup była ekipa Andrzeja D. znanego 'na mieście' jako Książę (nie mylić z bydgoskim bossem o takim samym pseudonimie). Ekipa ta specjalizowała się w handlu narkotykami w okolicach Dworca Centralnego - wówczas lokalizacji wprost wymarzonej dla handlarzy. Nawiasem mówiąc, rejony miasta położone w pobliżu tego dworca miały ustaloną renomę wśród narkotykowych dilerów już od czasów PRL. Ten, kto chciał kupić narkotyki - i te lżejsze jak marihuanę, i silniejsze, jak tak zwany kompot, czyli pokątnie produkowaną heroinę - podczas corocznego festiwalu Jazz Jamboree doskonale wiedział, że dostanie je bez trudu w okolicach Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki. A to przecież sto metrów od Dworca Centralnego. Po upadku PRL handel prochami przesunął się w jego stronę - natomiast Sala Kongresowa od dawna czeka na generalny remont, a imprezy jazzowe już nie kojarzą się z handlem zakazanymi substancjami.

Wracając do Andrzeja D. - jednym z Mutantów, z którymi utrzymywał biznesowe relacje, był Lewy, uczestnik wydarzeń w Parolach. Ale tu chciałbym więcej miejsca poświęcić nie tej dość sporadycznej współpracy, ale wydarzeniu, które miało związek z grupą Księcia - doskonale ilustruje ono bowiem relacje panujące w stołecznym półświatku w czasie 'mafijnej anarchii', jaka nastąpiła tuż przed i po rozbiciu grupy pruszkowskiej.

18 stycznia 1999 roku do szpitala na warszawskim Solcu (Powiśle) pogotowie przywiozło zmasakrowanego młodego mężczyznę - miał poharatane żyletką całe ciało i odcięte płatki uszu. Chirurdzy musieli założyć mu prawie trzysta szwów. Poszkodowanym okazał się dwudziestoletni Tomasz J., którego sprawą zainteresowała się policja. Gdy doszedł do siebie, wyznał, że został skatowany przez swych prześladowców, znęcających się nad nim w stanie upojenia alkoholowego - rzecz działa się w mieszkaniu przy ulicy Nowogrodzkiej (okolice Dworca Centralnego). Gdyby oprawcy nie opuścili na pewien czas mieszkania, pewnie zabiliby Tomasza J. Być może zresztą uważali, że ten już nie żyje. Tymczasem poszkodowany, resztką sił, wydostał się z mieszkania i postanowił poszukać ratunku na okolicznym dworcu Warszawa-Śródmieście.

O wiele mniej szczęścia miał jego kolega, siedemnastoletni Dariusz M., który był katowany w tym samym mieszkaniu - gdy policja wkroczyła do środka, znalazła jedynie martwe, opuchnięte, sine ciało. Jak czytamy na stronie Gazety Policyjnej, bezpośrednią przyczyną śmierci nie było pobicie, ale zastrzyk z morfiny i amfetaminy.

Świadczyło to o tym, że sprawcy nie byli jedynie stereotypowymi tępymi karkami, ale fachowcami, którzy doskonale wiedzieli, jak uśmiercić człowieka poprzez podanie mu odpowiedniej mieszanki środków odurzających.

Konsternację policjantów wywołał napis na ścianie: 'Za gwałt na kobiecie w ciąży'. Czy oznaczało to, że kaźń dwóch młodych mężczyzn była zemstą za potworną niegodziwość? Funkcjonariusze byli sceptyczni, bo cała sprawa wyglądała na klasyczne porachunki w środowisku gangsterskim.

Oczywiście od razu ustalono, kto jest właścicielem mieszkania - okazała się nim Małgorzata D., z którą jednak nie było żadnego kontaktu. Po kilku dniach jej ciało zostało znalezione w lesie pod miejscowością Tłuszcz - została zasztyletowana, bo była świadkiem męczarni Dariusza M. oraz Tomasza J., mogła więc być niebezpieczna dla sprawców.

Po nitce do kłębka śledczy jednak rozwiązali tę wyjątkowo ponurą zagadkę - okazało się, że wszystko wydarzyło się w łonie grupy narkotykowej pracującej dla Księcia. Otóż pewnego dnia Tomasz J. i Dariusz M. imprezowali z dwudziestosześcioletnią Ewą M., ciężarną narkomanką, żyjącą z rozprowadzania prochów. Trudno powiedzieć, jak wyglądała ta libacja, ale według relacji kobiety została ona zgwałcona przez obu mężczyzn. Poskarżyła się swemu chłopakowi, Mariuszowi C., pseudonim Bandzior, i ten postanowił pomścić krzywdę ukochanej. Jak wyznał już po zatrzymaniu, wyposażył się w tasak, bagnet, kij bejsbolowy, kanister z benzyną i rozpoczął tropienie Tomasza i Dariusza. Towarzyszył mu kompan, Sebastian B.

Z czasem jednak pojawił się jeszcze jeden wątek, a mianowicie kradzież narkotyków, które mieli sobie przywłaszczyć domniemani gwałciciele. Sprawa dotarła do szefa grupy, czyli Księcia, i jego przybocznego - Adama M., pseudonim Bocian. Pętla na szyjach mężczyzn zaciskała się coraz mocniej. W końcu zostali znalezieni i ukarani z niewiarygodnym wręcz okrucieństwem. O wszystkim opowiedział policji wspomniany Sebastian B., który został dość szybko namierzony i zatrzymany, jednak po czterech dniach spędzonych w areszcie mężczyzna odebrał sobie życie. Jak podaje Gazeta Policyjna, w liście pożegnalnym do swojej dziewczyny napisał: '

'Nie wiedziałem, że ten chłopak umrze, a Gosi osobiście nie zabiłem. Musiałem przy tym być, by chronić życie swoje i Twoje'

. W wyjaśnieniach przed prokuratorem i policją wielokrotnie powtarzał, że zdecydował się na współpracę z policją i że Książę jest niebezpieczny i wpływowy. Właśnie dzięki jego wyjaśnieniom wpadli dwaj pozostali oskarżeni.

Czy Książę czuł się wpływowy, bo utrzymywał dobre relacje z najgroźniejszymi gangami stolicy i jej okolic, takimi jak Mutanci? Niewykluczone.

Oto jak wyglądał przebieg zdarzeń poprzedzających zabójstwa. Dariusz M. został namierzony przez Mariusza C. dość szybko, w stołecznej dyskotece Pod Samowarem (czy trzeba dodawać, że znajdowała się ona tuż obok Dworca Centralnego?). Zawieziono go na Nowogrodzką i tam katowano tak długo (podobno nie tylko był bity, ale także zmuszany do picia własnego moczu), aż wyznał, gdzie mieszka Tomasz J. Niedługo później już obaj byli torturowani, przy czym Książę miał wydać polecenie, że owszem, kara musi zostać wymierzona, ale ofiary mają przeżyć. I być może nie doszłoby do najgorszego, gdyby nie nadgorliwość Sebastiana B., który nakręcał się w miarę bicia - to on wymyślał najbardziej drastyczne metody udręczenia (na rany miał sypać kwasek cytrynowy, aby zwielokrotnić ból). Choć, jak zapewnił w swym ostatnim liście, nie chciał zabić.

Sąd, który podejmował decyzję po utajnionym procesie, skazał Mariusza C. na wyrok dożywotniego więzienia, podobnie jak jego dziewczynę, Ewę M., która już za kratami powiła dziecko. Zdaniem sądu katorga trzech osób miała związek wyłącznie z kradzieżą narkotyków, a gwałt został naprędce wymyślony przez sprawców tego potwornego przestępstwa. Jednak w apelacji kary zostały złagodzone - Mariusz C. usłyszał wyrok piętnastu lat więzienia, natomiast Ewa M. - trzynastu lat. Książę, jako ten, który nakłaniał do popełnienia przestępstwa, otrzymał wyrok dziesięciu lat pozbawienia wolności.

Posłuchaj: