Sprawdzają prędkość kierowców w Warszawie. "Wyniki są przerażające. Mamy drogową patologię"

Działacze stowarzyszenia Miasto Jest Nasze wzięli pod lupę prędkość, z jaką poruszają się kierowcy na ulicach w Warszawie. Wyniki są dramatyczne. Pokazują, że zgodnie z przepisami jeździ niewielka grupa osób, często kursantów prawa jazdy. Nie brakuje za to "śmiałków", którzy w środku miasta pędzą ponad 100 km/h. - Mamy absolutną drogową patologię - mówi przedstawiciel MJN. Co jest tego powodem?
Zobacz wideo

Ponad 100 kilometrów na godzinę - z taką prędkością potrafią pędzić kierowcy na warszawskich ulicach. I to wcale nie są wyjątkowe sytuacje. Wyjątki stanowią zaś ci, którzy na liczniku mają, zgodnie z przepisami, maksymalną dla terenu zabudowanego "pięćdziesiątkę".

Prędkość, z jaką poruszają się kierujący, postanowili wziąć pod lupę działacze stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. Pomiary zaczęli 19 listopada, dokładnie rok po tym, jak premier Mateusz Morawiecki wygłosił expose, w którym zapowiedział, że bezpieczeństwo na drogach będzie jednym z priorytetów władzy. Przez rok, zdaniem aktywistów, nic się zmieniło.

Akcję prowadzą, by - jak mówią - nagłośnić problem związany z przekraczaniem prędkości. Nie robią zdjęć piratom drogowym ani nie zgłaszają ich na policję. Z danego pomiaru zbierają po prostu "suche" liczby pokazujące to, ilu kierowców jechało z jaką prędkością. - Nie chodzi nam o karanie kogokolwiek, ale o pokazanie, jak wielka jest skala drogowego bezprawia - mówi nam Marcin Chlewicki, ekspert transportowy MJN.

Do wykonywania pomiarów korzystają z fotoradaru wypożyczonego od stowarzyszenia Kieleckie Inwestycje. Tamtejsi aktywiści nabyli go od straży miejskiej, która wyprzedawała sprzęt po tym, jak w 2015 roku Sejm pozbawił strażników możliwości kontroli prędkości. - Jest to zatem normalny fotoradar, który służył funkcjonariuszom, a nie żadna zabawka, co zarzucają nam hejterzy, dla których problemem nie jest nadmierna prędkość tylko to, skąd mamy sprzęt i po co to robimy - mówi Chlewicki.

100 kilometrów na godzinę przez miasto

Przez blisko dwa miesiące aktywiści skontrolowali kilkanaście ulic na terenie całej Warszawy. Byli między innymi w Śródmieściu (w Al. Ujazdowskich, przed kancelarią premiera), na Pradze Północ (Kijowska), w Rembertowie (Chruściela), na Pradze Południe (Grochowska), ale też na przykład w podwarszawskich Michałowicach. - Staramy się znaleźć miejsca, gdzie jest problem z przekraczaniem prędkości. Gdzie są na przykład przejścia dla pieszych bez sygnalizacji, co sprawia, że ta prędkość jest jeszcze większym problemem - wyjaśnia działacz MJN. Jak dodaje, o pomiary w niektórych konkretnych miejscach apelują sami mieszkańcy lub zaprzyjaźnieni aktywiści i radni.

Pytany o główne wnioski, Chlewicki stwierdza krótko: bajor.

W Al. Ujazdowskich położonych w ścisłym centrum miasta tylko w ciągu pierwszych 30 minut pomiaru udało się zauważyć dwóch kierowców jadących z prędkością przekraczającą 100 kilometrów na godzinę.

W al. Waszyngtona rekordzista pędził 114 kilometrów na godzinę, na Kijowskiej - 102, na Chruściela w Rembertowie - 107, a na Grochowskiej - 109. Także we wspomnianych wcześniej Michałowicach, na ulicy, na której obowiązuje ograniczenie do 40 kilometrów na godzinę trafiło się wielu takich, którzy jechali dwa razy szybciej.

- Skala patologii jest gigantyczna. Naprawdę mało kto jeździ przepisowo. Kierowcy nic sobie nie robią z tego, że w danym miejscu jest przejście dla pieszych - mówi Chlewicki. - W poniedziałek robiliśmy pomiary na Grochowskiej. To, co tam zobaczyliśmy, to po prostu kosmos. Tam prawie nikt nie jeździ przepisowo, z wyjątkiem kursantów prawa jazdy i niektórych kierowców autobusów. Znakomita większość kierowców miała na liczniku 60, 70 czy 80 kilometrów na godzinę. Oczywiście "dziewięćdziesiątki" i "setki" także się zdarzały - dodaje.

Na innych ulicach jest zresztą, zdaniem Chlewickiego, podobnie. Dokładne podsumowanie akcji aktywiści mają zamiar przeprowadzić w lutym (do tego czasu sprawdzą jeszcze kilka lokalizacji), ale już dziś przekonują, że wiele stołecznych ulic to po prostu tor wyścigowy.

Dlaczego kierowcy przekraczają prędkość?

Dlaczego tak się dzieje? - Kierowcy przekraczają prędkość, bo mogą. Bo infrastruktura im na to pozwala, bo zostali niedostatecznie wyedukowani i nie rozumieją, czym jest prędkość i energia kinetyczna. Nie rozumieją, że jeśli jedziesz szybciej, to zwiększa się ryzyko samego zdarzenia i jego skutków - mówi Krzysztof Woźniak, dziennikarz TOK FM, który od lat zajmuje się tematyką bezpieczeństwa ruchu drogowego, autor programów Przewodnik Drogowy, Skołowani oraz Zmotoryzowani.

Podkreśla, że w momencie, gdy kierowca potrąci pieszego samochodem jadącym 50 kilometrów na godzinę, pieszy ten ma 50 procent szans na przeżycie. Przy wzroście do 60 kilometrów na godzinę - szanse te spadają do 40 procent. Kierowcom często się wydaje, że te 10 kilometrów na godzinę to tak naprawdę nic. Tymczasem, jeśli chodzi o ludzkie życie, każdy kilometr na godzinę więcej ma istotne znaczenie.

Prawo i jego egzekwowanie, infrastruktura i edukacja

Woźniak zwraca uwagę, że w bezpieczeństwie ruchu drogowego są trzy filary, na podstawie których zarządza się ryzykiem na drodze. Po pierwsze - dobre prawo i skuteczne jego egzekwowanie. Po drugie - infrastruktura, a po trzecie - edukacja.

- Te filary powinny się uzupełniać. Jeśli nie zadziała prawo i jego egzekwowanie, to powinna zadziałać infrastruktura. Jeżeli nie działa prawo, egzekwowanie, i infrastruktura, to powinna zadziałać edukacja, dzięki której wiemy, że mimo tego, iż jest szeroka jezdnia, to nie powinniśmy jechać więcej niż 50 kilometrów na godzinę - wskazuje.

W Polsce każdy z tych trzech elementów pozostawia wiele do życzenia. Jeśli chodzi o prawo dotyczące bezpieczeństwa ruchu drogowego, według Woźniaka, nie jest ono najlepsze. - Jesteśmy jedynym krajem w Europie, gdzie mamy dwa limity prędkości w terenie zabudowanym, czyli 50 kilometrów na godzinę między godziną 5 a 23, i 60 kilometrów na godzinę między 23 a 5 rano. Czy fizyka nocą działa inaczej? Nie, a w Polsce pozwala się na szybszą jazdę - dziwi się nasz rozmówca. - Do tego egzekucji prawa w miastach nie ma prawie w ogóle, więc jeżeli ulice nie są zakorkowane, to kierowcy jeżdżą 60-70 kilometrów na godzinę, a potrafią także powyżej 100 - dodaje. Choć warto wskazać, że nowela ustawy Prawo o ruchu drogowym, która ujednolici tę prędkość do 50 km/h przez całą dobę, jest obecnie w Sejmie.

Jeśli chodzi o kwestie infrastruktury, Woźniak odwołuje się do przywoływanej wcześniej przez aktywistów ulicy Grochowskiej na Pradze Południe, której szerokość pasów sięga powyżej czterech metrów, czyli tyle, ile na autostradzie. - Czy takie warunki zachęcają kierowców do ściągnięcia nogi z gazu? - pyta retorycznie.

Wypadki w 2020. Liczby (nie)napawają optymizmem

Wstępne dane za 2020 rok wskazują, że na polskich drogach doszło do około 24 tysięcy wypadków, to o 60 proc. mniej niż rok wcześniej. Jak mówił w audycji Skołowani Mirosław Bajor, który zajmuje się zbieraniem i analizowaniem takich danych, nie wynika to raczej z działań podjętych np. przez rządzących, ale jest efektem zmniejszonego natężenia ruchu w związku z pandemią.

Mniej było także zabitych i rannych. Niepokojąco wzrosła za to tzw. ciężkość wypadków, czyli liczba zabitych na 100 wypadków drogowych. - W 2020 roku było to około 11 osób. To bardzo dużo. Poprzednio tak złego wyniku nie mieliśmy od 2011 roku - powiedział Bajor.

To niewątpliwie wiąże się z prędkością niedostosowaną do warunków jazdy, która od lat jest jedną z głównych przyczyn wypadków drogowych. Jeśli chodzi o poprzedni rok, Bajor podał także, że wśród przyczyn wypadków spowodowanych przez kierujących, udział niewłaściwej prędkości wzrósł o 32 proc. w porównaniu do roku 2019.

- Jeśli chcemy, żeby było bezpieczniej na drogach, to prędkość powinna być mniejsza - mówi Krzysztof Woźniak. - Dobrym przykładem jest Oslo, gdzie 90 procent dróg ma dopuszczalną prędkość 30 kilometrów na godzinę. W zeszłym roku tam nie zginął nikt - podsumowuje.

DOSTĘP PREMIUM