Czeka nas lato bez owoców? Sadownicy rozpaczają. "Takiego dramatu nie było nigdy"
Krzysztof Niebylski jest sadownikiem, prowadzi plantację od około 30 lat. Jak mówi, takiego dramatu jak jest w tym roku, nie było nigdy. Mróz, który pojawił się kilka tygodni temu, zniszczył niemal wszystko.
- Mam około 20 hektarów gruntu, na którym są sady. Kataklizm jest totalny, zostałem całkowicie bez środków do życia. Wydałem już 80 tysięcy zł, m.in. na środki ochrony roślin i pracowników, którzy cięli sad. I tego już nie odzyskam. Myślę, że trzeba będzie gdzieś kogoś błagać o jakąś pracę. Całe szczęście, że mieszkam z mamą, która dostaje 1800 zł emerytury, to będzie musiało na razie nam wystarczyć - dodaje w rozmowie z TOK FM.
Nasz rozmówca podkreśla, że wśród rolników pojawia się informacja, że rząd będzie wypłacał dopłaty w wysokości 200 zł do hektara. - W moim przypadku to wyjdzie 4 tysiące zł. Nie da się za takie pieniądze przeżyć całego sezonu. Nawet nie chcę o tym myśleć - mówi nasz rozmówca.
"Owoców praktycznie nie będzie"
- To, co stało się w sadach, przełoży się na konsumentów. Bo na wielu plantacjach owoców praktycznie nie będzie - mówią rolnicy z Lubelszczyzny. - Konsumenci muszą wiedzieć, że odczują to, z czym dziś mierzą się rolnicy. Bo po prostu w zagłębiach sadowniczych w naszym regionie praktycznie nie ma co zbierać - mówi wicewojewoda lubelski, Andrzej Maj. Chodzi o jabłka, gruszki, śliwki, ale też maliny, agrest czy porzeczki. W wielu miejscach straty są prawie 100-procentowe.
Krzysztof Chmiel wraz z całą rodziną ma plantację malin. - Wystarczyła jedna noc i temperatura nawet minus 11 stopni przy gruncie. Zabrała nam wszystko. Próbowaliśmy i dalej próbujemy coś ratować. Ale widzimy, że niewiele z tego będzie. Paliliśmy ogniska, ale dym w malinach działa tylko do minus 4 stopni, a tu było o wiele zimniej. Naprawdę, jest dramat. Ja mam 26 lat, prowadzimy gospodarstwo od dziada pradziada i nie widzę przyszłości. Nie dość, że mieliśmy ten chory napływ owoców z Ukrainy, to teraz jeszcze ten mróz. Myślałem, że gospodarstwa zaczną upadać jesienią, ale teraz widzę, że możemy nie dotrwać do czerwca. Nie mamy z czego żyć. Trzeba całą rodziną jechać do banku po kredyty, ale czy je dostaniemy? - mówi pan Krzysztof w rozmowie z TOK FM.
Tysięce Polaków tracą pracę. Odsłaniamy kulisy grupowych zwolnień
Łukasz Cielma jest rolnikiem z powiatu kraśnickiego, uprawia głównie jabłka, czereśnie i śliwki. - Jeśli chodzi o jabłonie, sytuacja jest bardzo zła, 80 procent na dziś jest nie do uratowania. A w przypadku czereśni, wszystko jest wymiecione do zera. Nie pamiętam takich mrozów w kwietniu, moi rodzice też nie - mówi pan Łukasz w rozmowie z TOK FM.
- Nie wiem, jak sobie poradzę, mam zobowiązania, kredyty w bankach, ale staram się o tym nie myśleć, bo bym zwariował - dodaje.
Sytuacja jest dramatyczna. Co na to ministerstwo
Rolnicy spotkali się z wicewojewodą lubelskim, Andrzejem Majem. Do spotkania doszło w Kolonii Moniaki koło Urzędowa. Pokazali wojewodzie sad z jabłoniami. Opowiedzieli o swojej dramatycznej sytuacji. Wojewoda zapowiedział, że w przyszłym tygodniu zorganizuje spotkanie z przedstawicielami Ministerstwa Rolnictwa, by mogli w nim uczestniczyć również sadownicy. - Postaram się, aby przyjechały do nas osoby decyzyjne - mówi Andrzej Maj.
Zapowiada też, że będzie chciał zainteresować przedstawicieli rządu pomysłem Związku Sadowników w sprawie stworzenia funduszu klęskowego. - Już kilka lat temu była o tym mowa, ale na rozmowach się skończyło - argumentowali sadownicy. Pomysł polega na tym, by rolnicy wpłacali niewielkie kwoty na taki fundusz, regularnie i obowiązkowo, a potem mogli dostać środki finansowe na przeżycie w sytuacji, gdy dojdzie do takiego kataklizmu jak w tym roku. Problemem było bowiem to, że sadownicy nie mogli się od mrozów ubezpieczyć. Towarzystwa ubezpieczeniowe nie chciały zawierać takich umów, a nawet jeśli, to trzeba było zapłacić nawet 14 tysięcy od hektara. - Kogo na to stać? - pyta pan Krzysztof.
- My nie będziemy mieć zbiorów, ale o sad musimy dbać, by było co zbierać w kolejnym roku. Z czego mamy to zrobić? Jak nam dzisiaj brakuje na chleb. To jest nasza rzeczywistość - mówi pan Wojciech. I dodaje, że nigdy nie myślał, że doczeka tak trudnych czasów. - Myślałem, że ta wojna w Ukrainie to najgorsze, co mogło się przytrafić, a tu kolejna tragedia - dodaje.