Jak to odbetonować? Po powodzi czas na zmiany. "Takie są plany rządu''
Przed tygodniem w Zamościu doszło do tzw. powodzi błyskawicznej. W ciągu dwóch godzin spadło 140 litrów wody na metr kwadratowy. Miasto zostało dramatycznie zalane. Woda wdzierała się do budynków mieszkalnych, zalewała podziemne garaże i piwnice. Duże szkody poczyniła też m.in. w części szkół i przedszkoli. Wdarła się również do zamojskiego ZOO.
- Niestety, przez ostatnie lata bardzo wiele samorządów w Polsce - widząc środki unijne, korzystała z nich, często zapożyczając się na duże kwoty i, kolokwialnie mówiąc, lała beton. Większość miast - i mniejszych, i większych - jest zabetonowana. I woda, przy tak ogromnych opadach, nie ma gdzie spływać, nie ma gdzie się wchłonąć - mówi prezydent Zamościa, Rafał Zwolak, który sprawuje tę funkcję dopiero od kilku miesięcy. Jak dodaje, samorządowcy muszą zacząć myśleć, co z tym zrobić, bo gwałtownych opadów - jak przewidują eksperci - w związku ze zmianami klimatu będzie coraz więcej.
Prezydent Zamościa w rozmowie z TOK FM zdradza, że także rząd pracuje nad zmianami w tym zakresie. - Siedemdziesiąt największych polskich miast, w tym również Zamość, będzie musiało opracować i wdrożyć plan, jak to odbetonować. I to ma być zrobione szybko, w przyszłym roku. Chodzi o nasadzenia. Ma być jak najwięcej trawników, zieleni, skwerów, parków. Bo jeżeli mamy beton, to nie ma szans, żeby woda wsiąkała. Nie ukrywam, będzie to dla nas ogromne wyzwanie - zdradza w rozmowie z nami prezydent Zamościa.
Na razie Zamość liczy straty po ubiegłotygodniowej powodzi
Wstępnie mówiono o kwocie półtora miliona zł, ale dziś wiadomo, że straty wynoszą kilka razy tyle. Bo cały czas ujawniają się nowe usterki i problemy. - Na przykład w weekend zapadły się jezdnie na dwóch ulicach, czego nie było wcześniej widać. Woda drążyła jakieś tunele i mamy zapadliny głębokości jednego metra - mówi prezydent. Zapadła się też część ścieżek rowerowych czy ścieżki w miejskim parku. - To są ogromne koszty - mówią urzędnicy.
Rafał Zwolak dodaje, że straty po gwałtownej i bardzo obfitej ulewie już przekroczyły 5 milionów zł. To m.in. szkoły i przedszkola, które zostały zalane. Jedno z przedszkoli wymaga całościowego remontu, dlatego od września nie ruszy - dzieci zostaną przeniesione tymczasowo do pobliskiej szkoły. Ale problemów w placówkach oświatowych jest więcej.
Dla przykładu, w przedszkolu nr 8 konieczna jest pilna wymiana paneli podłogowych czy odmalowanie sufitów. W przedszkolu nr 14 zalane są nie tylko sufity i podłogi, ale też sprzęt komputerowy i drukarki. Konieczna będzie również wymiana rur odprowadzających wodę. W Szkole Podstawowej nr 4 musi być wykonana nowa izolacja i system odwodnienia budynku. Z bardziej prozaicznych rzeczy, zalane zostały dywany w salach do edukacji wczesnoszkolnej. W "szóstce" do wymiany są komputery, odkurzacze, sprzęt do napraw (np. wiertarki). Z kolei w Szkole Podstawowej nr 10 - konieczny będzie remont klatek schodowych i sal lekcyjnych. Do tego trzeba naprawić przeciekający dach. - Naprawdę, mamy co robić - mówi prezydent Zamościa.
Woda nie oszczędziła zamojskiego ZOO
- W Ogrodzie Zoologicznym runął nam płot od strony rzeki Topornicy. Sama wymiana tego płotu, na całej linii, to jest 800 tysięcy zł. Będziemy występować do wojewody o pomoc - dodaje prezydent.
Ale są i dobre wieści. Woda wdarła się na niektóre wybiegi w zoo, m.in. dla surykatek. Zwierzęta schowały się przed nią w norkach. Pracownicy byli pewni, że nory zostały zalane i surykatki nie przeżyją. Zaskoczenie - pozytywne - było ogromne, gdy po kilku dniach wyszły na powierzchnię.
- Każdy, kto żyw, do mnie dzwonił "Dyrektorze, wykopały się, nic im się nie stało". A to chodziło o osiem surykatek, z którymi jesteśmy tutaj u nas związani. A ja już podjąłem starania i rozmowy w innych ogrodach o pozyskanie nowych zwierząt, ale na szczęście bez potrzeby - mówi dyrektor zamojskiego zoo, Grzegorz Garbuz.
Jak dodaje, z obawy o zagrożenie dla ptaków, na czas ulewy przeniesiono je w inne miejsce. - Część ptaków, widząc ulewę, schowała się do miejsca, w którym nocują czy zimują, bo tam się czują bezpiecznie. Tyle, że to jest taki specjalny budynek, który - na obecne warunki klimatyczne - jest za nisko osadzony i przy bardzo intensywnych opadach - jest zalewany. Dlatego musieliśmy trochę profilaktycznie zareagować. Odłowiliśmy z jednej strony lemury wari, które też tam przebywały, a z drugiej ptaki brodzące - ibisy. Baliśmy się, że mogą się nam potopić - opowiada Garbuz w rozmowie z TOK FM. I dodaje, że ostatecznie na szczęście żadne zwierzę nie ucierpiało.