advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Łódzkie

Stare studnie odkrywane w łódzkich podwórkach. "Nie do wiary, ile tego było"

Katarzyna Giedrojć
5 min. czytania
14.05.2023 08:00
Zanim powstały miejskie wodociągi, w Łodzi było około 10 tysięcy studni. Teraz, podczas rewitalizacji kamienic, są one odkrywane przez budowlańców. Tylko w ostatnim roku takich sytuacji było kilkanaście. To wyjątkowe znaleziska. Jedna ze studni miała średnicę aż 3,5 metra.
|
|
fot. zbiory własne łódzkiego ZWiK-u

Woda z miejskiej sieci wodociągowej pojawiła się w domach dopiero po II wojnie światowej. Wcześniej na każdym podwórku musiała być studnia. - Początkowo były to studnie, z których ręcznie czerpano wodę. Później pojawiły się mechaniczne - z systemami pompowania wody zasilanymi silnikami elektrycznymi, spalinowymi lub gazowymi. Woda ze studni trafiała do metalowych zbiorników, które znajdowały się na strychach kamienic, stamtąd grawitacyjnie spływała rurami do kranów w mieszkaniach - opowiada Miłosz Wika, rzecznik Zakładu Wodociągów i Kanalizacji w Łodzi.

Wodę z kranów mieli tylko bogaci lokatorzy - ci mieszkający w frontowych kamienicach. Biedni z oficyn czerpali wodę albo ze studni, albo z żeliwnego podwórkowego zdroju - zasilanego wodą ze zbiornika na strychu. - Te żeliwne zdobione zdroje do dziś można odnaleźć na podwórkach śródmiejskich kamienic - informuje Wika.

Jakość wody w studniach była dramatyczna. - Obok ujęcia wody często budowano szalety z dołami kloacznymi. Zawartość dołów przez grunt przedostawała się do warstw wodonośnych i do studni, zanieczyszczając wodę bakteriami kałowymi - wyjaśnia rzecznik ZWIK-u.


Do tego ludzie sami zanieczyszczali wodę, a potem korzystali z niej, jakby była pierwszej czystości. - Zdarzało się, że gospodarz domu oraz członkowie rodziny kąpali się w wodzie zgromadzonej w zbiorniku na strychu, a później ta brudna woda płynęła rurami do mieszkań - opowiada Wika. - W tym czasie prasa często apelowała, żeby pić wodę wyłącznie po przegotowaniu. Od picia skażonej wody łodzianie chorowali, w mieście wybuchały liczne epidemie, rosły koszty opieki zdrowotnej - dodaje.

Dobra woda była w Łodzi czymś pożądanym i bardzo cennym. Istniał nawet zawód nosiwody, czyli dostarczyciela dobrej, czystej wody. Ludzie czasem nie mieli wody w ogóle. Szczególnie często zdarzało się to zimą, gdy ta zamarzała w rurach. Często też studnie - ze względu na dramatycznie złą jakość wody - zamykano, nie licząc się z potrzebami mieszkańców.

Studnie były bardzo głębokie

W centrum miasta znajdowało się około 10 tys. studni. Teraz, przy okazji remontów kamienic, są odnajdywane na podwórkach, a na miejsce wzywani są przedstawiciele ZWiK-u. - Niedawno w pasażu Rubinsteina, obok kamienicy przy Piotrkowskiej 77, zapadł się trawnik, odsłaniając starą studnię. W miejscu obecnego pasażu była kiedyś posesja z domem, małą fabryką i właśnie studniami - mówi o odkryciu Miłosz Wika.

Imponującego odkrycia dokonano także podczas prac rozbiórkowych na terenie dawnej fabryki przy ul. Zielonej. Znaleziona tam studnia miała średnicę aż 3,5 metra, była murowana. - Pierwszy raz widziałem tak ogromną studnię. Można sobie wyobrazić, jak była głęboka - dziwi się nasz rozmówca.

W Łodzi kolejne niezwykłe znalezisko. Skrywa historię, która mało kto zna

Odkrywane studnie najczęściej nie mają wartości zabytkowej. Wykonywana jest dokumentacja przez archeologów, a potem są one zasypywane. Czasem zdarza się, że wartościowy jest mechanizm pompowy lub żeliwne pokrywy, którymi otwory studzienne przykrywano. Na łódzkich podwórkach odnajdziemy jeszcze stare pokrywy z rosyjskimi napisami, z czasów zaboru.

Niektóre podwórkowe studnie miały głębokość nawet do 100 metrów. Dlaczego? Bo gdy ktoś budował nową kamienicę i kopał nową studnię, to natychmiast w sąsiednich podwórkowych ujęciach poziom wody się obniżał i trzeba było studnie pogłębiać.


- Kolejny zawód, który był bardzo popularny przed wojną to właśnie kopacz studni. Kopacze pracowali w bardzo trudnych warunkach i często ginęli - mówi Wika. - Głęboko pod powierzchnią ziemi przede wszystkim brakuje tlenu. Kopacze studni często tracili przytomność. Schodzący na pomoc strażak też tracił przytomność, ratowali go kolejni. Podczas takiej akcji ratunkowej mogło zginąć nawet kilka osób - dodaje.

Budowano też szamba

Oprócz studni na podwórkach zaczęto też budować szczelne szamba. W ten sposób próbowano chronić przed skażeniem podziemne ujęcia wody. Na masową skalę szamba powstawały podczas I wojny światowej, gdy Łódź zajęli Niemcy. Zależało im na tym, żeby nie szerzyły się choroby i epidemie. Jednak na podwórkach było często tak ciasno, że brakowało miejsca na szambo, studnię i szczelnie zakrywany śmietnik.

Carskie władze Łodzi nie chciały budować miejskiej kanalizacji. Uważały, że powinni to zrobić bogaci fabrykanci. Ci natomiast pozbywali się ścieków fabrycznych bezpośrednio do rzeczek i nie zamierzali łożyć na budowę miejskich kanałów. Dlatego Łódź tak długo borykała się z problemem płynących ulicami ścieków. Autorem projektu kanalizacji w Łodzi był William Heerlein Lindley, który stworzył go już w 1911 roku. Jednak trafił on do szuflady w magistracie i przeleżał tam do odzyskania przez Polskę niepodległości. Kanalizację zaczęto budować dopiero w 1925 roku, a wodociągi w latach trzydziestych XX wieku.

W Łodzi śmierdziało

Zbudowanie kanalizacji było ważne nie tylko po to, żeby ograniczyć epidemie w mieście. - W czasie burz zawartość rynsztoków mieszała się z płynącą ulicami deszczówką, tworzyły się liczne rozlewiska, bajora. Wszystko to w słońcu parowało. Smród był nie do wytrzymania - opowiada Wika. - Zapachowo nie dało się miasta dobrze odbierać. Smród z rynsztoków, cuchnących rzeczek, targowisk mieszał się z zapachem dymu z fabrycznych kominów - dodaje.

Dla miasta budowa kanalizacji i wodociągów była ogromnym wysiłkiem finansowym. Inwestycje te finansowano z Funduszu Pracy, czyli pieniędzy przeznaczanych przez rząd na ograniczanie bezrobocia. W Łodzi było ogromne bezrobocie, zwalnianych z fabryk zatrudniano do budowy kanałów czy regulacji rzek. Budowa kanałów trwała bardzo długo. - Jak Łodzi przyznano pieniądze, to budowano, jak ich nie przyznano, to zwalniano ludzi i były przestoje - tłumaczy nasz rozmówca.

W Łodzi trwała wojna o wodę

Fabrykanci na potrzeby swoich zakładów budowali studnie głębinowe. Często w tajemnicy przed oficjalnymi władzami. Wodę z ujęć głębinowych czerpano bez żadnych ograniczeń, najwięcej w czasach PRL. Skutek był oczywisty - poziom wód podziemnych zaczął się gwałtownie obniżać. Studnie głębinowe wysychały.

Dla potrzeb mieszkańców wywiercono najpierw dwie miejskie studnie głębinowe. Łódzcy fabrykanci protestowali. Dla nich woda głębinowa była na wagę złota, ogromne jej ilości potrzebne były na każdym etapie produkcji włókienniczej - zaczynając od wytwarzania przędzy, przez tkanie, farbowanie, po uszlachetnianie materiałów.

Na powstającej w mieście sieci wodociągowej zainstalowano w PRL-u ogromną liczbę zdrojów ulicznych. Po wodę trzeba było więc udać się z wiaderkiem do najbliższego zdroju. Kamienice nie miały jeszcze przyłączy wodociągowych i rur rozprowadzających wodę do mieszkań. W PRL-u nie było na te inwestycje pieniędzy i zmuszano łodzian do korzystania z ulicznych zdrojów. Pod tym względem Łódź była wyjątkiem. Gdzieniegdzie, na przedmieściach, zdroje się zachowały. Są jeszcze czynne i mieszkańcy czasem z nich korzystają. - W tej chwili prawie 100 procent budynków w mieście jest podłączonych do miejskiej sieci, więc wodę w wiadrze rzadko kto nosi - twierdzi Wika.

W tej chwili łodzianie mają wodę pochodzącą z 46 studni głębinowych i z ujęcia w Tomaszowie Mazowieckim. Są też trzy głębinowe ujęcia, z których można bezpośrednio napić się wody: na Stokach przy ul. Zbocze, w Łagiewnikach przy klasztorze i w Łagiewnikach na parkingu przy ul. Wycieczkowej. Od studni do studni prowadzi nawet specjalny szlak rowerowy.

W Łodzi jest też kilkaset studni publicznych, z których wodę można czerpać, machając metalowym wahadłem. Woda z nich nie nadaje się do picia. Przeznaczona jest tylko do celów gospodarczych. Te ujęcia wody powstały na wypadek konfliktów zbrojnych.