Krzyk dziecka na środku ulicy. "Jak ci wpier***ę, to do Wigilii nie usiądziesz''
Aleksandra Rasz mieszka w Łodzi. Jest edukatorką - pracuje z dziećmi i młodzieżą, rozmawia z nimi o dojrzewaniu, o prawie do mówienia "nie", o granicach i przemocy rówieśniczej, ale też o szukaniu pomocy w sytuacjach zagrożenia. Prowadzi również szkolenia dla nauczycieli z przemocy rówieśniczej, z cyberprzemocy czy z tego, jak reagować na dyskryminację. - Uczę teorii. Nie spodziewałam się, że znajdę się w sytuacji, gdy teorię wprowadzę w życie - przyznaje w rozmowie z TOK FM.
Niespodziewana interwencja w środku osiedla
Do tej sytuacji doszło na początku tygodnia, na jednej z ulic w Łodzi, w środku osiedla. Pani Aleksandra siedziała w samochodzie i słuchała muzyki. Nagle usłyszała przeraźliwy krzyk dziecka. - Zmroził mnie, zastygłam totalnie - opowiada.
Rosja zemści się na Polsce? 'Trzeba mieć spakowaną walizkę'
Gdy wyjrzała z auta, zobaczyła postawnego mężczyznę ciągnącego za kaptur małe dziecko. Miał rzucać w stronę dziewczynki: ''Jak ci wpier***ę, to do wigilii nie usiądziesz'', a także inne groźby. Dziecko, jak podaje nasza rozmówczyni, było spanikowane.
W rozmowie z nami pani Aleksandra przyznaje, że też trochę się bała. Było późne popołudnie, na dworze ciemno. Mimo obaw wysiadła z samochodu. - Nie krzyczałam, nie wyskoczyłam z pretensjami. Zapytałam spokojnie, czy coś się stało, czy mogę w czymś pomóc - opowiada.
Mężczyzna - jak dodaje - odburknął w mało kulturalny sposób, że "nie ma takiej potrzeby".
Pani Ola nie odpuściła. - Powiedziałam, że mnie to niepokoi i że chcę się upewnić, że wszystko jest OK i że dziecko jest bezpieczne. To spowodowało, że ten pan puścił dziewczynkę, a jednocześnie zaczął krzyczeć, że znów przez nią ma kłopoty i że już ma dosyć - mówi dalej edukatorka.
Mężczyzna miał odejść nieco i zadzwonić do matki dziecka. W tym czasie pani Aleksandra zaczęła z dziewczynką rozmawiać. - Zapytałam, czy czuje się bezpiecznie. Kręciła głową, że nie. Pytałam też, czy to jest jej tata - zaprzeczyła. Przyznała, że się go boi. I tak na spokojnie, powolutku rozmawiałyśmy. Zapytałam, do którego przedszkola chodzi - pokazała rączką, że do tego w pobliżu. Przytuliła się też do mnie. Wiedziałam, że tam dzieje się coś złego - opowiada.
Szokujące sekrety zakonnic. W tle zakupy broni i służby Łukaszenki
Wpis w mediach społecznościowych i szeroki odzew
Całą sytuację pani Aleksandra opisała w mediach społecznościowych. Jej wpis miał kilka tysięcy wyświetleń.
"Wsiadłam do auta i pół godziny nie byłam w stanie prowadzić. Ryczałam, trzęsłam się, miałam szum w głowie. Wiecie, co najbardziej mnie rozwaliło? Że to dziecko tak przeraźliwie płakało i krzyczało: 'Nie chcę! Pomocy!', a zanim ja wybiegłam z auta, ileś osób ją minęło i nie zareagowało. Ileś dorosłych, na których liczyła ta przerażona dziewczynka, pokazało jej, że mają w d*pie, co się z nią dzieje. Że jest nieważna" - opisywała Aleksandra Rasz na Facebooku.
Pani Ola postanowiła, że sprawy nie zostawi. Następnego dnia poszła do przedszkola, by zgłosić całe zdarzenie. Przy wychowawczyni dziecko miało potwierdzić opis historii z dnia poprzedniego. - Złożyłam to na piśmie, za poświadczeniem odbioru. Chodzi o to, by to było udokumentowane. Przedszkole ma obowiązek coś z tym dalej zrobić i wiem, że takie działania podjęło - przekonuje łodzianka.
Dlaczego nikt nie zareagował?
Pani Ola powtarza, że dziwi ją, iż nikt na tę sytuację nie zareagował. - Pozwolę sobie na pewne porównanie - wiem, że dla niektórych może się ono wydać dziwne. Kiedy widzimy, że ktoś ciągnie na smyczy psa, to zazwyczaj reagujemy. Wiemy, że tak nie można traktować zwierząt. A tutaj? Było zupełnie inaczej - irytuje się.
Dlaczego tak się stało? Pani Ola zdaje sobie sprawę, że - widząc tego typu sytuacje - mogą pojawiać się różne wątpliwości. - Że może to dziecko płacze, bo nie dostało lizaka. Albo jest przebodźcowane i nie chce iść do domu - podaje. - Zastanawiamy się, czy to na pewno moment, w którym trzeba zareagować. Bo wiemy, że dzieci zachowują się bardzo różnie, potrafią krzyknąć do nas: "Nie kocham cię, zostaw mnie, daj mi spokój". W debacie publicznej często mówi się: "Reaguj na przemoc", ale nie do końca wiemy, co to znaczy i jak do tego podejść - wyjaśnia nasza rozmówczyni.
Czym są Standardy Ochrony Dzieci?
Edukatorka podkreśla, że w tej sytuacji skorzystała z wprowadzonych niedawno Standardów Ochrony Dzieci. Wiedziała, że coś takiego jest, dlatego poszła z problemem do przedszkola, by nie zostawiać sprawy "w zawieszeniu". O tym, czym takie standardy są, pisaliśmy szerzej na naszym portalu.
Krótko mówiąc - to zbiór zasad, które pomagają tworzyć bezpieczne środowisko, w jakim mogą przebywać dzieci. Szkoły, przedszkola, przychodnie zdrowia, kluby sportowe i wszystkie instytucje pracujące z dziećmi miały czas do 15 sierpnia na ich wdrożenie. Był to efekt tzw. ustawy Kamilka, która weszła w życie w lutym tego roku - ponad dziewięć miesięcy po śmierci 8-letniego Kamila z Częstochowy. Chłopiec był wielokrotnie maltretowany przez ojczyma. Mężczyzna znęcał się nad dzieckiem ze szczególnym okrucieństwem, m.in. sadzając go na rozgrzanym piecu, przypalając papierosami, polewając wrzątkiem. Dziecko zmarło.
Po wprowadzeniu standardów częściej reagujemy na przemoc. Widać to w statystykach - jest więcej tzw. Niebieskich Kart. W tej chwili - o czym pisaliśmy na naszym portalu - przygotowywana jest nowelizacja tzw. ustawy Kamilka.
'Mamy dziadków legitymować'. Ustawa Kamilka i niespodziewany problem
Kluczowa zmiana będzie dotyczyć tego, że w ustawie pojawi się słowniczek pojęć, by nie było wątpliwości interpretacyjnych i nie dochodziło do absurdów. Wyjaśniona będzie m.in. kwestia działalności opiekuńczej czy wychowawczej.
Kolejna zmiana, która się pojawi, ma ułatwić życie rodzicom. Ci, którzy będą chcieli jechać z dziećmi jako opiekunowie na szkolną wycieczkę, nie będą musieli iść do Krajowego Rejestru Karnego i stać w kolejkach po zaświadczenie o niekaralności (niezbędne przy opiece nad dziećmi). Wystarczy ich pisemne oświadczenie, że nie byli karani.