Rosja zemści się na Polsce? "Trzeba mieć spakowaną walizkę"
Wiktoria czeka na koniec wojny i powrót męża z ukraińskiego frontu. Boi się jednak, że będzie to tylko pozorny koniec, po którym otworzy się piekło. Także w Polsce. - Rosja przecież chce się na was zemścić za to, że nas wspieracie - mówi w tokfm.pl Ukrainka.
Ostatni raz Wiktoria widziała się mężem w lipcu. Trafił wtedy "na zero", czyli pierwszą linię frontu w Ukrainie. Odtąd rozmawiają tylko przez internet. Ich najmłodszy syn - sześcioletni Zachar - pyta: "Jak tam, tato, na wojnie?". Iwan odpowiada, że wszystko w porządku, ale Wiktoria już w to nie wierzy. Wie, że chłopaki z jego oddziału giną niemal codziennie. Ostatnio stracił życie dwudziestolatek, który zgłosił się do armii na ochotnika.
Czasem śmierć to jeden z trzech sposobów, by wydostać się z "zera". Drugim jest kalectwo, a trzecim dezercja. Jak donosiła gazeta "Financial Times", przez 10 miesięcy tego roku z ukraińskiej armii uciekło więcej żołnierzy niż łącznie w ciągu pierwszych dwóch lat wojny. Tylko od stycznia do października tego roku wszczęto 60 tysięcy spraw przeciwko żołnierzom podejrzanym o dezercję. Mimo że grozi im 12 lat więzienia, podejmują takie ryzyko, bo są wycieńczeni walką. Niektórzy nie odpoczywali ani nie widzieli rodzin od prawie 3 lat, czyli od wybuchu pełnoskalowej wojny.
- Nie wiem, kiedy znów spotkam się z Iwanem. Rotacje żołnierzy są rzadkie, bo mamy ogromne problemy z mobilizacją rekrutów do wojska. Niektórzy bogatsi mężczyźni, zamiast walczyć, wolą kupić sobie odroczenie od służby i siedzieć w restauracjach. A biedniejsi całymi miesiącami nie wychodzą z domów, byle tylko nie wpaść w ręce Terytorialnego Centrum Rekrutacji. Sama znam takich. TCK to trzy litery, które budzą grozę w naszych facetach. Boją się ich bardziej niż diabła - mówi Wiktoria Czyrwa.
Funkcjonariusze TCK stale robią łapanki na mężczyzn w wieku poborowym. Przyczajają się na ulicach, w autobusach, galeriach handlowych, restauracjach i klubach fitness, a potem siłą wrzucają uchylantów do furgonetek i wywożą do centrów wojskowych. W mediach społecznościowych pełno jest filmików z takich brutalnych akcji. W Ukrainie budzą skrajne emocje.
- Z jednej strony rozumiem uchylantów, bo są niewyszkolonymi bojowo maminsynkami, którzy nie nadają się do walki. Gdy przejdą szybki kurs wojskowy i zostaną wysłani "na zero" do Pokrowska czy Kupiańska, mogą tam nie przeżyć nawet jednego dnia. Z drugiej strony: kto ma nas bronić przed Rosją, jeśli nie oni? Nasi zawodowi wojskowi już nie dają rady. Ukraińcy na tym punkcie się radykalizują. Jedni oburzają się, że TCK posyła maminsynków na śmierć, podczas gdy to oni mogliby trzymać front gospodarczy. Drudzy, w tym ja, pytają: "Dlaczego mój mąż ma ryzykować życie, gdy wasi siedzą w domach?" - stwierdza moja rozmówczyni.
Wojna w Ukrainie. Szokująca kalkulacja, która pokazuje piekło
Gdy Władimir Putin zaczął pełnoskalową inwazję na Ukrainę, Wiktoria z rodziną była w swoim domu pod Kijowem. Przyznaje, że po raz pierwszy w życiu miała ataki paniki. - Nagle nad naszymi głowami zaczęły latać rosyjskie pociski rakietowe i śmigłowce. Były tak blisko, że widziałam twarze pilotów. Dla mnie to było całkowite zaskoczenie, bo rząd Zełenskiego do końca uspokajał, że żadnej wojny nie będzie - wzdycha Wiktoria Czyrwa.
Niedługo potem dowiedziała się, jak Rosjanie zabijali ludzi w pobliskich Buczy i Irpieniu. Bała się, że przyjdą również do jej domu. - Byłam wręcz przerażona, bo już wiedziałam, co barbarzyńcy mogą zrobić z moim mężem, potem ze mną, a na końcu z naszymi dziećmi. Ale musiałam się szybko pozbierać, żeby nie obciążać emocjami synów. Najmłodszy miał dopiero trzy lata - wspomina.
W pierwszych dniach wojny spała z dziećmi. Stała za tym szokująca kalkulacja, która pokazuje piekło wojny: "Jeśli nadleci rakieta, to zabije nas wszystkich. Dzieci nie zostaną beze mnie, a ja bez nich".
Co trzeba zobaczyć, że tak kalkulować? Wiktoria wskazuje na pewien powtarzający się obraz, który ją do tego skłonił. Przyznaje, że nie ma już siły go oglądać.
- Chodzi o widok złamanych ojców, którzy stracili rodziny. Poznałam wiele takich historii: mężczyzna był w pracy, gdy w jego dom uderzył rosyjski pocisk i zabił mu bliskich. Z początku ci mężowie i ojcowie są w szoku. Nie płaczą ani nie biją głowami w ściany. Po prostu nie mogą się ruszyć ani nic powiedzieć. Najgorsze zaczyna się wtedy, gdy już sobie uświadamiają, co się stało. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, jaki ból i nienawiść wtedy w nich wybuchają. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby dla nich pójście na front, żeby zemścić się na barbarzyńcach, którzy odebrali im bliskich - mówi Ukrainka.
Wojna "na zerze". Jeden z najgorętszych punktów frontu
Znajomi z Polski namawiali ją do ucieczki z Ukrainy. Obiecywali, że dadzą jej tutaj dach nad głową, a jej synom znajdą szkołę. - Mąż też mógł przekroczyć granicę, bo mamy troje niepełnoletnich dzieci, a w takich sytuacjach prawo zezwala ojcom, nawet w wieku poborowym, na wyjazd z Ukrainy. Jednak nie chciał uciekać. Po 25 latach pracy w Straży Granicznej był już na emeryturze, ale postanowił wrócić do służby krajowi. Tym razem w HUR, czyli ukraińskim wywiadzie wojskowym. Najpierw przydzielono go do jednostki w Kijowie, a potem pojechał "na zero". Teraz jest w jednym z najgorętszych punktów frontu - opowiada Wiktoria.
Dodaje, że próbowała zatrzymywać go w domu. Pytała: "Jak to ruszasz na front? Przecież masz dzieci". Powtarzał: "Właśnie dlatego jadę, żeby miały przyszłość w tym kraju. Gdy zajmą go Rosjanie, to żadnego życia dla nich nie będzie". - Nic już nie mówiłam, bo i tak bym go nie przekonała. Miał poważny argument za służbą "na zerze" - podkreśla Ukrainka.
Wojna w Ukrainie. Tego kodu używają żołnierze
Na pytanie, jak wojna zmieniła jej męża, Wiktoria odpowiada ściszonym głosem: "Strasznie się zestarzał. Jest siwy, jakby miał już 70, a nie 54 lata".
Iwan nie mówi, co robi i co przeżywa na froncie. Gdy łączy się z rodziną przez internet, wydaje się pogodny. Zapewnia, że on i jego kumple zbliżają się do zwycięstwa, co Wiktoria kwituje uśmiechem. Czyta też jego opowieści między słowami. Gdy rano słyszy, że dostał nowy samochód do wożenia broni "na zero", a wieczorem auta już nie ma, bo trafił go pocisk, to wie, jak blisko mąż był śmierci. Albo kiedy przeprasza, że nie oddzwonił, bo zginęło dwóch jego kolegów i nie miał siły rozmawiać.
Najgorsze są te godziny i dni, kiedy jej mąż nie daje znaku życia. Zwykle Wiktoria pisze wiadomość, a Iwan po góra kilku godzinach przesyła znak "+". - Ten plus u wojskowych jest sygnałem: "Żyję". Mnie to wystarcza. Ale gdy przez dobę go nie dostaję, to się martwię - przyznaje.
Tego zmartwienia mu jednak nie okazuje. Mówi, że nie chce go obciążać swoimi emocjami, bo boi się, że go wtedy osłabi i sprowadzi na niego niebezpieczeństwo. - Dlatego ciągle znajduję sobie coś do zrobienia, żeby nie myśleć o tym, co będzie albo być może. Pracuję jako dziennikarka i zajmuję się dziećmi. Żyję danym dniem, a nie czarnymi scenariuszami na przyszłość - podkreśla.
Wiktoria ciągle powtarza, że musi być dzielna i zdaje się uciekać od emocji. Z tego powodu unika też oglądania filmów, które pokazują wojnę. To jednak trudne, bo w mediach społecznościowych jest ich pełno. Ostatnio zobaczyła nagranie dziewczyny spod Tarnopola i wtedy pękła. Młoda Ukrainka gra na pianinie między spalonymi ścianami. Tylko to zostało po jej domu, w który niedawno uderzył rosyjski dron. Dziewczyna śpiewa o ojcu, który zginął podczas tego ataku. - Głos jej się łamie, a ja nie mogę powstrzymać łez - opisuje moja rozmówczyni.
Wybuchy żołnierzy wracających z frontu. "Paląca kwestia"
Wiktoria na razie nie zaobserwowała u swojego męża zmian, które widzi u żołnierzy powracających z frontu. Są okaleczeni nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Trzeba ważyć przy nich każde słowo. Wystarczy chwila nieostrożności, a może nastąpić eksplozja.
- Moja mama widziała takie wybuchy, gdy była w szpitalu. Przed wejściem na salę, gdzie leżał żołnierz, pielęgniarki i lekarze informowali się o jego nastroju. Wiedzieli, że nagle może ich zwyzywać albo uderzyć kubkiem. Reakcje takich ludzi często są nieadekwatne - opisuje.
Może to jednak dotyczyć nie tylko żołnierzy, ale milionów cywilów z wojennymi traumami, depresją i PTSD. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że takich Ukraińców jest ok. 10 mln. W dodatku wielu z nich może mieć dostęp do broni, bo tej niezarejestrowanej jest w ukraińskich domach nawet 5 mln sztuk, nie licząc granatów. Jeśli zestawimy oba problemy, powstaje mieszanka wybuchowa.
- Martwi mnie to. Wybuchy emocji widzę na ulicach, w autobusach i internecie. W dodatku nasze społeczeństwo się radykalizuje, co widać np. w kłótniach o uchylantów. Jeśli nie chcemy, żeby to się stało niebezpieczne, musimy zmienić podejście do zdrowia psychicznego. Do tej pory w Ukrainie było ignorowane. Jeśli ktoś miał takie trudności, to wstydził się ich i nie szukał pomocy. Teraz to paląca kwestia do rozwiązania. Na szczęście już ją zauważono i powstają różne centra pomocy psychologicznej dla wojskowych i cywilów - mówi Wiktoria Czyrwa.
Nienawiść do języka Rosjan. Jeśli odmówisz, stracisz część praw
Kolejnym efektem wojny jest wzrost poziomu nienawiści. To naturalne dla ludzi, którzy codziennie widzą śmierć swoich bliskich i sąsiadów. Wiktoria uważa, że Ukraińcy mają do niej prawo, ale sama nie chce jej w sobie pielęgnować. - Boję się żywić nią zła, jakim jest Putin i miliony stojących za nim Rosjan. Im bardziej ich nienawidzimy, tym silniejsi się stają - ocenia.
Jak dodaje, Ukraińcy nienawidzą nie tylko Rosji, ale też jej języka. Wielu z nich używało go na co dzień przed wybuchem wojny. Dziś w Ukrainie byliby za to stygmatyzowani. - W miejscach publicznych - np. w autobusie, taksówce, sklepie, restauracji czy w szkole - wymaga się posługiwania ukraińskim. Jeśli tego odmówisz, możesz być pewny, że ktoś nagłośni to w mediach społecznościowych. Dla firm oznacza to utratę reputacji, a dla szukających pracy - brak zatrudnienia. Nie możesz mówić w języku wroga, inaczej stracisz część swoich praw - tłumaczy.
Przyznaje, że sama skończyła rosyjską szkołę i wychowała się w rosyjskojęzycznym otoczeniu. Na ukraiński przeszła w 2014 roku, kiedy Putin po raz pierwszy zaatakował jej kraj. Zrobiła to też zdecydowana większość jej znajomych. - Nawet ci, którzy pod tym względem wydawali się niereformowalni, bo pochodzili z mocno zrusyfikowanych terenów, np. z Donbasu. Do dziś niektórzy mówią po ukraińsku z błędami. Ale lepiej tak niż poprawnie po rosyjsku - stwierdza moja rozmówczyni.
Polska może przygotować się na wojnę? "Trzeba mieć spakowaną walizkę"
Wiktoria czeka na męża i koniec wojny. Chciałaby, że ten ostatni oznaczał powrót do Ukrainy wszystkich ziem zabranych przez Putina. - Ale jestem realistką i wiem, że Rosja nigdy się na to nie zgodzi. Będzie walczyła do ostatniego człowieka, swojego albo naszego. A przecież ona ma ich więcej. Dlatego musi dojść do pokojowych negocjacji i liczę tu na Donalda Trumpa. Oczywiście, nie wierzę, że skończy tę wojnę w jeden dzień, jak zapowiedział. Ale może zapalić jakieś światełko w tym tunelu, czyli dać nadzieję na koniec wojny - mówi Ukrainka.
Boi się jednak, że koniec będzie tylko pozorny. Że Zachód zmusi Ukrainę do oddania Rosji kilku obwodów i nie da jej żadnych gwarancji bezpieczeństwa. - Na zasadzie: masz, Putinie, co chciałeś, a teraz daj Kijowowi spokój. A wtedy będzie jak z Hitlerem, któremu w 1938 roku Anglicy i Francuzi pozwolili wziąć Sudety. Liczyli, że kupią za to spokój. A otwarło się prawdziwe piekło. Teraz też tak będzie: wojna się powtórzy, niekoniecznie tylko w Ukrainie. Mówią, że może dotrzeć do republik bałtyckich i Polski. Rosja przecież chce się na was zemścić za to, że nas wspieracie - tłumaczy.
- Myślisz, że jak możemy się na to przygotować? - pytam.
- Nie wiem, czy można to zrobić. Nam się nie udało, mimo że Amerykanie nas uprzedzali o nadchodzącej wojnie. Ukraiński przykład uczy, że po prostu trzeba mieć zatankowany samochód i spakowaną walizkę z niezbędnymi rzeczami - podsumowuje Wiktoria Czyrwa.
Źródło: TOK FM