Zza biurka w IT przeniosła się na ulice. Protesty ''przypłaciła'' terapią i... małżeństwem
Ewa Błaszczyk-Warchoł pracuje w sektorze IT. Aplikacje, programy komputerowe - to jest jej żywioł. Ostatnie lata wywróciły jednak jej świat do góry nogami. Zza biurka wyszła na ulice - protestować. Zaczęła na początku rządów Prawa i Sprawiedliwości, w 2016 roku, gdy ówczesna premier Beata Szydło odmawiała publikacji wyroków Trybunału Konstytucyjnego.
- Ten szok polityczny czy nawet - powiedziałabym - szok kulturowy był tak duży, że zdecydowałam się protestować na ulicy. Wcześniej nigdy nie byłam aktywistką. Owszem, byłam społeczniczką, bo wywodzę się z ruchu hospicyjnego, ale takiego ostrego aktywizmu politycznego nie uprawiałam - mówi pani Ewa.
Wspomina, że przez pierwsze cztery lata praktycznie nie schodziła z ulicy. - To było jak jeden protest ciągiem. Był czas, gdy zamieszkałam na pikiecie przed KPRM w Alejach Ujazdowskich. Wracałam do domu raz na kilka dni, by się ogarnąć, załatwić jakoś sprawy zawodowe. Pracowałam między ulicą a domem. To był straszny czas. Ciągła adrenalina, ciągły kortyzol. Z dzisiejszej perspektywy wspominam to jako okres, który spowodował u mnie potworne wypalenie - opowiada nasza rozmówczyni.
Do dziś walczę o zwrot pieniędzy. 'Festiwal hipokryzji, oszustw i bezkarności'
"Mam do policji wielki żal"
Pani Ewa mówi, że doświadczyła agresji ze strony funkcjonariuszy, którzy znosili ją z miejsc protestów. Podkreśla, że poznała też, czym jest nienawiść ze strony środowisk skrajnie prawicowych na Marszu Niepodległości. Wylicza, że miała prawie 200 zarzutów karnych i postępowań na policji czy w prokuraturze.
- My się już z policją znaliśmy. Słyszałam: "Dzień dobry pani Ewo" - opowiada. Zaznacza, że zachowanie policjantów było różne. - W czasie pierwszych rządów PiS policja była jeszcze w miarę współpracująca, a za drugiej kadencji było już twardo, ostro, bez negocjacji - opowiada nasza rozmówczyni.
I dodaje, że sądy w większości rozpoznawały kierowane do nich sprawy na korzyść społeczników i aktywistów. - Ale to w tym państwie kompletnie nic nie znaczyło. Bo dalej mnie zatrzymywano, dalej dostawałam zarzuty. Do dziś mam blizny po interwencjach, bo policjanci bywali dosyć brutalni - opowiada. - Mam do policji wielki obywatelski żal, że nie stali po stronie prawa i nas, obywateli - dodaje.
"Nie miałam siły wstać z łóżka"
Ewa Błaszczyk-Warchoł nie kryje, że kilkuletni etap bycia aktywistką uliczną przypłaciła terapią. - Problemy zaczęły się jesienią 2021 roku, niedługo po rozpoczęciu kryzysu humanitarnego na polsko-białoruskiej granicy. Pojechałam do jednej z baz na Podlasiu, by pomóc aktywistom w lesie. To były bardzo trudne interwencje. Gdy wróciłam do Warszawy, po prostu mnie rozłożyło. Skumulowało się doświadczenie z granicy i z poprzednich kilku lat. Nie miałam siły wstać z łóżka. I uznałam, że pora pójść po pomoc. Czułam wypalenie, ale też uzależnienie od tego ulicznego aktywizmu. Miałam - w pewnym sensie - wszystkiego dość - opowiada moja rozmówczyni.
Do dziś - jak mówi - niezwykle bliski jest jej temat polsko-białoruskiej granicy i nie rozumie działań demokratycznej większości na pograniczu. Liczyła na zaprzestanie push backów, a to się nie dzieje. - Co więcej, przegłosowano ustawę o możliwości użycia broni. Mam poczucie, że na granicy jest gorzej niż było - dodaje.
Oni wchodzą do strefy jako jedyni. Kogo napotykają? 'Te spotkania nie są przyjemne'
Pani Ewa zna też innych aktywistów z ulicy, którzy musieli skorzystać z terapii. Pojawiły się depresje, syndrom PTSD, stany lękowe. Ludzie żyli tym, co działo się w państwie. Po jednym proteście był drugi, a po nim - następny i następny. Niemal nie było prywatnego życia, wyjścia do teatru czy na koncert, spacerów nad Wisłą czy spotkań z przyjaciółmi. Liczyła się głównie walka o praworządność, prawa człowieka, prawa mniejszości, w tym LGBT+.
- Na naszych oczach dokonywało się zło, to było polityczne trzęsienie ziemi. Myślałam z przerażeniem o tym, co się dzieje. Miałam świadomość, że zmierzamy drogą do jakiegoś miękkiego faszyzmu i że ten nasz świat wali się kulturowo. Nie mogłam siedzieć w domu na kanapie i czekać - dodaje pani Ewa.
Towarzysze i miłość
Gościni TOK FM opowiada, że w Obywatelach RP nazywali się wzajemnie "towarzyszami". - Poznałam tam grupę wspaniałych osób, przyjaźnimy się nadal. Wiedzieliśmy, że możemy sobie ufać. Zresztą do dziś - mimo, że w Obywatelach już nie jestem - cały czas ich wspieram - mówi.
Pani Ewa na ulicy poznała także swojego obecnego męża. - Spotkałam go na proteście rodziców osób z niepełnosprawnościami, przed Sejmem w kwietniu 2018 roku. Krzysztof przyjeżdżał ze swoim niepełnosprawnym podopiecznym, a ja - jako osoba z mediów Obywateli RP - robiłam z nim wywiad. I tak się zaczęło - opowiada.
Jędraszewskiemu 'coś odwaliło'. 'To nie jest zwykły, niegroźny staruszek'
Dziś pani Ewa dalej działa społecznie, ale trochę w innym wymiarze, na rzecz kobiet w kryzysie bezdomności. Współpracuje z Fundacją "Serce miasta". - To fajna działalność, z bardzo fajnymi ludźmi i mam poczucie, że przynosi dobre rzeczy - wskazuje nasza rozmówczyni.
Jak mówi, po wyborach 15 października była w niej - tak jak w wielu innych - ogromna radość ze zwycięstwa demokratycznej większości. - Ale mam taki charakter, że nie mam zaufania do polityków. Dlatego nie łudziłam się. Wiedziałam, że ta koalicja będzie bardzo trudna. I tak niestey jest. PSL obecnie sypie piasek w tryby projektów prawnoczłowieczych. Dlatego jest we mnie dużo sceptycyzmu wobec tego, co będzie dalej - dodaje nasza gościni.