Były policjant: Drogowa kontrola policyjna w Polsce, to jak wygrana czwórki w Totolotka
PAP: Dlaczego, pana zdaniem, niedawny wypadek samochodowy na Trasie Łazienkowskiej w Warszawie stał się tak głośny? Przecież - średnio rzecz biorąc - każdego dnia na polskich drogach ginie pięć osób. W zeszłym roku w wypadkach zginęły 1893 osoby.
Wojciech Pasieczny: Ten wypadek jest o tyle spektakularny, bo, po pierwsze - zginął w nim ojciec rodziny, po drugie - zdarzyło się to w centrum dużego miasta, po trzecie - w grę wchodziła szaleńcza prędkość, po czwarte - kierowca prawdopodobnie był pod wpływem alkoholu, po piąte - ten człowiek miał sądowe zakazy prowadzenia pojazdów. Tak więc ten wypadek pokazuje zarówno lekceważący stosunek do przepisów ruchu drogowego, który dotyczy znacznej części naszych kierowców, jak i nieudolność naszego wymiaru sprawiedliwości, który nie eliminuje takich ludzi w poruszaniu się po drodze.
Tutaj pozwolę sobie zacytować słowa wykładowcy prawa karnego, który uczył mnie na podstawowym kursie dla policjantów - stwierdził on, że policja jest po to, żeby wszystkich - tutaj brzydkie słowo - którzy swoim dotychczasowym życiem udowodnili, że chodzą po ziemi przez rażącą pomyłkę natury, ze społeczeństwa eliminować. Ten pan Łukasz Ż. jest taką gnidą, która ze społeczeństwa powinna być wyeliminowana i posłana na wiele lat do więzienia.
PAP: Sprawa, z racji swojego rozgłosu, stała się polityczna i już pojawiają się ze strony obozu rządowego zapowiedzi podwyższenia kar za jazdę po pijaku - mówi się nawet o dożywociu.
Wojciech Pasieczny: Tak, tylko proszę sobie przypomnieć ten wypadek w Kamieniu Pomorskim, kiedy 1 stycznia 2014 roku pijany i będący pod wpływem narkotyków kierowca, niejaki Mateusz S., wjechał w grupę przychodniów na chodniku. Sześć osób wówczas zginęło i także były głośnie zapowiedzi podwyższenia kar, z dożywociem włącznie. Niestety, po paru tygodniach sprawa ucichła, dwa lata później sąd wydał wyrok 15 lat więzienia, po odbyciu połowy kary, a więc już, mężczyzna może się starać o przedterminowe zwolnienie. Nie chcę być złym prorokiem, że w przypadku tego wypadku na Trasie Łazienkowskiej będzie tak samo i za 2-3 miesiące wszyscy o nim zapomną, aż do następnego wypadku, wówczas znów pojawią się takie zapowiedzi. (...)
"W Warszawie brakuje 25 proc. policjantów ruchu drogowego"
PAP: Oprócz tego wypadku, o którym mówimy, ludzi zbulwersowała także sprawa nielegalnych wyścigów, które odbywają się w Warszawie. W miniony weekend "rajdowcy" zablokowali trasę S17, kręcili sobie bączki, a ludzie czekali w korku, aż skończą się bawić. I ze świecą było tam szukać kogoś w czapce z białym otokiem.
Radny o 'patusach' organizujących nielegalne wyścigi w Warszawie. Prezydent i policja milczą
Wojciech Pasieczny: Poprzednia ekipa rządowa sprawiła, że w tej chwili w Warszawie brakuje 25 proc. policjantów ruchu drogowego: wprowadzono zachęty finansowe za wieloletnią służbę i powysyłano na emeryturę starych, doświadczonych policjantów. Trzeba natychmiast uzupełnić te braki kadrowe, bo zgodnie z wytycznymi Unii Europejskiej na drogach powinno pracować 10 proc. stanu garnizonu, a w Warszawie nigdy tak nie było. Kolejna sprawa jest taka, że na nocną służbę wystawia się mniej patroli, bo najwięcej zdarzeń jest w ciągu dnia. Poza tym, jeżeli policjanci będą jeździli do obcierek, bo się dwaj panowie stuknęli lusterkami i wzywają do tego policję, to nie ma ona szans, żeby działać w innych kierunkach.
Sikorski rozmawiał o ekstradycji Sebastiana M. 'Uzyskałem zapewnienie'
Jak jeszcze byłem w służbie, to mieliśmy specjalną grupę powołaną do walki z nielegalnymi wyścigami. To byli ludzie, którzy w internecie grzebali, mieli swoje wtyczki i wiedzieli, gdzie się ci ludzie będą zbierali. Dzisiaj jest tak, że jak widzą patrol policyjny, to natychmiast przemieszczają się w inne miejsce, mają swoje umówione hasła. To jest duży problem, ale nie do zlikwidowania w ciągu jednego dnia, zresztą z nielegalnymi wyścigami nie tylko Polska ma kłopot, ale także inne kraje europejskie.
PAP: Ma pan jakiś autorski pomysł na to, w jaki sposób poprawić stan bezpieczeństwa na naszych drogach?
Wojciech Pasieczny: Wymyśliłem sobie na stare lata, że będę pisał doktorat, miał być o tym - w każdym razie taką postawiłem tezę - że Polacy przekraczają prędkość, bo nie zdają sobie sprawy z aspektów technicznych - co się stanie, jeśli to zrobią - bo nikt ich tego nie uczy. Przeprowadziłem stosowne badania na ten temat i, proszę uważać, bo teraz ja zadam pani pytanie. Proszę sobie wyobrazić, że jedziemy oboje takimi samymi samochodami, tyle, że ja przemieszczam się z prędkością 50 km na godzinę, a pani jedzie 10 km szybciej. Przed nami pasy, wkracza na nie pieszy, znajdujemy się w tym samym miejscu i w tym samym momencie zaczynamy hamować. Pytanie brzmi: z jaką prędkością będzie pani jechała, kiedy ja się już zatrzymam?
PAP: Nie mam pojęcia, podejrzewam, że w okolicach 30 km na godzinę.
Wojciech Pasieczny: Źle, pała. Będzie jechała pani z prędkością 42 km na godzinę i zatrzyma się pani ok. ośmiu metrów dalej, niż ja. No tak, ale tego nie uczą na kursach. Takie samo pytanie zadałem instruktorom nauki jazdy i tylko jeden znał prawidłową odpowiedź, choć wszyscy wcześniej deklarowali, że uczą tego kursantów. Mało tego, wszyscy instruktorzy przyznali, że przekraczają prędkość dozwoloną o 25 km na godzinę.
Nowe informacje ws. zatrzymania Łukasza Ż. Niemiecka prokuratura potwierdza
To instruktorzy, ale te same pytania zadałem grupie egzaminatorów. Połowa znała odpowiedź, natomiast wszyscy deklarowali, że przekraczają prędkość do 35 km na godzinę. No to jak ma być w naszym kraju bezpiecznie, jeżeli instruktor, który uczy i egzaminator, który egzaminuje i dopuszcza do ruchu na drodze, chwalą się tym, że przekraczają dozwoloną prędkość? W Polsce kurs na prawo jazdy uczy, jak zdać egzamin, a nie jak jeździć bezpiecznie po naszych drogach.
"Hulaj dusza, piekła nie ma"
PAP: Ok, ludzie jeżdżą za szybko, bo nie mają wiedzy. A dlaczego jeżdżą po pijanemu?
Wojciech Pasieczny: Trzeba by o to psychologa jakiegoś spytać albo psychiatrę. Natomiast moje zdanie jest takie, że robią to, gdyż czują się bezkarni, bo wiedzą, że patroli jest za mało. Przepraszam, kiedy panią ostatni raz skontrolowano na trzeźwość?
PAP: Nie pamiętam, kilka lat temu.
Wojciech Pasieczny: No właśnie. Odkąd odszedłem na emeryturę, czyli 12 lat temu, byłem kontrolowany dwa razy, za każdym razem w podczas akcji "Trzeźwy poranek", którą w czasie mojej służby wymyśliliśmy. Tak więc jest znikome ryzyko, że pijak za kierownicą wpadnie, jeśli nie spowoduje wypadku. Ale jeśli nawet wpadnie, to co z tego? Ten pan Łukasz Ż. miał kilka zakazów prowadzenia, kilka razy był karany przez sąd. Ale wyroki dostawał w zawieszeniu, prawda?
Opiniowałem kilka takich spraw jako biegły, gdzie kierowcy mieli sądowe zakazy i za każdym razem, jak zostali zatrzymani, to sąd dawał parę miesięcy "w zawiasach". To oznacza przyzwolenie na takie ekscesy. Niedawno czytałem opracowanie będące podsumowaniem 2023 roku. Wynikało z niego, że zatrzymano wówczas 51,5 tysiąca nietrzeźwych kierowców, z tego na kary pozbawienia wolności skazanych zostało 5,5 tysiąca. Kary mieściły się w przedziale od 6 miesięcy do roku, z tego tylko 6 proc. zatrzymanych poszło siedzieć, reszta dostała kary w zawieszeniu.
PAP: No tak, hulaj dusza, piekła nie ma.
Wojciech Pasieczny: Dokładnie, ale idźmy dalej. Zbigniew Ziobro się chwalił, że zaostrzył kary dla kierowców, bo podniósł górną granicę terminową kary zakazu prowadzenia pojazdów do 10 lat, ale wcześniej, jak ktoś miał zakaz prowadzenia pojazdów na pięć lat, to tyle on trwał. Natomiast za pana Ziobro wprowadzono regulację, że po upływie połowy tego czasu sąd może zezwolić skazanemu na kierowanie samochodem pod warunkiem, że zamontuje w samochodzie alcolocka, czyli rodzaj alkomatu, do którego trzeba dmuchnąć, żeby odblokować silnik auta.
PAP: To nie jest taki głupi pomysł, powinno się takie urządzenia montować fabrycznie w autach.
Wojciech Pasieczny: Był i taki pomysł, mówiło się o tym po jakimś kolejnym głośnym wypadku, ale jak zwykle szybko upadł. (...) Proszę jeszcze zwrócić uwagę, że jak się mówi o tym, żeby wprowadzić więcej odcinkowych kontroli prędkości, więcej fotoradarów, to społeczeństwo aż wyje z oburzenia, że "państwo chce wydoić nas z kasy". Nie, że chce zadbać o bezpieczeństwo, tylko wydoić ludzi z kasy. Kiedyś robiłem szkolenie w pewnej Wojskowej Komendzie Uzupełnień i kierownik tajnej kancelarii strasznie grzmiał, że to skandal i głupota, by wprowadzać wszędzie ograniczenia prędkości. To ja go pytam, czy wymaga przestrzegania przepisów dotyczących tajności? On na to, że tak, oczywiście. Więc dalej dopytuję: czy jak ktoś złamie pańskie przepisy, to będzie pan zagrożony śmiercią? No, nie - odparł. To dlaczego pan łamie przepisy ruchu drogowego, gdzie może pan, mogę ja, mogą inni ludzie zginąć? Zrobił minę karpika i się zamknął.
PAP: No bo my, orły, sokoły, husarze, lubimy sobie depnąć pedał gazu i poczuć wiatr we włosach.
Wojciech Pasieczny: (...) Mam kolegę, który mieszka w Norwegii, kiedyś mi mówi: tutaj kontrola drogowa to jak wygrana w Totolotka: rzadko się trafia, a wygrane są wysokie. Przekroczyłem prędkość o pięć km na godzinę i zapłaciłem mandat w wysokości 5 tys. koron. Ja to sparafrazuję: drogowa kontrola policyjna w Polsce, to jak wygrana czwórki w Totolotka: rzadko się trafia, a wygrane są niskie, więc nie ma się czym podniecać.
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>