"Starsza pani powiedziała, że jestem ruską k...wą". Wpis Zoriany wywołał poruszenie
- Zoriana jest w Warszawie od kilku lat, świetnie mówi po polsku;
- Opublikowała post na Facebooku, w którym opisała, czego ostatnio doświadcza od Polaków; jej wpis odbił się szerokim echem;
- "To jest bardzo poruszające. Pokazuje, że mimo że nienawiści jest więcej, to wciąż są w Polsce ludzie, którym nie jest to obojętne, którzy wspierają nas - Ukrainki i Ukraińców" - mówi TOK FM Zoriana.
Zoriana Varenia pierwszy raz przyjechała do Polski prawie dziewięć lat temu, na studia do Warszawy. Z wykształcenia jest politolożką. Po pięciu latach nauki wróciła do rodzinnego Kijowa. - Miałam taką wizję, że bardzo chcę mieszkać w swoim kraju i go budować - opowiada w rozmowie z TOK FM. Wróciła nie na długo. Gdy 24 lutego 2022 roku wybuchła pełnoskalowa wojna, razem z mamą musiała uciekać. Jak mówi, wszystko pamięta dokładnie, bo mieszkała koło lotniska Żulany, które Rosjanie zaczęli bombardować już w pierwszym dniu napaści. - Nie widziałam innej możliwości niż ucieczka - dodaje.
Od ponad trzech lat znów jest w Polsce. Po polsku mówi już niemal bez akcentu. Jak podkreśla, traktuje nasz kraj jako swój drugi dom. Ma tu wielu znajomych i przyjaciół. Pracuje jako dziennikarka.
- Zaczynałam w Radiu 357. Odezwali się do mnie jako do politolożki tuż przed 24 lutego 2022 roku. Wtedy mówiłam, że jest spokojnie. Nie dopuszczałam myśli, że dojdzie do realnej wojny - z czołgami na ulicach i samolotami nad Kijowem. To było dla mnie nierealne - wspomina.
- Potem ponownie się do nich odezwałam i powiedziałam wprost: "Oszukałam państwa. Mówię po polsku, będę opowiadać o tym, co się tak naprawdę dzieje. Proszę udostępniać mój kontakt innym dziennikarzom". I takie były początki - dodaje. Dziś pracuje dla portalu "Nowa Polsza", którego redaktorem naczelnym jest Żenia Klimakin.
Polacy i Ukraińcy. Na początku była nieograniczona pomoc
Zoriana przyznaje, że na początku nie doświadczała niechęci ze strony Polek i Polaków. Wprost przeciwnie - z każdej strony spotykała się z empatią i pomocą.
- Przyjechałam do Polski, mając jeden plecak. Miałam w nim dokumenty, komputer i nic więcej. Tutaj od razu dostałam ciuchy. Jedna z dziewczyn przyniosła mi też kosmetyki, w tym do malowania się. Powiedziałam jej: "Trwa wojna, w tych czasach nie wypada mi się malować". A ona powiedziała, że nie mogę tak myśleć - że jestem kobietą i jak się umaluję, to lepiej będę się czuła. I faktycznie tak było. Pomoc, którą dostałam, była ogromna. Zawsze będę za nią dziękować - mówi gościni TOK FM.
Od dłuższego czasu jest w Polsce już bez mamy, która wróciła do rodziny, do Kijowa. - Bardzo chciała, nie mogłam jej przed tym cały czas powstrzymywać - przyznaje.
Niechęć wobec Ukraińców
Dziś jednak Zoriana spotyka się z coraz większą niechęcią, co opisała w mediach społecznościowych. W swoim długim poście wspomniała m.in. o sytuacji, która miała miejsce przy warszawskiej palmie na rondzie de Gaulle'a. Zoriana rozmawiała ze swoją matką po ukraińsku. Chciała wiedzieć, czy jest bezpieczna, bo w Kijowie tego dnia miał miejsce atak.
"Wtedy starsza pani chwyciła mnie za rękę i powiedziała, że jestem ruską k...wą" - pisze Ukrainka.
Podobna historia wydarzyła się też w komunikacji miejskiej, gdy rozmawiała po ukraińsku z koleżanką i usłyszała od innego pasażera, że w Polsce ma mówić po polsku. "Kiedy odpowiedziałyśmy, że mówimy biegle, zaczął wyzywać nas i narzekać, że przyjechałyśmy do Polski. Nikt w autobusie nie zareagował" - dodaje.
Zoriana nie kryje, że takie zdarzenia bolą. - Trochę to zaskakujące, że w autobusie, w którym było bardzo dużo osób, nikt nie zareagował. Wiem, że niektórzy mogą się bać, czy napastnik nie ma w kieszeni np. noża. Nikogo nie oceniam, choć ten brak reakcji jest przykry - przyznaje nasza rozmówczyni.
Post Zoriany miał mnóstwo reakcji i udostępnień. Sama autorka przyznaje, że poniósł się bardzo szeroko. - Ludzie piszą do mnie wiadomości prywatne. Pokazują, że są ze mną, że mnie wspierają. To jest bardzo poruszające. Pokazuje, że mimo że nienawiści jest więcej, to wciąż są w Polsce ludzie, którym nie jest to obojętne, którzy wspierają nas - Ukrainki i Ukraińców - opowiada.
- Wbrew pozorom cały czas uważam, że jesteśmy do siebie kulturowo bardzo podobni. W chwili wybuchu wojny stanęliśmy na wysokości zadania. Powstało naprawdę wiele przyjaźni polsko-ukraińskich. Szkoda by było te nasze wspólne relacje tracić - dodaje.
"Wojna trwa, jest bardzo agresywna"
Zoriana napisała na Facebooku, że gdy człowiek doświadcza nienawiści, myśli o tym, czy nie wrócić do ogarniętej wojną Ukrainy. - Byłam tam pierwszy raz po 24 lutego, a teraz - w kwietniu. Pojechałam na kilka dni. Wcześniej bardzo się bałam. W Kijowie cały czas są naloty, giną ludzie. Wojna trwa, jest bardzo agresywna. I to prawda, ludzie przyzwyczajają się do życia w tych określonych, wojennych warunkach, dostosowują się na tyle, na ile potrafią - opowiada nasza rozmówczyni.
Jak dodaje, w trakcie kilkudniowego pobytu sama doświadczyła, czym jest strach. - Byłam u rodziny pod Kijowem. Próbowałam zasnąć, gdy usłyszałam samoloty. Wybiegłam z pokoju z krzykiem. Mama zaczęła mnie uspokajać: "Spokojnie, to są nasi, to są nasi". Potem długo nie mogłam zasnąć. A następnego dnia obudziłam się i piłam kawę na tarasie, patrząc w niebo, czy nic nie nadlatuje - dodaje.
Jak mówi, warto spojrzeć na wojnę również w ten sposób, ile się na niej traci. - Jak wyjechałam z Kijowa, to miałam 23 lata. Teraz mam prawie 27. To takie "złote czasy młodości" - jak mówią niektórzy i w moim przypadku one w jakimś sensie są stracone. Przecież to już nigdy do mnie nie wróci. Nie spędzę ich już w swoim kraju. Tak samo jak małe dziecko nie przeżyje swojego pójścia do I czy II klasy w Kijowie, a ojciec, który jest na wojnie, już nigdy nie zobaczy pierwszych kroków dziecka - mówi Zoriana.
I apeluje do wszystkich, by wziąć sobie do serca słowa Mariana Turskiego: "Nie bądźmy obojętni". - To jest najważniejsze - podsumowuje.