,
Obserwuj
Gospodarka

W Kanadzie ceny mieszkań wystrzeliły, w Niemczech odwrotnie. Do kogo bliżej Polsce?

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
5 min. czytania
19.02.2024 18:30
Powstające jak grzyby po deszczu prywatne szkoły wyższe pozbawiły Kanadyjczyków marzeń o własnym mieszkaniu. Ceny nieruchomości w tym kraju wystrzeliły nawet dwukrotnie. A to dlatego, że cały czas przybywa tam obcokrajowców, którzy chcą studiować i po zakończeniu nauki starać się o prawo pobytu. A gdzieś przecież muszą mieszkać, a że szkoły wyższe powstają głównie w dużych miastach, to nietrudno domyślić się, co dzieje się z cenami nieruchomości: zarówno tych na sprzedaż jak i na wynajem.
|
|
fot. novegor/ EnvatoElements

Po drugiej stronie globu mamy równie bogate państwo działające na obcokrajowców jak magnes, w którym ceny mieszkań załamały się. W Niemczech ceny mieszkań i domów lecą na łeb, na szyję. A nam do kogo bliżej?

W Europie i Ameryce dzieją się rzeczy, jeszcze niedawno zupełnie nie do pomyślenia. Dlaczego wyższe uczelnie, których liczba w Kanadzie rośnie w postępie geometrycznym, odebrały wielu Kanadyjczykom marzenie o własnym dachu nad głową? Gdzie jest taniej niż u nas (nie będziecie zdziwieni) i gdzie w Europie rozpoczyna się trend, na który czekają też potencjalni kupujący w Polsce?

Co mają wspólnego studenci z brakiem mieszkań

Kanada. Kraj stawiany za wzór innym za jego mądrą i skuteczną społecznie i gospodarczo politykę migracyjną. Państwo, które składa się w większość z lasów i prerii, od zawsze potrzebowało rąk do pracy. Dlatego stawiało na sprowadzenie do kraju z jednej strony ludzi wykształconych w potrzebnych zawodach. Z drugiej młodych, którzy przyjeżdżali zdobyć wykształcenie i często osiedlali się w Kanadzie na stałe. Od tego zaczyna się historia, historia zmiany ma kanadyjskim rynku mieszkaniowym oraz w kanadyjskiej polityce migracyjnej.

Rząd tego kraju nakazał prowincjom gwałtowne zmniejszenie liczby zagranicznych studentów. Limity mają obowiązywać przez najbliższe dwa lata. A decyzja ta to najgwałtowniejsze w ostatnim czasie zaostrzenie przepisów wobec przyjezdnych. Skąd ten zwrot? To efekt powszechnej krytyki sytuacji na rynku nieruchomości. I wnioski z oficjalnego stanowiska Banku Centralnego Kanady, który ocenił, że za gwałtowny wzrost cen domów i mieszkań odpowiada wzrost liczby migrantów. Szczególnie tych, którzy przyjeżdżają do Kanady do dużych miast na studia.

Dopłaty do kredytów im nie pomogą. 'Premiera Tuska zapraszam do grup, gdzie polują na mieszkanie'

Liczba prywatnych uczelni wzrosła tam gwałtownie, gdy prowadzący je odkryli, że kształcenie obcokrajowców za ciężkie pieniądze to żyła złota. Państwo nie ogranicza bowiem maksymalnej wysokości czesnego dla studentów z zagranicy. W przeciwieństwie do studentów miejscowych, których zabrania obdzierać ze skóry. I dlatego są w Kanadzie szkoły wyższe, w których obcokrajowcy płacą czesne nawet 6-krotnie wyższe niż studenci miejscowi. A ponieważ są kurami znoszącymi złote jajka, więc nowe uniwersytety rejestrowano nawet w galeriach handlowych. I powstawały jak grzyby po deszczu. Bo dla obcokrajowców stanowiły szeroko otwartą bramę do osiedlania się w Ameryce Północnej.

Za drogo dla Kanadyjczyków

System działał podobnie do tego w Polsce, gdzie wizy studenckie stanowiły przepustkę do Unii Europejskiej. Obcokrajowcy opłacali drogie studia, ale zwykle były to tylko początkowe semestry. W Kanadzie kończyli studia, by starać się o prawo stałego pobytu. I w większości przypadków takie prawo dostawali. W ten sposób w połowie ubiegłego roku populacja Kanady osiągnęła 40 mln, w porównaniu do 35 milionów dekadę wcześniej. Tylko w jednym roku 2022 Kanada zyskała ponad milion mieszkańców. Zdecydowana większość z nich zamieszkała w tych kilku miastach, w których znajdują pracę i mogą się uczyć. Ale za gwałtownym wzrostem ludności nie poszły inwestycje w nieruchomości. Zrobiło się tak drogo, że Kanadyjczycy - jeden z najbardziej otwartych narodów na świecie, składający się niemal w 100 procentach z przyjezdnych lub ich potomków - zmienili zdanie o migracji. Dzisiaj 4 na 10 z nich jest przeciwnych sprowadzaniu obcokrajowców do kraju. I jest to najgorszy wynik od ponad 30 lat.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

Gdy eksperci spierają się z bankiem centralnym o powody astronomicznie rosnących cen domów, inwestorzy zarabiają na tym pieniądze. Na rynku pojawiło się wielu chętnych do skupowania nieruchomości, by zarobić na nich łatwe pieniądze. Przez ostatnich kilka lat cena najmu najbardziej popularnych małych mieszkań wzrosła o blisko 100 procent. W podobnym tempie zresztą rosła cena samych nieruchomości. I to jest właśnie potencjalna skala zysku, którego nie da się osiągnąć w żaden inny sposób, właściwie bez ryzyka. I dlatego kolejne kanadyjskie miasta wprowadzają na najbliższe lata całkowity zakaz nabywania domów przez nie-Kanadyjczyków. I teraz przenosimy się na drugą półkulę, do państwa równie bogatego jak Kanada, które mierzy się ze zjawiskiem odwrotnym. To... Niemcy.

Zapaść na niemieckim rynku nieruchomości

Bo w Niemczech ceny spadają. I to jak! Najmocniej od 60 lat, czyli w życiu co najmniej dwóch generacji. Najszybciej tanieją mieszkania w blokach, aż o 20 procent. Na drugim miejscu są domy jednorodzinne. Spadek cen w ostatnim kwartale ubiegłego roku w porównaniu do tych sprzed roku wynosi 11 procent. Eksperci mówią o niespotykanym w historii spadku, obejmującym nawet największe miasta. Spadku historycznie szybkim nie tylko w porównaniu z poprzednim rokiem, ale też z poprzednim kwartałem.

Zarządzający największymi firmami działającymi na rynku mieszkaniowym wieszczą dalszą katastrofę. W ciągu roku nieruchomości mają stracić na wartości jedną trzecią w porównaniu ze szczytem cenowym sprzed półtora roku. Żeby lepiej zrozumieć skalę tego rekordowego zjazdu, użyjmy cen z polskiego rynku. Weźmy najdroższy i najbardziej pożądany rynek. W Warszawie cena metra kwadratowego mieszkania wynosi około 17 tysięcy złotych. 50-metrowa nieruchomość to 850 tysięcy. Spadek o trzydzieści procent, to spadek o... 150 tysięcy złotych.

Rynek nieruchomości, w tym rynek najmu to koło zamachowe niemieckiej gospodarki. To właśnie w tej branży pracuje 10 procent Niemców, więcej niż w motoryzacji uważanej za symbol tamtejszej gospodarki. Niemcy to gigantyczne firmy zarządzające setkami tysięcy mieszkań na wynajem. Największa ma w portfelu ponad pół miliona. Załamanie cen jest więc nie tylko problemem dla pojedynczych właścicieli obciążonych kredytami. Ale też dla całej gospodarki, w której mieszkaniówka odpowiada za jedną piątą ogólnego wyniku. Dlatego już jesienią branża wystąpiła do niemieckiego rządu o publiczną pomoc. W przeciwnym razie tysiące Niemców zasilą szeregi bezrobotnych.

Oto kulisy życia w bazie F-16. Gdy pilot usłyszy to słowo, w Polsce zacznie się wojna

Prezesi największych firm mieszkaniowych przyznają z rozbrajającą szczerością, że nie docenili skali zapaści. Jeszcze latem pytani o wielkość przeceny znacząco pukali się w głowę. I twierdzili, że sytuacja jest zbyt stabilna, by było się o co martwić. Dzisiaj połowa firm z branży nie ma żadnych nowych kontraktów. Niemców przestało być stać na nowe mieszkania. I przestali je kupować. W kryzysie kosztów życia astronomiczne ceny materiałów i energii oraz wysokie stopy procentowe - najwyższe od dekady - dobiły rynek.

Na koniec dwa zdania z naszego podwórka. Otóż nam bliżej do Kanady niż do Niemiec. W grudniu najwięcej za używane mieszkanie trzeba było zapłacić w Warszawie - średnio 17,5 tys. zł za metr kwadratowy, o blisko 25 procent więcej niż rok wcześniej. Jednak liderem w podwyżkach okazał się Kraków, w którym ceny wzrosły o 27 procent. I choć rośnie liczba nowych mieszkań w sprzedaży, to do normalności wciąż dalej niż bliżej. Zwłaszcza że w drugiej połowie roku rząd znów zamierza dolać oliwy do ognia. I uruchomić nowy Publiczny Program Pompowania Cen, czyli kredyt Mieszkanie na Start.