,
Obserwuj
Gospodarka

Inflacyjny potwór przycichł tylko na chwilę. Niedługo znów zacznie nas straszyć!

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
5 min. czytania
19.03.2024 09:43
Inflacja w lutym zahamowała bardziej, niż się tego spodziewali ekonomiści. Wynik poniżej 3 procent jest pierwszym takim od trzech lat! Teoretycznie to powód do radości, bo ceny nie rosną już tak szybko. Dlaczego tylko teoretycznie?
|
|
fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl

Po pierwsze i najważniejsze niższa inflacja nie oznacza, że ceny spadają. One dalej rosną, tylko wolniej. Po drugie, hamowanie, z którym mamy do czynienia, wynika ze statystyki . Rok temu mieliśmy ponad 18-procentowy inflacyjny rekord i do niego teraz się porównujemy. A po trzecie, już za kilkanaście dni inflacja dostanie paliwa do kolejnego przyspieszenia. Od kwietnia wzrośnie VAT na żywność, a latem swoje dołoży wycofywanie tarczy energetycznej. Nasze rachunki za energię pójdą w górę, choć nie wiadomo jak bardzo. Ale dla inflacji oznacza to jedno: znów pójdzie w górę. Inflacyjny potwór zacznie znowu straszyć. Do ostatecznego pokonania go jeszcze długa droga.

Niższa inflacja. Są powody do radości?

Zaczniemy od tego czy jest się z czego cieszyć. Bo inflacja to rzecz względna. Zależy co i do czego porównywać. Dlatego cofniemy się teraz w czasie. Do lutego ubiegłego roku. I przypomnimy sobie, co się wtedy wydarzyło. Zimą 2023 tempo wzrostu cen pobiło wszelkie historyczne rekordy, nie licząc niepamiętanych już przez większość pracujących Polaków czasów zaraz po 1989 roku. Kiedy to wynosiła 600 proc., a do jej stłumienia użyto narzędzi gospodarczych wielkiego kalibru.

Od tamtego czasu, czyli od początku lat dwutysięcznych ceny zachowywały się przyzwoicie. Dwa razy nawet spadły pod kreskę, czyli w porównaniu z poprzednim rokiem - były niższe. To inflacyjne żeglowanie po spokojnych wodach, zakończyło się trzy lata temu, czyli rok przed rosyjską napaścią na Ukrainę. Skutkiem był inflacyjny szok, który zapanował w całej Europie.

Drastyczny wzrost cen

Konkretnie był to szok energetyczny. A zaczęło się od największej europejskiej gospodarki. Gdy Rosja zakręciła kurek z gazem, w górę poszły ceny energii, bo paliwa do produkcji prądu, trzeba było szukać na całym świecie i kupować za każdą cenę. Niemcy opierające swoją gospodarkę o tanią energię, produkowaną z taniego paliwa, odczuły szok najmocniej. Ale zaraz po nich zaczęła cierpieć cała Europa. Wysokie ceny energii rozlały się po całej gospodarce. Bo drogi prąd to rosnące koszty produkcji od gwoździ przez buty po chleb. Plus rosnące rachunki za utrzymanie mieszkania. Sytuacja dodatkowo się pogorszyła po wybuchu wojny w Ukrainie.

Najgorzej było dokładnie rok temu. W lutym 2023 roku inflacja w Polsce przekroczyła 18 proc. Ceny żywności wzrosły niemal o jedną czwartą. Każde zakupy spożywcze za 100 złotych z roku 2022, rok później oznaczały rachunek na 125 złotych. Inflacja zjadała oszczędności, dramatycznie ograniczała zawartość domowych portfeli, konsumenci gwałtownie cięli wydatki. Zwłaszcza na to, co uznawali za zbyteczne. Tym bardziej że te produkty drożały w niemal takim samym tempie towary pierwszej potrzeby. Dlaczego tak ważne jest dzisiaj to, co działo się w naszych portfelach rok temu? Bo porównujemy się statystycznie do tamtego dramatycznego gospodarczo czasu.

I w tym porównaniu wypadamy nawet lepiej, niż się spodziewano. Inflacja w lutym spadła do poziomu 2,8 proc. To mniej niż spodziewali się ekonomiści. Wynik ten jest w okolicach celu inflacyjnego.

Czym jest koszyk inflacyjny

O tym, do czego służy cel inflacyjny, opowiemy za chwilę. Najpierw skupimy się na zmianie wag. Konkretnie zmianie wag w koszyku ustalanym przez statystów, zbierających oficjalne gospodarcze dane. Koszyk inflacyjny jest listą artykułów, które konsumenci kupują najczęściej. I które są obrazem realnej gospodarki. W Polsce lista nie jest publikowana. Nie wiadomo dokładnie, co z niej wypada, a co na nią trafia. Wiadomo tylko, że jest co roku poprawiana i w jakich kategoriach wydatków przybywa, a w jakich ubywa. Taka zmiana odbywa się zawsze na początku roku. Na tej najnowszej liście rozepchnęły się wydatki na mieszkanie i żywność. I tu jest właśnie pies pogrzebany.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

Bo po pierwsze, te dwie kategorie rosły rok temu najmocniej. Ich umiarkowany wzrost dzisiaj ogranicza statystycznie miarę ogólnej inflacji. Jest jeszcze jedna istotna okoliczność. Towary rolne na świecie wchodzące w skład indeksu żywnościowego ONZ nie drożeją na rynkach hurtowych od roku. Zboża jest na świecie tyle, że nie ma chętnych do zakupów. Jego cena spadła dwukrotnie, a na ten rok specjaliści zapowiadają historycznie wysokie zbiory. Prąd na polskiej giełdzie towarowej jest już tańszy niż przed wojną. W handlu międzynarodowym spadła cena gazu. Bo zapasy w Europie są rekordowo wysokie, a zima była łagodna.

I po drugie, nowy skład koszyka inflacyjnego to odwzorowanie nowej listy wydatków statystycznego gospodarstwa. A w nim - jak już słyszeliście - mniej z kategorii "prawdopodobnie niekonieczne", a więcej z kategorii "absolutnie konieczne". I wszystko wskazuje, że tak już zostanie. Bo w kryzysie kosztów życia nie stać nas na szaleństwa. Większą część tego, co mamy wydajemy, by jeść i mieszkać.

Zanim o tym, co będzie, kilka słów o celu. W polskim systemie monetarnym to 2 i pół procent. Plus minus jeden punkt procentowy. To znaczy, że inflacja wysokości od półtora do 3,5 procent została zadekretowana jako zdrowa. Czyli taka, w której gospodarka może bezpiecznie rosnąć, a pracodawcy i pracownicy, oraz sprzedający i kupujący wiedzą, czego mają się spodziewać.

Inflacja. Złe wiadomości 

Było (stosunkowo) optymistycznie. Teraz już tak nie będzie. Od kwietnia wraca "rejsowy" VAT na żywność. To 5 procent więcej w większości podstawowych kategorii. A to znaczy, że na codzienne zakupy z portfela ubędzie miesięcznie kilkadziesiąt złotych więcej. To raz. A dwa, w połowie roku zacznie znikać tarcza energetyczna. Zaczniemy płacić za prąd tyle, ile wynoszą ceny w taryfach. Od dwóch lat do prądu dopłacało państwo ze specjalnego funduszu. Fundusz zbierał pieniądze od tych firm, które na wojnie i inflacji zarabiały krocie. Na przykład paliwowych, energetycznych czy wydobywczych. Od lipca ten mechanizm będzie wyłączany. Ceny wzrosną, bo dzisiaj rachunki mamy zamrożone na poziomie sprzed dwóch lat. O ile dokładnie wzrosną? Na razie nie wiadomo. Ale i jedno i drugie wpłynie na codzienne wydatki. Wzrośnie też inflacja.

I na koniec o oszczędnościach. I o stopach procentowych. Spadająca inflacja i wciąż wysokie stopy procentowe to zachęta do lokowania. Bo bankowy procent jest dzisiaj równy inflacji. A może nawet nieco wyższy. I choć to sytuacja przejściowa, bo ceny za kilka tygodni znów przyspieszą, a oprocentowanie lokat już nie wzrośnie, to i tak jest się z czego cieszyć. Wystarczy przypomnieć sobie blisko 18 procent inflacji i 8 procent zysku z gotówkowych oszczędności. Jednocześnie astronomicznie wysokie zyski banków i rekordowo drogi kredyt. To ostatnie szybko się nie zmieni. Ekonomiści uważają, że stopy procentowe pozostaną bez zmian nawet do końca roku. A może nawet do połowy następnego. Dla posiadaczy kredytów, zwłaszcza hipotecznych to niezbyt różowa perspektywa. Dla całej reszty nadzieja na systematyczny powrót do cenowej przewidywalności.