Podrożało czy nie? [REPORTAŻ Z ESTONII]
Korony będą teraz podgrzewać domy. Dosłownie. Estoński Bank Centralny ogłosił, że stara waluta zostanie podarta, sprasowana, potem trafi do elektrowni, a na koniec do tallińskich kaloryferów. 15 stycznia korony ostatecznie wyszły bowiem z obiegu. Władze jednak uspokajają, że ci, którzy ukrywają je jeszcze w skarpetach nie stracą, bo na euro będzie je można wymieniać do końca świata.
Chyba, że Titanic utonie. To dyżurny eurosceptyk Estonii, historyk i prawnik Anti Poolamets wymyślił to porównanie. Jest rzecznikiem tych, którzy euro nie chcieli. - Mój dziadek posługiwał się w życiu ośmioma walutami. Ja w wieku 39 lat mam już trzecią - ironizuje. Zamówił nawet sondaż z, którego wynika, że w kraju przeważali przeciwnicy nowej waluty, a nie - jak wynikało z tych cytowanych powszechnie badań - zwolennicy.
"Nie chcę oddawać kontroli"
Wchodzisz do Euro - płacisz więcej?
Dla niego to również kwestia suwerenności. - Nie można oddawać kontroli nad krajem dwudziestu kilku eurokratom oddalonym tysiące kilometrów stąd - mówi mi i przekonuje, że Unia Europejska popełnia ten sam błąd co Sowieci.
Poolamets nie chce też płacić za bogatszych, a bardziej rozrzutnych Estonia sama bardzo dba o dyscyplinę finansową i jej dług publiczny tylko lekko przekracza 7 procent PKB (dla porównania polski przekracza 50 proc,). Premier Andrus Ansip przekonuje jednak, że Estończycy rozumieją słowo Solidarność - Jak będzie potrzeba, pomożemy - zapewnia.
Sami Estończycy póki co pomocy nie potrzebują, choć kryzys uderzył w nich ze wzmożoną siła (PKB spało o ok. 15 proc.). Od razu jednak rząd postawił na drakońskie oszczędności, które w Grecji wywołałyby już co najmniej rewolucję. Tymczasem w Estonii, gdy rosły kolejne podatki, malały pensje i zatrudnienie - nie było ani jednego protestu. Liberałowie z całego świata patrzą z zachwytem.
- Estończycy ciągle pamiętają lata 90te. Gdyby ktokolwiek wówczas zmierzył PKB to pewnie wyszłoby, że spadło o 70 proc. - tłumaczy tę estońską samodyscyplinę analityk szwedzkiego banku SEB, Hardo Pajula (w Estonii nie ma już estońskich banków).
"Wolność najważniejsza"
- Dla nich wolność jest ważniejsza niż zamożność - dodaje nasz ambasador, Grzegorz Poznański. Europa daje im gwarancje wolność, Rosja - jak wciąż wielu się obawia - tylko czyha, by wykorzystać słabość malutkiego sąsiada.
Ludzie jednak za walkę z kryzysem zapłacili wysoką cenę. Poziom bezrobocia - jak się szacuje - waha się gdzieś między 10, a 15 proc. Ile dokładnie wynosi nie jest jasne, bo nie wiadomo ilu dokładnie ludzi pracuje po drugiej stronie Zatoki w Helsinkach. Wiadomo jednak, że w Estonii długo będzie problem z zatrudnieniem, bo bezrobocie jest strukturalne.
Starsi i bezrobotni najbardziej bali się, że wraz z nadejściem euro w Estonii wzrosną ceny. - Zaczęli je podnosić już pół roku temu - mówiła mi Tatjana, którą spotkałam przy świątecznym bazarku - Wzrost cen to nie wina euro - przekonuje jednak Tanel Ross z ministerstwa finansów i wskazuje, że przecież ceny żywności i ropy rosną na całym świecie. I tej linii trzymają się wszyscy przedstawiciele rządu, szczególnie, że zbliżają się wybory.
"Ludzie wierzą w magiczną moc euro"
- Ludzie wierzą, że euro ma jakąś magiczną moc i podnosi ceny - ironizuje premier Andrus Ansip i cytuje wyniki badań po poprzednich rozszerzeniach strefy euro. Potwierdzają, że nowa waluta spowodowała wzrost cen od 0,1 do 0,3 proc. Ale ludzie do dziś winią euro. - U nas ceny rosły szybciej niż w innych krajach - twierdzi Poolamets.
To efekt psychologiczny - ripostują finansiści. Trochę bardziej niż inne towary podrożały bowiem gazety czy cappuccino, czyli towary podstawowego użytku. Sprzedawcy czasem zaokrąglali ich ceny. Zaraz wychwytywały to media, a ludzie notowali w pamięci. - I nie brali pod uwagę, jak niewielki jest udział tych towarów w całym koszyku zakupów - mówi Ulo Kaasik z estońskiego banku centralnego.
Jego fryzjer zaokrąglił w górę ceny. Ale jak duży jest ten efekt nikt jeszcze w Estonii nie oszacował. Trzeba poczekać co najmniej do lutego. Przedsiębiorcy - by uspokoić klientów - zorganizowali specjalną kampanie, której uczestnicy obiecali nie podnosić cen.
Estonia nie miała alternatywy
Pajula również wzrost cen bagatelizuje. I podkreśla, co jego zdaniem jest najważniejsze: Estonia nie miała alternatywy. Bo Estonia to mały kraj. Według eksperta to nawet nie jest miasto, tylko jego część, druga jest w Helsinkach. I dlatego, Estonia nie powinna się łudzić, że stać ją na całkowitą niezależność. Flaga, hymn i minister rolnictwa - jego zdaniem muszą wystarczyć.
Szczególnie, że kurs korony i tak był sztywno związany z euro. - Tak naprawdę, od 18 lat nie mieliśmy niezależnej polityki monetarnej. Dla nas wybór był więc prosty: wejść do klubu i mieć wpływ na decyzje, albo pozostać na zewnątrz - mówi premier.
Dla wielu Estończyków korona miała jednak sentymentalne znacznie. - Jest dla nas jak niepodległość - mówili mi i dodawali, że banknoty są też ładniejsze niż euro. - Zgadzam się, ale inwestorów piękne banknoty nie przyciągną - ripostuje szef rządu. Starsi nie lubią euro, bo muszą używać monet. Wszyscy gubią się w przeliczeniach (1 euro = 15, 6466 EEK). Choć i tak zmiana waluty przyszła Estończykom szczególnie łatwo, bo szczególnie często używają kart kredytowych. Tak jak z euro, ze swojej gospodarki są najbardziej dumni.