Z ziemniaczanego eldorado do gorącego kartofla. Cały świat ma już go dość
Ziemniaki zalegają w magazynach jak Europa długa i szeroka. Skąd taka kartoflana góra? Z niedawnej hossy - jeszcze kilka lat temu świat prosił się o europejskie ziemniaki, bo sam był w kryzysie, w którym w Azji reglamentowano nawet frytki. Europejscy rolnicy zwietrzyli więc interes, przez trzy lata liczyli kasę ze sprzedaży tych warzyw i sadzili je gdzie się da. Aż przyszła klęska urodzaju i Europa wyprodukowała tyle ziemniaków, że nie da się ich ani zjeść, ani przerobić, ani nakarmić nimi zwierząt.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego ziemniaków jest tak dużo, że gdzieniegdzie ich ceny spadły do zera, a nawet poniżej?
- Dlaczego rośnie ziemniaczana góra, z którą nie bardzo wiadomo co zrobić?
- Czy w związku z tym frytki i chipsy będą tańsze?
Nałożyły się na siebie ziemniaczana górka z ziemniaczanym dołkiem oraz zmiana gustów nas, konsumentów. Bo jeszcze kilka lat temu Polacy na głowę zjadali rocznie 100 kilogramów ziemniaków, a teraz - 80 kilogramów. W magazynach leżą setki tysięcy ton ziemniaków i nikt nie chce ich kupić, mimo że cena spada, ku rozpaczy producentów.
Skąd ta góra, której nikt nie chce?
A wzięło się to z ziemniaczanej hossy po pandemii, kiedy na rynku panował deficyt. Europa produkowała - dla siebie - wystarczająco, ale jest też potężnym światowym eksporterem ziemniaczanych przetworów, w tym mrożonych frytek. W tym samym czasie w innych zakątkach świata klimat dla ziemniaka nie był łaskawy: susze na przemian z ulewami spowodowały, że ziemniaki albo nie urosły, bo miały za sucho, albo utonęły w wodzie. Problem był tak duży, że w Australii markety wprowadziły reglamentację sprzedaży mrożonych frytek. Podobne, sensacyjne w tonie informacje obiegały świat regularnie: frytek brakowało w Malezji, Indonezji, Japonii, Singapurze, Chinach i na Tajwanie. Popularne sieci fastfoodów zastępowały je innymi dodatkami, a w niektórych krajach zdjęły je całkowicie z menu o określonych porach. A jak ziemniaczana trwoga, to do Europy, której jednak klimat też nie oszczędził i tak przetrzebił plantacje na południu, że ceny ziemniaków w Hiszpanii skoczyły do 700 dolarów za tonę. To jaką drogę ziemniaki musiały przejść, żeby teraz spaść w okolice zera?
Otóż rolnicy zwietrzyli ziemniaczany interes i sadzili te warzywa na każdym spłachetku ziemi. A kiedy zaczęły rosnąć, zaczęło się ziemniaczane eldorado: trzy fantastyczne sezony, zwłaszcza ten w 2024 roku, w którym na bulwach ziemniaka można było zarobić jak na sztabkach złota. Bo rolnicy przestawiali się z buraków cukrowych, zbóż i kukurydzy właśnie na ziemniaki. Jak podają polscy przedstawiciele branży, niektórzy w rok zwiększali produkcję ziemniaków o 100-200, a nawet 400 hektarów! W zeszłym roku dodatkowo pomogła też pogoda, czyli deszczowe lato, dzięki któremu rolnicy zebrali z każdego hektara nawet od 50 do 80 ton ziemniaków. A że w Europie powierzchnia upraw to 1,5 miliona hektarów, a w Polsce ponad 200 tysięcy, łatwo policzyć, że zasypała nas góra grubo ponad 10 milionów ton - tylko naszych, krajowych ziemniaków.
Cały świat ma ich dość
W Europie to już idzie w setki milionów ton, a takiej masy nie da się ani zjeść, nakarmić nimi zwierząt, ani przerobić na frytki i chipsy. Na rynek zaczęły płynąć ziemniaki, których nikt nie jest w stanie kupić, a ceny zaczęły pikować. To pikowanie przyspieszyło w ostatnich tygodniach, kiedy producenci starają się sprzedać ubiegłoroczne nadwyżki z magazynów, żeby zrobić miejsce na nowe plony. W efekcie cena ziemniaków do frytek spadła na najważniejszej w Europie, holenderskiej giełdzie, do 1 euro za 100 kilogramów, zwykłe ziemniaki kosztują o połowę mniej, a ziemniaki paszowe - uwaga! - nawet minus dwa euro, czyli producenci muszą dopłacić za odbiór surowca. Na giełdzie w Belgii cena ziemniaków dla przetwórstwa - czyli na chipsy, gotowe dania, wypieki, a nawet słodycze - spadła do okrągłego zera. Rolnicy de facto oddają je za darmo, a organizacje pozarządowe alarmują, że w takiej sytuacji duża część produkcji pójdzie na zmarnowanie. A pomysłów co zrobić z ziemniaczaną górą - brak.
Bo nawet utylizacja takiej masy produktu z magazynów - po pierwsze kosztuje, a po drugie - polska branża podaje, że biogazownie, które mogłyby z nadwyżek ziemniaków zrobić użytek, są nimi zasypane pod sufit. Przerobienie na biopaliwa? Brak mocy produkcyjnych. To może przerobienie na alkohol? Gorzelnie już pracują na pełnych obrotach. No dobrze, to może po prostu wysłać więcej do Azji, która w ostatnich latach tak pożądała europejskich ziemniaków?
Nie ma nowy. Bo interes zwietrzyli też chińscy rolnicy, którzy produkują tyle, że wystarcza miliardowym Chinom, a jeszcze idzie na eksport. Na ziemniaki postawiła cała Azja: produkcja rośnie też w Indiach, Pakistanie czy Bangladeszu. Na europejskie ziemniaki chętnych brak, tym bardziej że są droższe, bo trzeba doliczyć koszty transportu.
Zachód, walczący z ziemniaczaną górą, próbuje więc upłynnić ziemniaki gdzie się da - i chętnie wysyła je do nas, powiększając naszą ziemniaczaną górę. Co ważne, ziemniaki z importu mają lepszą jakość - u nas nawet co piąty ziemniak jest uznawany za odpad, a sieci handlowe szczególnie pilnują, żeby takie do sprzedaży nie trafiały. To na koniec zastanówmy się - może w tym całym ziemniaczanym horrorze jest jakaś dobra wiadomość, że na przykład frytki i chipsy będą dużo tańsze?
Nie bardzo. Bo do ich wytworzenia potrzeba energii, której ceny właśnie podbiła wojna w Zatoce Perskiej. Do ich przewiezienia potrzeba paliw, których ceny, a jakże - podbiła wojna w Zatoce Perskiej. I na każdym etapie tego łańcucha potrzeba ludzi, którym trzeba zapłacić. A zatem ratunku dla naszego, pospolitego ziemniaka - na razie brak, a ziemniaczana góra stała się gorącym kartoflem.
źródło: TOK FM