Dziewczęca orkiestra w Auschwitz. "Były wśród nas ateistki, komunistki, dewotki i syjonistki"
"Jedną z głównych przyczyn antagonizmów w bloku 12 były paczki żywnościowe otrzymywane przez Polki od rodzin. Muzyczki te miały własny kącik w dormitorium, gdzie był stół, używany także przez Rosjanki i Ukrainki. Żydówki nie mogły odbierać żadnych pakunków, nawet jeśli na zewnątrz miały kogoś, kto mógłby zapewnić im dodatkowy prowiant. Oglądanie, jak pozostałe muzyczki spożywają dodatkowe racje, musiało być dla nich wyjątkowo przykre". Prezentujemy fragment reportażu pt. "Trzeba było grać. Pierwszy reportaż o dziewczęcej orkiestrze z Auschwitz" autorstwa Anne Sebby.
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Trzeba było grać. Pierwszy reportaż o dziewczęcej orkiestrze z Auschwitz" autorstwa Anne Sebby w tłumaczeniu Dawida Czecha, która ukaże się 14 stycznia 2026 roku nakładem wydawnictwa Znak Literanova.
(...) Problemem była nie tylko techniczna przepaść dzieląca amatorki i profesjonalistki. W orkiestrze potworzyły się liczne mniejsze grupki, zwykle połączone wspólnym językiem. Większość orkiestrantek jakoś sobie radziła z instrukcjami Almy przekazywanymi przez nią w języku niemieckim. Najtrudniejsze było łagodzenie napięć między Żydówkami a Polkami. Już samo to, że więźniarki żydowskie mieszkały razem z nieżydowskimi w odrębnym bloku - jedynym takim w całym Auschwitz - dowodzi tego, jak niesamowitym tworem była obozowa orkiestra.
Antysemityzm był głęboko zakorzeniony w kulturze przedwojennej Polski, wyrastał z pobudek tak religijnych, jak i politycznych. Wielu katolików nadal upatrywało w Żydach morderców Chrystusa, zaś powiększający swoje szeregi polscy nacjonaliści uznali żydowską diasporę, w przededniu wojny obejmującą trzy miliony czterysta tysięcy osób, za zagrożenie egzystencjalne. Ten nadwiślański kraj, zamieszkany przez największą liczbę Żydów i Żydówek w Europie, stał się wylęgarnią prawicowych partii nacjonalistycznych (Obóz Wielkiej Polski, Obóz Narodowo‑Radykalny ABC, Ruch Narodowo‑Radykalny Falanga czy Stronnictwo Narodowe) - otwarcie antysemickich, a zarazem antyhitlerowskich. Ich pozornie sprzeczne poglądy znalazły także odbicie w zachowaniu niektórych orkiestrantek - kobiet aresztowanych za pomaganie żydowskim sąsiadom i sąsiadkom - które zmuszone mieszkać razem z Żydówkami uważały, że wszelkim nieporozumieniom przy podziale jedzenia lub w żartach winna była "postawa Żydówek". Bezwzględne traktowanie żydowskich więźniarek przez SS tylko pogłębiło dawne uprzedzenia. Według relacji Krystyny Żywulskiej hitlerowscy strażnicy tak tłumaczyli zsyłanie nieszczęśniczek do bloku 25, aby tam głodowały w oczekiwaniu na śmierć w komorze gazowej: "Po prostu zabijają Żydów, bo mówią, że Żydzi są winni, że przez nich jest wojna". Z powojennego świadectwa austriackiej lekarki Lingens‑Reiner dowiadujemy się, że nieżydowskie więźniarki na rewirze głośno zastanawiały się, po co "marnować" cenne leki na żydowskie pacjentki, skoro te "i tak przecież pomrą".
Hilde Grünbaum, skrzypaczka, która nie skorzystała z szansy opuszczenia Niemiec i emigracji do Palestyny, ponieważ chciała w Berlinie wspierać uwięzioną matkę, wskazywała inne źródło niesnasek z żydowskimi instrumentalistkami: barierę językową. Przykładem najbardziej skrajnym były Greczynki. Kobiety te nie znały niemieckiego ani jidysz, posługiwały się jedynie ladino, językiem judeohiszpańskim, przez co nie potrafiły nawiązać nici porozumienia z pozostałymi więźniarkami, nawet Żydówkami aszkenazyjskimi. "Były wśród nas ateistki, komunistki, dewotki i syjonistki", wspominała. "Rosjanki chciały wrócić do Rosji, Polki pragnęły niepodległej Polski. Każda z nas miała własny światopogląd, święcie przekonana o jego słuszności".
Nauczycielka Eugenia Marchiewicz, Polka nienależąca do orkiestry, tak opisała Almę: "Żydówki z warszawskiego getta jej nie znosiły, bo była zasymilowana - widziały w niej bardziej Niemkę niż Żydówkę". Pełniąc funkcję kapo, mogła jawić się współwięźniarkom jako kolejny trybik w niemieckiej machinie obozowej, choć tak naprawdę była Austriaczką. To, że panowała nad wszystkimi tymi animozjami podczas występów, jeszcze dobitniej podkreślało niezwykłość jej wyczynu. W sprawach zespołu i granej przezeń muzyki narzucała żelazną dyscyplinę, zakazywała orkiestrantkom ulegania emocjom w obliczu wszechobecnego cierpienia i ponurego żniwa śmierci. Jak jednak zauważyło kilka instrumentalistek, unikała wdawania się w kłótnie, zwykle wycofywała się do swojego pokoiku, zamiast stawić czoła konfliktowi.
"Często miewała migreny", zauważyła Hélène Wiernik. "Zastanawiałam się, czy nie miała jakiegoś guza. Szła wtedy się położyć we własnej izdebce, a właściwie to chambrette [klitce]. Bardzo się bałyśmy, że bez niej orkiestra sobie nie poradzi".
Jedną z głównych przyczyn antagonizmów w bloku 12 były paczki żywnościowe otrzymywane przez Polki od rodzin. Muzyczki te miały własny kącik w dormitorium, gdzie był stół, używany także przez Rosjanki i Ukrainki. Żydówki nie mogły odbierać żadnych pakunków, nawet jeśli na zewnątrz miały kogoś, kto mógłby zapewnić im dodatkowy prowiant. Oglądanie, jak pozostałe muzyczki spożywają dodatkowe racje, musiało być dla nich wyjątkowo przykre. "Widok i zapach niedostępnego nam jedzenia nie ułatwiał nawiązywania przyjaznych relacji. Pamiętam, że tylko dwie Polki się do mnie zwróciły", wspominała Anita. Pierwszą była śpiewaczka Ewa Stojowska, a drugą - perkusistka Danka Kollak.
Jedną z przyczyn tego zachowania było powszechne wśród Polek przekonanie, że Żydówki mają kontakty z więźniarkami pracującymi w "Kanadzie". W grudniu 1943 roku tych trzydzieści drewnianych baraków przyległych do krematorium wypełniały zagrabione przez hitlerowców rzeczy osobiste zugangów. Te co bardziej wartościowe odsyłano do Rzeszy, sporo zostawało jednak w Auschwitz. Dla wielu z tysiąca kobiet zamkniętych wtenczas w obozie sortowanie towarów w "Kanadzie" było upragnionym zajęciem. Mogły bowiem "przehandlować" ukradzione stamtąd przedmioty za jedzenie. Wiązało się to jednak z dużym ryzykiem i w żadnym razie nie stanowiło pewnego źródła dodatkowych racji żywnościowych.
Helena Dunicz podkreślała, nawet w swoim świadectwie spisanym w 2014 roku, że za rosnącą barierę między żydowskimi a polskimi więźniarkami winić należy te pierwsze:
Miały one dobre kontakty z więźniarkami pracującymi w tzw. Kanadzie, a były nimi w większości Żydówki. Właśnie od nich mogły otrzymać coś z lepszej odzieży, bielizny, a nawet kosmetyki. Dzięki temu w drodze dalszych transakcji wymiennych mogły "zorganizować" sobie dodatkową żywność - chleb, ziemniaki, marchew, cebulę itp.
Ja, nie mając kontaktów z Kanadą, musiałam sama zrobić sobie coś w rodzaju wsuwki do włosów z metalowej struny E, kiedy odrastające włosy zaczęły zasłaniać mi oczy […]. Posiadane przez Żydówki luksusowe przedmioty pochodzące z Kanady nie uchodziły naszej uwadze, ponadto zachowanie niektórych z nich odbierałyśmy jako pewną wyniosłość i chęć trzymania się od nas raczej z daleka.
Relacja Heleny ujawnia głębokie uprzedzenia żywione przez obydwie strony konfliktu. Pomimo szczerej chęci nie udało jej się przerzucić mostów nad przepaścią międzykulturowej nieufności. Skrzypaczka, choć doskonale świadoma żydowsko‑polskich tarć, zarzekała się, że ich powodem była "najokrutniejsza siła głodu, z którym w niemieckim obozie przegrywał ideał powszechnej solidarności, człowieczeństwa i współczucia".
"Żydówki wychodziły z założenia, że one [Polki] wszystkie były antysemitkami. Później doszły mnie okropne historie ich cierpienia", zauważyła Anita w wywiadzie udzielonym mi w 2023 roku w swoim mieszkaniu, wyjaśniając: "Po co człowiek miałby się dzielić z kimś, z kim ledwo jest w stanie się porozumieć? To zrozumiałe. Chodziło o przetrwanie".
Przeszło pięćdziesiąt lat po wojnie Anita i Helena zaczęły pisywać do siebie. Dopiero wtedy zrozumiały, że więcej je łączy, niż dzieli. Obydwie kobiety wychowały się w rodzinach z klasy średniej, szczególnie ceniących sobie muzykę. W nieludzkich oświęcimskich realiach psychika człowieka ulegała zwyrodnieniu, szerzyły się uprzedzenia. Helena żałowała, że nie podjęła bardziej stanowczych prób usunięcia owych polsko‑żydowskich barier. Od dziecka była jednak nieśmiała, a w obozie ogarnęło ją przerażenie - tyle miała na swoją obronę, jak dowiadujemy się z jednego z jej listów.
Helena, uważająca się za skromną intelektualistkę, miała poczucie winy, że nie sprostała własnym wymaganiom. Podobnie jak większość ocalonych z Auschwitz utrzymywała ponadto, że nie sposób zrozumieć obozowego życia, nie doświadczywszy go na własnej skórze. "Ma to związek z ogromnym stresem i przeświadczeniem, że rozmówcy nie pojmują naszych słów, nie dociekają ich sedna. Ani mój niemiecki, ani angielski nie pozwalają mi odpowiednio wyrazić najgłębszych myśli i uczuć. Wcale też nie chcę wyciągać ich na wierzch".
Polska skrzypaczka Zofia Cykowiak, również w liście do Anity, wysłanym na początku lat 90., wyraziła nadzieję na spotkanie, "aby szczerze porozmawiać i wyjaśnić sobie tamte nieporozumienia, wynikłe być może z barier językowych. Myślę, że teraz, z perspektywy [kilkudziesięciu] lat, przekonamy się, jak wiele nas łączy, wszak obydwie niesiemy brzemię bolesnych doświadczeń z Auschwitz".
W żeńskiej orkiestrze, co nieuniknione w grupie tak zróżnicowanej etnicznie i kulturowo, często dochodziło do burzliwych dyskusji o wieściach docierających z innych części obozu oraz ewentualnej odpowiedzialności ciążącej na samych kobietach. Żydowskie orkiestrantki, tak jak inne Żydówki z Auschwitz, martwiły się o swoich bliskich, nieświadome, że wielu z nich poszło z rampy prosto do gazu.
Niekiedy więźniarki snuły plany na poobozową przyszłość. Syjonistki skupiały się na wydarzeniach w innych częściach Europy, gdzie miały nadzieję zamieszkać po wojnie. Przywódczynią tej grupy była Hilde Grünbaum. Co sobotę starała się święcić szabas, początkowo jedynie z dziewczynami z przedwojennej hachszary, syjonistycznego obozu przygotowującego Żydów i Żydówki do życia w kibucach. Znalazły się wśród nich także dwie Będzinianki - mandolinistka Rachela i Regina, kalifaktorka Almy - oraz Carla i Sylvia, niemieckie siostry Wagenberżanki grające na flecie prostym.
Na spotkaniach Hilde czytała głośno ustępy ze zdobytych w obozie książek, raz z Fausta Goethego, raz z tomiku wierszy Rilkego. Czasami wybór padał na Pirkej Awot ("pouczenia ojców"), zbiór żydowskich sentencji o etyce. Spisywała również modlitwy w kajeciku, podarowanym później przyjaciółce Anneliese Orze Borinski. Ta cztery lata starsza niemiecka Żydówka z Berlina pracowała jako doradczyni w hachszarze na gospodarstwie Ahrensdorf. Dziewczyny deportowano razem do Auschwitz. (...)
Posłuchaj: