Co oznacza wycie syren? "Kompletnie nie wiedzieliśmy z żoną, co to takiego"
- Usłyszałam jakieś przerażające wycie. Dostałam też SMS z ostrzeżeniem, że jest zagrożenie atakiem z powietrza. Wtedy to się już poważnie wystraszyłam - mówi TOK FM pani Ewa, mieszkanka Świdnika. To m.in. w tym mieście w sobotę zawyły syreny alarmowe. Jego władze przyznają, że potrzebna jest szeroka edukacja mieszkańców w tym zakresie.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak zachowywali się mieszkańcy Świdnika, gdy usłyszeli syreny alarmowe?
- Co planują zrobić władze miasta?
- Jak do sytuacji zagrożenia przygotowane są szkoły?
Było sobotnie popołudnie, gdy pani Ewa sprzątała mieszkanie. - Usłyszałam jakieś przerażające wycie, taki dziwny sygnał, wyszłam na balkon. Pomyślałam, że to pewnie jakieś testy systemu. Nie miałam włączonego ani radia, ani telewizji. Po kilku chwilach zadzwonił syn z pytaniem czy wszystko w porządku. Mieszka w innym mieście i przeczytał w internecie, że w Świdniku wyją syreny. Powiedziałam, że tak, nic się nie dzieje. Potem sama zaczęłam szukać, dostałam też SMS z ostrzeżeniem, że jest zagrożenie atakiem z powietrza. Wtedy to się już poważnie wystraszyłam. Rzuciłam sprzątanie i śledziłam wszystko w telewizji do momentu, aż powiedzieli, że koniec alarmu. Ale wtedy znów coś zaczęło wyć. I to było jeszcze gorsze. Dopiero sąsiad mi powiedział, że ten drugi alarm to odwołanie zagrożenia - opowiada nasza rozmówczyni.
Pan Tomasz też nie zareagował. - Owszem, słyszałem jakiś głośny dźwięk, ale kompletnie nie wiedzieliśmy z żoną co to takiego. Może ktoś nas tego kiedyś uczył, ale ile to musiało być lat temu? Z pięćdziesiąt? Dopiero potem dowiedziałem się od kolegi, że to syreny wyły i że mogło być niebezpiecznie. Tak naprawdę żyłem w nieświadomości, oglądałem film w telewizji. Ale wiem, że muszę sobie przyswoić wiedzę na temat tych sygnałów, władza też powinna się w to jakoś zaangażować. Przydałyby się ostrzeżenia, informacje, może jakieś ulotki - dodaje nasz rozmówca.
Potrzebna jest edukacja
Burmistrz Świdnika Marcin Dmowski mówi w TOK FM, że nie jest zdziwiony zachowaniem mieszkańców, bo sygnały alarmowe - poza ich sprawdzaniem, czy dla uczczenia jakiegoś wydarzenia - nie były używane od lat. - Wcześniej, nawet jak robiliśmy testy systemu, to nikt nam nie zgłaszał, że nie słyszał syren. A dziś? Jest wiele informacji i sygnałów od mieszkańców, że u nich coś nie zadziałało. Będziemy to dokładnie weryfikować - mówi nasz rozmówca.
Jak dodaje, cała sytuacja pokazała mu, że potrzebna jest szeroka edukacja. - Już planujemy zajęcia dla dzieci w szkołach, póki nie ma jakiś systemowych, odgórnych rozwiązań w tym zakresie. Będą też spotkania z seniorami - rozmawiałem już o tym z ekspertem. Działania są potrzebne jak najszybciej, bo nikt nie wie, co nas czeka i kiedy - mów Dmowski.
Przyznaje, że słyszał o niepokoju wśród części mieszkańców Świdnika. - Jest wiele pytań i wątpliwości. Chodzi m.in. informację, co te syreny dokładnie oznaczają, bo wiele osób nie zna tych sygnałów. A to podstawa. Są też pytania o to jak się zachować, gdy przychodzi alert o zagrożeniu, część osób nie wie, czy od razu trzeba się ewakuować To też będziemy chcieli przekazać mieszkańcom. Ewakuacja to kolejny etap. W przypadku alarmu, trzeba się schronić, przebywać najlepiej w miejscu bez okien, nie wychodzić z domu - tłumaczy burmistrz.
Jak dodaje, użycie syren alarmowych było decyzję wojewódzkiego sztabu zarządzania kryzysowego, podobnie jak w Chełmie. - Tu nie ma miejsca na dyskusję, musimy mieć zaufanie i wykonywać polecenia - słyszymy.
- Na dziś najważniejsza kwestia to udoskonalenie systemu związanego m.in. z informowaniem ludności. Wcześniej nie było takiego zagrożenia. Były robione szkolenia, nawet drukowano informatory, tylko nikt na to nie zwracał uwagi. Teraz jest w ludziach pewna niewiedza, niedoinformowanie i to trzeba zmienić. Część mieszkańców nie wie, że jest hierarchia, że burmistrz czy starosta sam nie podejmuje niektórych decyzji. Mieliśmy polecenie "włączyć syreny" i to trzeba wykonać - mówi w TOK FM starosta świdnicki, Waldemar Jakson.
On sam odebrał telefon od jednego z mieszkańców z pytaniem, gdzie ma się schronić, w którym schronie. - A w komunikacie nie było przecież informacji, by szukać schronu. Więc to wszystko trzeba mieszkańcom wytłumaczyć. Dlatego przed nami szkolenia, szkolenia i jeszcze raz szkolenia - dodaje Jakson.
Jak zachowałaby się szkoła?
Dyrektor Szkoły Podstawowej nr 3 w Świdniku Leszek Kalicki w trybie pilnym zwołał Radę Pedagogiczną. By przypomnieć nauczycielom zasady związane z sytuacjami kryzysowymi, ale też przedyskutować z nimi ten temat. - My jesteśmy przygotowani, regularnie ćwiczymy ewakuację z budynku, ale wydarzenia z soboty pokazały, że może być potrzeba zupełnie innych działań. To, co jest kluczowe, to zachowanie spokoju i stosowanie się do komunikatów służb. Naszą rolą jest to, by uspokoić dzieci, by nie było paniki i chaosu. Ale fakty są też takie, że żyjemy w takiej rzeczywistości, że nie wszystko da się przewidzieć - mówi nasz rozmówca.
Pytany, co zrobiłby w sytuacji alarmu, odpowiada, że być może dzieci zeszłyby na poziom szatni. - Moja decyzja na pewno wynikałaby z ustaleń ze służbami. Jesteśmy w ciągłym kontakcie, więc tu nie ma problemu. Są telefony, maile - dodaje Kalicki.
Odwiedziliśmy także Szpital Powiatowy w Świdniku. Jego dyrektor, Sylwia Domagała przyznaje, że sytuacja z soboty pokazała, że jako społeczeństwo wiele jeszcze musimy się nauczyć. Chodzi o odczytywanie syren alarmowych, ale też o to, by wiedzieć, jak na nie reagować. - U nas w szpitalu jest specjalista do spraw obronności, który opracowuje na bieżąco wszystkie procedury, jest w kontakcie ze starostwem, wyciągamy wnioski, przeprowadzane są różne ćwiczenia. Ale też widzimy, że jest jeszcze trochę do zrobienia - mówi nasza rozmówczyni.
Dopytywana, czy są np. w szpitalu miejsca w podziemiach, gdzie można byłoby przenieść chorych, odpowiada, że nie ma. - Gromadzilibyśmy chorych na poziomie zero, tam mamy do tego warunki - mówi dyrektor. Jak dodaje, wiele procedur kryzysowych zostało przećwiczonych w czasie Covid-19, ale dzisiejsza sytuacja jest jednak zupełnie inna.
Eksperci, z którymi rozmawiamy, podkreślają, że w wielu miejscach przydałyby się np. radiowęzły, by móc na szybko przekazać komunikat. Takie urządzenia są w szkołach, ale tylko w nielicznych. W miastach i miasteczkach nie ma też w większości głośników na słupach czy latarniach. Ten system - wczesnego ostrzegania - jest aktualnie budowany. Lubelszczyzna ma na niego pieniądze - nad jego stworzeniem czuwa straż pożarna.