Balonowa mistrzyni za sterami samolotu gaśniczego. "Adrenalina jest, ale trzeba działać"
Latanie tuż nad wierzchołkami płonących drzew lub spokojny przelot kilometr nad ziemią, z dwoma tonami rozgrzanego powietrza nad głową - to codzienność młodej pilotki, która opowiedziała nam o swojej pracy. Jagoda Gancarek, balonowa mistrzyni Polski, na co dzień gasi z powietrza pożary lasów. - To męski świat, w którym kobiety mają ostatnio coraz większą siłę przebicia - mówi.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jaka jest specyfika lotów gaśniczych;
- Jak ląduje się balonem;
- Czy kobiety mają wstęp do męskiego świata lotników.
- Nie czuję się twardzielką - mówi nam balonowa mistrzyni Polski, która tylko tego lata łącznie spędziła w powietrzu kilkanaście godzin, gasząc pożary lasów. Jagoda Gancarek jest pilotką Aeroklubu Ziemi Lubuskiej i to tu można zobaczyć ją na niebie - gdy w czerwonym "Antku", czyli gaśniczym samolocie An-2, mknie właśnie do pożaru lub gdy unosi się w koszu balonu, mając nad głową ponad dwie tony rozgrzanego powietrza. Zaczynała klasycznie, od szybowców. Jeszcze w szkole średniej myślała o studiach w Akademii Lotniczej w Dęblinie, zdecydowała się jednak na studia lotnicze w Chełmie. - Samo latanie jest cudowne. W szybowcu jest cisza i spokój. Człowiek zostaje sam ze swoimi myślami. To jest wspaniałe uczucie - opowiada. Na co dzień jednak lata nisko. Akcje gaśnicze prowadzi się zwykle na wysokości kilku, maksymalnie kilkunastu metrów nad wierzchołkami drzew. - Adrenalina jest, ale po pierwsze po prostu się działa - mówi w rozmowie z TOK FM.
Zabrać wodę, zrzucić w ogień
- Loty gaśnicze przeważnie są krótkie, w zależności od lokalizacji pożaru i tego, gdzie mamy lądowisko, by nabrać wody. Czasami trwają pięć lub dziesięć minut, czasem są półgodzinne, choć w tym roku mieliśmy też sytuację, że przez trzy godziny, na trzy samoloty, gasiliśmy las w pobliżu linii kolejowej - opowiada Jagoda Gancarek. To loty wymagające dużej precyzji. - Najpierw musimy celnie trafić w miejsce pożaru, odciąć jego źródło. Później już dogaszamy. Czasem to dwa lub trzy wyloty, czasem więcej. Koordynaty otrzymujemy od nadleśnictwa i na bieżąco komunikujemy się z osobą, która jest na ziemi. To ona wydaje dyspozycje, w którym miejscu należy w danym momencie robić zrzut wody - tłumaczy pilotka.
Decyzje musi podejmować szybko, jak mówi, szczególnie trudne są akcje gaśnicze w rejonie linii wysokiego napięcia. - Przy jednym z zeszłorocznych pożarów musieliśmy czekać najpierw na odcięcie zasilania na tej linii, a potem dodatkowo uważać, by w dymie i żarze nie zahaczyć o druty - wspomina Jagoda Gancarek. - Z powietrza zawsze najpierw badamy teren , sprawdzamy, czy jest bezpieczne i z której strony zrobić nalot. Przeważnie robimy dwa zrzuty. Jeden z wiatrem i drugi pod wiatr - dodaje.
Startuje z lotniska Aeroklubu Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze - Przylepie i to stąd zabiera pierwszy zapas wody. Lata do pożarów oddalonych do kilkudziesięciu kilometrów od Zielonej Góry. - Jeśli lecimy na dalszą akcję, mamy wyznaczone lądowiska leśne. Tam na miejsce albo przyjeżdża straż pożarna i tankuje nam wodę z wozu albo korzystamy ze stałych punktów poboru wody - mówi nasza rozmówczyni. - Jeśli sezon jest suchy i wietrzny, pożarów oczywiście jest więcej. I bardzo wiele z nich spowodowanych jest niestety przez człowieka - stwierdza.
Balonowa mistrzyni
W sierpniu Jagoda Gancarek, wraz z Hanią Kaczmarczyk - również z Aeroklubu Ziemi Lubuskiej, sięgnęły po tytuł Mistrzyń Polski w zawodach balonowych w Nałęczowie. - Sport balonowy to nie jest osiągnięcie jednej osoby. Musimy mieć załogę, która pojedzie za balonem. Oprócz tego mnie osobiście lata się lepiej, jeżeli mam kogoś jeszcze na pokładzie - mówi Jagoda Gancarek. Balony są w jej życiu od około siedmiu lat, gdy jeszcze na studiach przekonał ją do nich jeden z kolegów. - To zupełnie inny rodzaj lotnictwa niż latanie samolotem czy szybowcem. Tutaj decydujący jest wiatr i analiza pogody. Mimo sprzyjających prognoz zdarzają się porywy wiatru, przy których lot jest niemożliwy do wykonania i trzeba zrezygnować - mówi pilotka. - Lepiej żałować, że się nie poleciało, niż żałować że się poleciało, będąc już w powietrzu - dodaje.
W samym balonie wiatru już nie czuć, bo leci się z wiatrem. - Chyba, że akurat zmieniamy masę powietrza. Kierunki wiatru wraz z wysokością bardzo się zmieniają - tłumaczy mistrzyni. Jak słyszymy, można latać "po czubkach drzew" i niemal zbierać szyszki lub polecieć na wysokość tysiąca czy półtora tysiąca metrów. - U niektórych budzi to lęk przestrzeni, którego w samolocie nie odczuwają. Tutaj jednak dotykają powietrza na zewnątrz i ten balkon okazuje się być całkiem wysoko - uśmiecha się nasza rozmówczyni.
Lądowanie? Przy silniejszym wietrze, gdy nie da się spokojnie opaść na ziemię, trzeba wykonać je z przewrotką, czyli przewrócić kosz. - Może to przypominać niektórym lądowanie awaryjne, ale to normalny sposób lądowania balonem. Żeby całą tę masę wyhamować, trzeba po prostu szybciej spotkać się z ziemią - wyjaśnia pilotka. - Tak naprawdę każde lądowanie to kontrolowane zderzenie się z ziemią. Pytanie tylko, w jaki sposób je wykonamy - dodaje. A w Lubuskiem - ze względu na dużą ilość lasów - wylądować niełatwo. - Koledzy po fachu mówią czasem, że tu przecież nie da się latać. Da się, tylko trzeba dobrze planować loty - przyznaje.
Jak nie drzwiami to oknem
Na lotnisku Przylepie w Zielonej Górze balonowa mistrzyni prowadzi również szkolenia lotnicze. I - jak zauważa - jest coraz więcej kobiet chętnych do nauki lotnictwa. - Ostatnio faktycznie mamy więcej kursantek niż kursantów, co jest fenomenem, bo w ogóle środowisko lotnicze to męski świat, w którym jednak kobiety mają ostatnio coraz większą siłę przebicia - przyznaje Jagoda Gancarek.
- To, czy kobieta ma łatwiej czy trudniej, zależy często od tego, jak bardzo mężczyźni są sfrustrowani - mówi. - Jeżeli panowie mają dystans i są otwarci, to kobiety mają łatwiej. Tych przypadków jest mniej, ale się zdarzają - przyznaje pilotka. - Jeżeli mężczyźni są sfrustrowani, to kobietom rzuca się kłody pod nogi. Mówi się na przykład, że jest za niska, zbyt drobna, że nie da sobie rady. Ale wszystko jest do przejścia. Jak nie drzwiami, zawsze można wejść oknem. Trzeba być tylko bardziej zdeterminowaną - stwierdza. - Mamy XXI wiek, wiadomo, że dążymy do tego, żeby w tych męskich zawodach kobiety mogły być w pełni aktywne. Pewnie w Polsce nastąpi to później, ale świat jest otwarty i na pewno będzie kobietom coraz łatwiej - dodaje.
O pracy w liniach lotniczych Jagoda Gancarek na razie nie myśli. - Tutaj jest ciekawiej i zwłaszcza zielonogórskie lotnisko daje perspektywy dużego rozwoju. Można holować szybowce, latać nimi, można latać balonem, prowadzić szkolenia, można zrzucać skoczków spadochronowych, gasić pożary czy latać na opryski. Dla mnie to możliwość namacalnego dotknięcia lotnictwa - stwierdza.
Źródło: TOK FM