,
Obserwuj
Polska

Do godz. 15 jest "wytrzeźwiane", a potem zaczyna się bicie. "Wiem, kiedy trzeba zabrać rodzicom dzieciaka"

11 min. czytania
22.06.2023 12:00

Nie łykam głodnych kawałków, że dziecko ma złamaną rękę, bo się przewróciło. A miesiąc wcześniej złamało nóżkę, gdy spadło ze zjeżdżalni. Albo jeszcze niechcący wylało na siebie wrzątek. Wiem, kiedy trzeba interwencyjnie zabrać dzieciaka rodzicom - mówi w tokfm.pl Andrzej Falkiewicz.

fot. Arch. prywatne Andrzeja Falkiewicza

Mówi, że niektóre dzieci płaczą, gdy odbiera je rodzicom. Jednak wiele z nich jest już zobojętniałych. Dają chwycić się za rękę i spokojnie idą do samochodu. Czasem tylko zapytają: "Ale mama mnie jutro odbierze, tak?".

- Pierwsze pytanie wypitych rodziców brzmi inaczej: "A kto nas podpierd..ł?". To jest dla nich najważniejsze. Potem słyszę: "Ale dlaczego mi odbierasz dziecko? Przecież, k..wa, dostało dzisiaj zupę!". Dopiero w trzeciej kolejności mówią: "Kiedy będziemy mogli je odwiedzić?". Potem jednak się okazuje, że nie mają dla nich czasu. Bo nawet jak odwiedzą dzieciaka raz czy dwa, to później przestają się nim interesować – opowiada Andrzej Falkiewicz, który od prawie 30 lat jest pracownikiem MOPR w Bytomiu.

Przeważnie stara się wozić w samochodzie soki i herbatniki. Kiedyś jednak o nich zapomniał. Była już noc, sklepy zamknięte, a dzieciaki trawił głód. Skręcił więc do McDonalda i tam je szybko nakarmił. - Wziąłem je z takiego koczowiska, bo trudno to nazwać domem. Nie było tam prądu, śmierdziało odchodami, zgnilizną i grzybem. Policjanci, którzy ze mną byli, przyświecili latarkami. Zobaczyłem pijaną kobietę z mężem i jego matkę z konkubentem. Potem z ciemności wyłoniła się trójka brudnych dzieciaków. Dziewczynka skakała na jednej nodze, bo przebiła ją na zasyfionym gwoździu, jakich wiele tam sterczało ze zdezelowanych sprzętów. Wprawdzie rana została zakryta opatrunkiem, ale ten musiał mieć już parę ładnych dni, bo był czarny jak węgiel – wspomina.

Dziewczynka pojechała do szpitala, gdzie założono jej kilkanaście szwów. Lekarka stwierdziła, że rana była już zakażona i jeszcze chwila, a dla dziecka mogłoby to skończyć się to źle. Reszta maluchów trafiła do pogotowia opiekuńczego. - Tam zrobiły wielkie oczy na widok czystej pościeli i wody lecącej z kranu. Bo na tej melinie jej nie było. Dorośli chodzili po nią na pobliski cmentarz – tłumaczy.

Innym razem przyjechał po niemowlę, którego ciągły płacz zaniepokoił sąsiadów. Było pod opieką babci. - Na rączkach miało siniaki, jakby ktoś je chwytał i nim potrząsał, żeby się uspokoiło. Przewiozłem je do pogotowia opiekuńczego. Koło północy zgłosił się ojciec i był zdziwiony sytuacją. Mówił, że był w robocie, a tu nagle dziecko zniknęło. Tłumaczymy: "Panie, po pierwsze ślady na rączkach, a po drugie pielucha to aż rozlazła się od moczu i kału". A on: "Co wy ode mnie, k..wa, chcecie? Przecież rano zmieniałem pampersa!". To fantastycznie, dziecko było w niej kilkanaście godzin. Nie umiał tego zrozumieć – wzdycha.

Była jeszcze kilkulatka, która wydostała się z domu przez okno i poszła do sklepu, by zapytać, czy ktoś nie widział jej taty. Nie widział, bo ojciec zapił i zapomniał o córce. Inne dziecko cały dzień wołało przez okno, że jest głodne. Matka zostawiła je bez jedzenia i poszła do konkubenta.

Maluchy, które odbiera, często mówią mu "wujku". Tak było z rodzeństwem w wieku od roku do trzech lat, po które przyjechał do ich babki. Już w drzwiach starsza pani wyjaśniła, o co chodzi: "Córka poszła na melinę i zostawiła mi te dzieci. Od tygodnia jej nie ma, a przecież ja, ku..wa, też muszę się napić. Weź je, pan. Ja ich nie chcę". - Roczne dziecko trafiło do szpitala z zapaleniem płuc, a dwoje starszych zawiozłem do pogotowia opiekuńczego. W drodze dziewczynka dotknęła mnie w plecy i zapytała... Jak to wspominam, dalej mam gęsią skórkę – przyznaje mój rozmówca.

Zapytała go wtedy: "Wujku, czy tam, gdzie nas zawieziesz, będzie w końcu coś do jedzenia i do picia?". Miała wtedy trzy lata. Było to więc jedno z jej pierwszych zdań.

"Nie łykam głodnych kawałków, że dziecko wylało na siebie wrzątek"

W takich sytuacjach Andrzej Falkiewicz nie ma wątpliwości – maluchy trzeba odebrać rodzicom. Ale podobnie jak jego koledzy z pomocy społecznej i policji, używa na to sformułowania "zabezpieczyć dziecko". Słowo "odebrać" źle się kojarzy - z przemocą państwa i rozbijaniem rodziny.

Media raz po raz donoszą o pochopnym odbieraniu dzieci. Często z powodu złych warunków materialnych, czyli po prostu biedy. Te historie oburzają ludzi, a media rządowe wykorzystują to do walki z sądami, które decydują o "zabezpieczaniu" maluchów. Niektóre z tych orzeczeń faktycznie budzą poważne wątpliwości. Sami w tokfm.pl nagłośniliśmy historię Julii, która miała tylko trzy dni, gdy sąd odebrał ją karmiącej piersią mamie. Decyzję podjął na podstawie jednego faksu.

Są jednak dzieci, które zbyt długo pozostają w przemocowych rodzinach. Wiele z nich przypłaca to życiem. Tak było z 8-letnim Kamilem z Częstochowy, który przez ojczyma był bity, polewany wrzątkiem, rzucany na rozgrzany piec i przypalany papierosami. Służby państwa nie odebrały go opiekunom, mimo że miały informacje o zagrożeniu jego życia i zdrowia, co w TVN24 potwierdziła dyrektorka Ośrodka Pomocy Społecznej w Olkuszu. A takie historie nie przestają się mnożyć. Nie ma tygodnia bez informacji o kolejnym skatowanym dziecku.

- Pana koledzy nie odbierają rodzicom Kamilów, bo boją się trafić na nagłówki? - pytam Andrzeja Falkiewicza.

- Wiadomo, że jak coś wysypie się w rodzinie, której pomagamy, to zostaniemy zmieszani z błotem w mediach. Ale to wszystkiego nie tłumaczy. Nie rozumiem, dlaczego w takich sytuacjach interwencyjnie nie zabezpiecza się dziecka - przyznaje.

- Nie odbiera? Po co ukrywać to w języku? - zastanawiam się na głos.

- Dobrze, nie odbiera… Praca w pomocy społecznej to duża odpowiedzialność za małe pieniądze, w granicach pensji minimalnej. Ranga tego zawodu jest żadna. Łatwo więc się wypalić i zmniejszyć swoją wrażliwość. Ale ja przez te prawie 30 lat roboty też już kilka razy się wypalałem. Tylko że moja wrażliwość na krzywdę dziecka się zwiększyła. Nie łykam głodnych kawałków, że dziecko ma złamaną rękę, bo się przewróciło. A miesiąc wcześniej złamało nóżkę, gdy spadło ze zjeżdżalni. Albo jeszcze niechcący i wylało na siebie wrzątek. Wiem, kiedy trzeba zabrać interwencyjnie dzieciaka. Jeśli tego nie zrobię, to będę bał się, że zostanie zmaltretowany w "domu". Mówię w cudzysłowie, bo w takich przypadkach żaden to dom - podkreśla.

- Czyli też żadne rozbijanie rodziny – wtrącam.

- Jeżeli widzę naprutych rodziców, syf w domu, dziecko w kale i jeszcze pobite, to jaka to jest rodzina? Nie ma o czym mówić. Trzeba po prostu chwycić dzieciaka za rączkę i zaprowadzić do auta. Wezwać medyków albo zawieźć do szpitala, żeby go przebadano. Potem pojechać z nim do pogotowia opiekuńczego albo do placówki opiekuńczo-wychowawczej. W ciągu 24 godzin powiadomić o tym sąd. On później zdecyduje, czy dziecko skierować np. do pieczy zastępczej. Ale ono jest już bezpieczne! A nie jakieś pitolenie, że widzę krzywdę dziecka, ale nie podejmuję decyzji. Umywam ręce, zostawiając malucha w domu i ograniczając się do wysłania pisma sądowi. Niech on zdecyduje. Wkurza mnie to! W całej Polsce kuleje to interwencyjne odbieranie dzieci – ocenia mój rozmówca.

"A co jeśli skrzywdzę rodzica fałszywym oskarżeniem?"

Najbardziej poruszyła go historia 4-letniego Kacpra z Bytomia, który w Boże Narodzenie 2013 roku został skatowany przez ojczyma. Ten rzucał nim o ścianę i bił do nieprzytomności. Dziecko zostało przewiezione do szpitala, gdzie przez kilka miesięcy walczyło o życie. Andrzej Falkiewicz organizował dla niego zbiórkę najpotrzebniejszych rzeczy. - Odwiedziłem go w szpitalu. Pamiętam, leżał pod oknem na wielkiej sali. Co chwilę wrzeszczał. Lekarz mi powiedział, że nie z bólu, tylko to tzw. krzyki mózgowe po uszkodzeniu układu nerwowego. Nie było z nim kontaktu. Tępo patrzył przed siebie. Okazało się, że przez to bicie praktycznie całkowicie stracił wzrok. Miał już nigdy nie chodzić. Przemoc zamknęła go w wewnętrznym świecie – wspomina.

Widok dziecka go załamał. Poruszył też wielu ludzi, którzy pospieszyli Kacprowi z pomocą. Przesyłali pampersy, środki higieniczne i pieniądze. - Odzew na nasz apel był tak duży, że już po trzech dniach musieliśmy wyciszać zbiórkę, bo nie mieliśmy gdzie składować darów. Pieniądze przydały się później na rehabilitację chłopca. Przeszedł ją, ale już nie wrócił do sprawności – mówi.

Jak dodaje, jego instytucja – MOPR w Bytomiu – nie wiedziała o "rodzinie" Kacpra, bo ta chwilę wcześniej sprowadziła się z innego miasta. Ale - podobnie jak Kamil z Częstochowy – Kacper był bity przez dłuższy czas i ani pomoc społeczna, ani sąd nie wyciągnęli go z domu, w którym przeżywał koszmar.

- Jolanta Zmarzlik z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę szkoli kuratorów i pracowników socjalnych. Często od nich słyszy: "Gdybyśmy chcieli za każdym razem reagować, to musielibyśmy pozabierać z domów wszystkie dzieci". I: "A co jeśli skrzywdzę rodzica fałszywym oskarżeniem?" - cytuję.

- Słychać w tym troskę o dorosłego, nie o dziecko. Im dłużej pracuję w tym zawodzie, tym bardziej mnie to boli. Niejednokrotnie wyrwało mi się przy rodzicach, którzy leją maluchy, że mało mnie obchodzą. Jestem wyłącznie dla ich dzieci! Wolę na wszelki wypadek je odebrać, nawet jeśli okaże się to moim błędem. Bo w tym całym zamieszaniu ono jest jedynym człowiekiem, który sam się nie obroni. Ma mnie! Nie może być tak, że opuszczam mieszkanie, a po 15 minutach maluch będzie martwy. Natomiast jeśli się pomylę, to dziecko przecież wróci do rodziców – podkreśla Andrzej Falkiewicz.

- To dlaczego pana koledzy podejmują takie ryzyko: zostawiają w mieszkaniu maltretowane dziecko i idą wypełniać papierki? - dociekam.

- Nie wiem, ale tu jest drugi problem. Wielu z nich może w ogóle nie widzieć maltretowanego dziecka, bo są już po robocie... – stwierdza mój rozmówca.

"Przed godz. 15 jest posprzątane, wytrzeźwiane, a siniaki są ‘zniknięte’"

W wielu miejscach Polski pomoc społeczna działa tylko do godz. 15. Co więcej, gdy pracownik socjalny chce zrobić wywiad środowiskowy, musi umówić się z daną rodziną na spotkanie. Gdy więc na nie przychodzi, rodzice mogą go przywitać trzeźwi w wysprzątanym mieszkaniu. Dziecko często jest wtedy jeszcze w szkole. Jeśli ma siniaki na ciele i jest zmaltretowane psychicznie, to podczas takiej wizyty pracownik socjalny nie ma szans tego zauważyć.

- Czyli przed godz. 15 jest posprzątane, wytrzeźwiane, poperfumowane, a siniaki są "zniknięte". A co się dzieje potem? - pytam Andrzeja Falkiewicza.

- Często okazuje się, że to są dwie różne rodziny. Bywa, że po godz. 15 na stół wjeżdżają flaszki wódki, dzieciak wraca ze szkoły i zaczyna się bicie. Widzimy to w Bytomiu, bo u nas od godz. 17 do 1 w nocy działa Przyjazny Patrol. Policjant ubrany po cywilnemu wsiada z pracownikiem socjalnym do nieoznakowanego auta i odwiedzają rodziny, w których może dochodzić do przemocy lub zaniedbań względem dzieci. Jest jeszcze moje stanowisko, czyli interwenta. Mój numer jest publicznie dostępny i jeśli ktoś mi zgłasza, że dzieje się coś niepokojącego, to jadę na miejsce. Ale to tak działa u nas i jeszcze w kilku miastach Polski. Gdzie indziej po godz. 15 jest fajrant i już. Oczywiście, pracownik może zajrzeć do szkoły albo przyjść do domu, gdy dziecko ma mniej lekcji. Ale to już zależy od niego, a wiemy, że jest różnie – mówi.

Zgłoszenia dostaje np. od pracowników socjalnych, którzy odwiedzili rodzinę w godzinach pracy. Niby wszystko było w porządku, ale coś wzbudziło ich podejrzenia. Falkiewicz słyszy wtedy w słuchawce: "Odwiedź wieczorem ten dom, bo są w nim dzieci, a wydaje mi się, że tam może lać się alkohol". Dzwonią też ratownicy medyczni, kuratorzy, a także sąsiedzi:

- Czy to ten numer od bicia dzieci? Bo za ścianą chłopak ryczy, chyba go leją. Jak co wieczór, zawsze tam coś się dzieje – mówi głos w telefonie.

- Zgłosił pan to na policję? - pyta Falkiewicz.

- Panie, ku...a, ja nie jestem konfidentem!

W mieście ten numer uchodzi za "bezpieczny". Nie trzeba się przedstawiać, wystarczy podać adres domu, w którym dzieje się coś niepokojącego. Falkiewicz i jego koledzy sprawdzają wszystkie zgłoszenia. Oczywiście, bywa, że jadą na próżno. - Zdarza się, że ktoś chce zrobić na złość sąsiadowi. Zgłasza, że dziecko jest maltretowane, a w domu tylko syf i pijaństwo. Podjeżdżam, a tam eleganckie mieszkanie i zadbane dziecko – tłumaczy mój rozmówca.

Jak dodaje, prawdziwych interwencji w Bytomiu jest ok. 15 miesięcznie. Ale przecież nie wszystkie przypadki przemocy i zaniedbań wobec dzieci są zgłaszane. - Gdy na ulicy ktoś się przewróci, to 15 osób go minie, a jedna się zatrzyma i zapyta, czy nie trzeba pomóc. Jest dużo obojętności. W mojej pracy zdarzało się, że w jakimś domu doszło do nieszczęścia, a sąsiedzi mówili: "No tak, oni tam ciągle pili i cały czas działo się coś złego". Komu to zgłosili? "Ale my nie jesteśmy od tego. To nie jest nasza sprawa" - przytacza.

Jeszcze gorzej jest ze zgłoszeniami dotyczącymi przemocy w tzw. dobrych domach. Gdy płacz dziecka dobiega z mieszkania prawnika, lekarza czy oficera policji, to sąsiedzi uznają, że np. maluch ząbkuje. Nie spodziewają się, że "wykształcony i sytuowany" ojciec może znęcać się nad synkiem. - Łatwiej jest ukryć przemoc w takiej rodzinie. Ale jeśli szkoła nam zgłosi, że z dzieckiem prawnika coś jest nie halo, bo ma dziwne siniaki, to sprawdzamy. I okazuje się, że faktycznie pan mecenas maltretuje synka – opowiada pracownik MOPR w Bytomiu.

"Wszyscy już byli nawaleni, a dziewczynka bawiła się przy piecyku"

Rzecz jasna, odbieranie dzieci to ostateczność. Jak mówi Andrzej Falkiewicz, gdy 12 lat temu powstawał Przyjazny Patrol, założenie było takie: jeśli rodzice są pijani i mają pod opieką dziecko, to z automatu przewozi się je do pogotowia opiekuńczego. Bo taka "opieka" to forma przemocy. - Ale już na pierwszym patrolu tylko w jednej dzielnicy Bytomia odwiedziłem 12 domów. W każdym rodzice byli napruci. Więc wszystkie dzieci trzeba byłoby przewozić do pogotowia. Teraz podchodzimy do tego trochę inaczej, chociaż dalej bardzo uważnie – podkreśla.

Niedawno miał sprawdzić jedną z rodzin. Przyjechał więc z policjantem i zobaczył, że domownicy są trzeźwi, ale na stole leży już kilka butelek wódki, a na podłodze bawi się 3-letnia dziewczynka. - Potwierdzili, że szykuje się imprezka. Mówię: "Nikt wam nie zabroni pić, ale dziecko musi być pod opieką trzeźwej osoby. Może zaprowadźcie je do babci na noc?". Obiecali, że tak zrobią. Nie odpuściliśmy i wróciliśmy po 3 godzinach. Wszyscy byli już nawaleni, a dziewczynka bawiła się przy piecyku elektrycznym. Wystarczył zły ruch i byłaby poparzona. Nie było o czym gadać i przewieźliśmy dziecko do jego babci. Bo tak teraz robimy w podobnych razach. W pogotowiu zabezpieczamy maluchy tylko w ekstremalnych sytuacjach, czyli gdy np. było bicie lub recydywa z piciem. Reszta jedzie do babć, cioć, wujków – tłumaczy.

- A jeśli u tych państwa od piecyka imprezka się przeciągnie na tydzień albo na lata? - dopytuję.

- Jeśli ich nie znamy, to wnioskujemy o przydzielenie im asystenta rodziny, żeby ją na bieżąco dozorował. On zbada, czy to problem głębszy i długotrwały, czy też wystarczyła nasza pojedyncza interwencja, by się ogarnęli. Jeśli to pierwsze, to MOPR albo kurator prowadzi z nimi intensywną pracę i czuwa nad bezpieczeństwem dzieci. Ważny jest zdrowy rozsądek. Nie odbieramy maluchów z byle powodu. Zdarza się przecież, że są imieniny, wpadają znajomi, każdy wypije drinka. Nikt nie jest pijany w sztok. Trudno w takich sytuacjach oczekiwać, że przyjeżdża Przyjazny Patrol i kasuje dzieciaka do placówki – stwierdza.

Jak dodaje, nigdy nie odbiera również dzieci z powodu biedy, choć czasem to sugerują zgłaszający. - Dzwoni np. pani profesor i mówi, że kilkulatek żyje w fatalnych warunkach i to kwalifikuje się do jego odebrania. Przyjeżdżam, a tam owszem, bardzo biednie, ale czysto i z miłością do dziecka. No to trzeba pomóc, a nie odbierać malucha – mówi Falkiewicz.

"Najbardziej to marzy mi się prąd, żeby bajeczki w telewizorze oglądać"

Tak było z kobietą, której mąż zmarł i odtąd sama wychowywała 6-letniego synka. Nie radziła sobie z rachunkami, więc odcięli jej prąd. Gdy Falkiewicz do niej przyjechał, otworzyła mu ze świeczką w ręku. - Wszedłem do pokoju, a przy stoliku siedział malutki chłopczyk i rysował kredkami pociągi. Zapytałem, czy je lubi, a on potwierdził. Mówił, że jego tatuś jest pochowany nad morzem i chciałby go odwiedzić, ale mamusia nie ma pieniędzy na pociąg. To sobie go rysował. Dopytałem jeszcze: "Krzysio, a na święta coś byś chciał dostać od Mikołaja?". A chłopak mnie zastrzelił: "Najbardziej to marzy mi się prąd, żeby bajeczki w telewizorze móc oglądać". To mnie rozwaliło. Moja córka chciała w tym czasie nowego laptopa, a największym marzeniem tego 6-letniego szkraba był prąd – opowiada.

Falkiewicz zrobił wśród znajomych zrzutkę i zebrał dość pieniędzy, żeby spłacić całe zadłużenie kobiety za prąd. Wkrótce przyszli faceci z elektrowni i go podłączyli. Chłopak dostał jeszcze na święta zabawkowe pociągi.

- Dzięki takim akcjom czuję, że nasza – pracowników pomocy społecznej - robota ma sens. Ale również dzięki zabezpieczaniu dzieci. Ileś z nich udało mi się uratować. Żyją i mają się dobrze. Nie oczekujmy cudów, że unikniemy wszystkich sytuacji katowania i zaniedbywania maluchów. Natomiast jeżeli jakiś promil fajnych dzieciaczków wyciągniemy z kaźni, to uważam, że świat już zmienia się na lepsze – podsumowuje mój rozmówca.

Źródło: TOK FM