Pojechałem na weekend do Lądka-Zdroju. Ludzie snują się po mieście jak duchy
Każdy z nas choć raz w swoim życiu widział brzydkie miasto. I to nic nie znaczy. Kiedy wjeżdżałem do Lądka-Zdroju, nie spodziewałem się niczego dobrego, ale to, co zobaczyłem, kompletnie mnie rozwaliło. Poczułem się jak w strefie wojennej. Zresztą kiedy wysłałem zdjęcia znajomym, byli pewni, że jestem w Ukrainie. Lądek prawie dwa miesiące po powodzi wygląda jak opuszczone miasteczko z Dzikiego Zachodu, ale zamiast złota możesz jedynie znaleźć tony błota.
Pytasz, dlaczego wybrałem się na długi weekend do miasta, które jeszcze nie tak dawno znajdowało się pod wodą? Cóż, mam tu przyjaciół, wcześniej nie mogłem ich odwiedzić i im pomóc. Teraz mam szansę. I chcę im pomóc. Zresztą nie tylko im.
Tak wyglądają Głuchołazy po powodzi. 'Nie została ani jedna kostka brukowa' [zdjęcia]
Lądek-Zdrój dwa miesiące po powodzi. "Ludzie pozostawieni sami sobie snują się jak duchy"
Największe wrażenie robią na mnie ludzkie historie. Od kataklizmu nie minęły jeszcze dwa miesiące, ale zainteresowanie powodzianami opadło jak wielka woda, która pozostawiła pustkę i zniszczenie. Mieszkańcy Lądka czują, że świat o nich zapomniał, że politycy nie interesują się ich dalszym losem, bo to już nie jest gorący medialnie temat. Czują się pozostawieni sami sobie. Jasne, wciąż są tu wolontariusze, jednak mieszkańcy mają wrażenie, że władze lokalne nie radzą sobie z problemem, że poruszają się jak słoń w składzie porcelany i kompletnie nie wiedzą, co robić. Słyszą od burmistrza, że mają dostać jakieś pieniądze, ale nie wiadomo, kiedy ani ile. Część powodzian dostała jakieś wsparcie, część nie. Nie wiedzą, od czego to zależy.
Ludzie snują się tylko smętnie po mieście jak duchy. Czuć tu zapach rezygnacji i beznadziei. Słyszałem od znajomych o rodzinach, które nie mają się gdzie podziać, bo powódź totalnie zniszczyła ich domy. Część osób mieszka więc w przyczepach kempingowych na działkach, część kątem u znajomych, ale są też tacy, którzy cichaczem wracają do swoich zniszczonych domów. Mieszkają bez prądu, wody, ogrzewania. Niepewni, czy ich budynek się nie zawali, kiedy będą spać. A lokalne władze przymykają na to oko, bo łatwiej jest udawać, że problemu nie ma, niż się z nim zmierzyć.
Jest też oczywiście druga strona Lądka, ta zdrojowa. Kompleksy lecznicze położone są wyżej, dlatego nie ucierpiały podczas powodzi. Nadal są w nich kuracjusze. Kiedy tam pojechałem, czułem się jak w innym świecie. Kuracjuszy na szczęście nie brakuje. Lądek jest więc jak miasto dwóch prędkości. Jakby porównać Central Park do Bronksu. W części zdrojowej zostały dwie kawiarnie i tyle. Czuć jednak, że w całym mieście jest mniej osób. Do centrum niewielu śmiałków się zapuszcza, bo wszystko tam zostało zniszczone, a teraz jest zabite dechami lub opuszczone. Nie ma lokalnych sklepów, restauracji, kawiarni. Wszystko do wysokości pierwszego piętra tonęło.
To, co najbardziej rzuciło mi się w oczy, to totalny brak drzew w mieście. Zanim wyrosną nowe, potrzeba kilkunastu lat. To strasznie dołujące, bo został tylko postapokaliptyczny krajobraz.
Tak wygląda Lądek-Zdrój po powodzi. Błoto, 'złamane' domy i zerwane mosty [ZDJĘCIA]
Mieszkańcy apelują: To jest ten moment, kiedy potrzebujemy pomocy. Turyści pilnie poszukiwani
Ludzie nie wierzą już, że coś w ich mieście szybko się zmieni. Mają świadomość, że na odbudowę potrzeba lat. Ci, z którymi rozmawiałem, apelują o pomoc. Bo to jest właśnie ten moment, kiedy potrzebują jej najbardziej. Apelują do turystów, bo ci zaczęli ponownie przyjeżdżać.
Pensjonat, w którym się zatrzymałem, zawsze był wypełniony po brzegi, teraz świeci pustkami. Oprócz mieszkających w nim wolontariuszy turystów jest jak na lekarstwo. Właścicielka powiedziała mi, że miała szczęście w nieszczęściu, bo powódź zalała jej "tylko" piwnicę i nowy system ogrzewania gazowego, na który wzięła duży kredyt. I tak ma sporo szczęścia, bo ekipa serwisująca ten sprzęt obiecała naprawić go za darmo. Ale kiedy przyjadą, nie wiadomo. Wróciła więc do ogrzewania węglowego, bo innego wyboru nie miała. Przez pierwsze dni, gdy nie było prądu, korzystała ze świec. Potem zaczęła używać zniczy, by mieć światło. Na szczęście sanepid dopuścił już do użytku wodę, bo wcześniej nie było takiej opcji. Była tak skażona, że po jej dotknięciu trzeba było dezynfekować nawet ręce. Niewyobrażalne, prawda?
Mieszkańcy i okoliczni przedsiębiorcy wciąż apelują do turystów, bo to dla nich jedyna szansa na powrót do normalności, na zarobek. Boją się, że zanim uda się im przekonać ludzi do powrotu, minie kilkanaście lat. A przecież - oprócz zalanych miast i miasteczek - naprawdę jest tu co robić. Otwarte są pensjonaty w Kotlinie Kłodzkiej, jaskinie, można wybrać się na spacer po lesie, zjeść w lokalnej restauracji, zatrzymać w jednym z wielu pensjonatów, które nie ucierpiały podczas powodzi. Ci ludzie naprawdę tego potrzebują.
Myślę, że można wylansować nową modę na zwiedzanie tych terenów. Troszkę jak wycieczki do Czarnobyla. Jedziesz do Kotliny Kłodzkiej, dajesz zarobek, a przy okazji możesz "strzelić sobie fotkę" na tle zniszczonego mostu. Wiem, to brzmi strasznie, ale taka jest rzeczywistość i jedna z opcji, by realnie pomóc powodzianom.
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>