,
Obserwuj
Polska

Inflacja zrobiła z nich "cebule". O "polskim cudzie" Glapińskiego, czyli życiu "po taniości"

8 min. czytania
11.04.2023 06:28

Adam Glapiński ośmiela do mówienia o "polskim cudzie gospodarczym". Młodzi opowiadają w tokfm.pl, jak się w nim moszczą. - Gdy widzę w gazetce z marketu osełkę na promce, to wsiadam do autobusu i jadę po nią. Moja mama twierdzi, że to trochę jak za PRL-u, kiedy rzucali schab na drugi koniec miasta - mówi 28-letnia Agnieszka Rogucka.

|
|
fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Nazywają siebie "cebulami", klepią "biedawkę" i kombinują, jak żyć "po taniości". Szukają biedajedzenia i biedasposobów na przeżycie, a w końcu też biedapsychiatrów, gdy dopadają ich kryzysy psychiczne. W mediach społecznościowych mieszają się z tymi, dla których bieda to świadome ograniczanie konsumpcji, np. w obliczu katastrofy klimatycznej. Dlatego o biedzie mówi się w socialach bez wstydu, a często pieszczotliwie i żartobliwie.

Postanowiłem porozmawiać z tymi pierwszymi, którzy rzeczywiście popadli w niedostatek. Często są młodzi, wykształceni i pracują na etatach. Nie stali się ofiarami oszustw ani nie popadli w choroby, które nagle wydrenowałyby ich kieszenie. - Po prostu dopadł nas "polski cud" - uśmiecha się Agnieszka Rogucka, 28-letnia księgarka z Krakowa.

Nawiązuje do słynnego poczucia humoru prezesa Narodowego Banku Polskiego i je podchwytuje. - Mamy polski cud gospodarczy, ośmielam państwa do używania tego określenia - mówił w styczniu na konferencji prasowej Adam Glapiński. Cieszył się, że "nowy rok dobrze się zaczyna", bo inflacja spadła do poziomu 16,6 proc. Dodał, że "sytuacja jest lepsza, niż się wszyscy spodziewali". Jednak miesiąc później inflacja skoczyła do rekordowego od ponad 20 lat poziomu 18,4 proc. (według szacunków GUS w marcu wyniosła 16,2 proc.). Komentując to, Glapiński pocieszał, że jeszcze w tej dekadzie Polska wskoczy na ten stopień zamożności, na którym jest Francja. Póki co radził Polakom, jak przetrwać. - Zachęcam do kupowania kiszonej kapusty i innych kiszonek, bo mają najwięcej witaminy C. Nie trzeba kupować papryki, która jest droga, bo wysokie ceny są na rynkach na całym świecie - stwierdził.

Według badań CBOS z lutego inflacja doskwiera zdecydowanej większości Polaków. Blisko połowa badanych odczuwa skutki drożyzny w dużym stopniu (49 proc.), a ponad jedna trzecia (35 proc.) - w bardzo dużym. Tylko 1 proc. Polaków nie odczuwa jej w ogóle.

Ośmielona przez prezesa NBP Agnieszka opowiada, jak mości się w "polskim cudzie". Każdy dzień zaczyna od przeglądania wirtualnych gazetek z "promkami". W poniedziałek czyta te z Biedronki i Lidla, we wtorek z Carrefoura, a w czwartek z Kauflandu itd. Gdy widzi osełkę za 5,79 zł zamiast 8,99 albo serek za lekko ponad 2 zł, to wsiada do autobusu i gna po zakupy. Jej mama mówi, że to trochę jak za PRL-u, kiedy rzucali schab na drugi koniec miasta. - Niby wtedy polowało się na niego, gdy w ogóle pojawił się w sklepach, a teraz gdy jest tańszy. Ale wychodzi na to samo, kiedy w kieszeni zostaje np. 20 zeta do końca miesiąca - tłumaczy.

Jak dodaje, moszczenie się w "polskim cudzie" jest czasochłonne. Wcześniej robiła jedne większe zakupy raz w tygodniu. Teraz przeszła w tryb czuwania i stale jest w gotowości, by rzucić się "na promkę". - Dziś ziemniaki, jutro pieczywo, pojutrze herbata. Czasem każda rzecz w innym sklepie. Niby mam już wprawę i idzie mi to szybciej niż na początku. Ale i tak odkąd jestem "cebulą", czasu dla chłopaka i znajomych mam już mniej - opowiada Agnieszka.

Biedasposoby na przetrwanie

Zaczęło się w wakacje. Mimo że Agnieszka nie pojechała na urlop, to po raz pierwszy skończyła miesiąc na minusie. - Na razie w księgarni zarabiam minimalną krajową. Wcześniej starczało mi na wynajmowane z chłopakiem mieszkanie, rachunki i życie. Co prawda, na styk, ale bez "cebulowania". W lipcu pożyczyłam od chłopaka, a w sierpniu odpaliliśmy już debety na kontach. Trochę nas to przeraziło, więc zaczęliśmy mocno oszczędzać. Później jeszcze opłaty za mieszkanie, prąd i gaz skoczyły nam o ok. 200 zł, więc szukaliśmy w necie sposobów na "nowe życie" - wspomina.

W mediach społecznościowych jest wiele grup, w których Polacy dzielą się biedasposobami na przetrwanie. A więc jak "po taniości" zjeść i jak "poradzić sobie z niepohamowanym apetytem". Jak ubrać się "na cebulę", czyli nie za drogo. Jak wyleczyć się "bez wydawania milionów monet, a jednocześnie nie umierając w kolejkach na NFZ". Jak i gdzie dostać darmowe podpaski i tampony, gdy kogoś dotyka ubóstwo menstruacyjne. I co zrobić, gdy do końca miesiąca zostało 10 zł.

Przykładowy "biedawkowy" przepis na przetrwanie kilku ostatnich dni do wypłaty podaje Mateusz. Radzi, by kupić żołądki z kurcząt (kosztują ok. 5 zł, ale "można wyhaczyć taniej"), kaszę za 3,5 zł, zrobić "sosidło" z torebki za 1 zł i dodać czosnek granulowany, bo jest tańszy niż świeże ząbki. Jak zapewnia autor przepisu, wyjdzie z tego gar pożywnego jedzenia. W komentarzach jednak ludzie zauważają, że gotowanie żołądków przez 2 godziny nie jest dostatecznie "biedawkowe" w czasach rosnących kosztów energii. Zaczyna się przeliczanie kilowatogodzin na złotówki i szukanie tańszego rozwiązania...

- Bo nie ma co kryć, że to dziadowanie. Ja też to robię. Co mi z tego, że mam wyższe wykształcenie i pracę w wydawnictwie książkowym, gdzie zarabiam ok. 4,5 tys. zł brutto? Skoro po opłaceniu mieszkania i rachunków zostaje mi z pensji ok. 1,2 tys. zł. A mam na utrzymaniu 12-letnią córkę i 8-letniego syna. One dorastają, a ja dziecinnieję - mówi 33-letnia Ewa Barańska.

Dziecinnieniem nazywa zabawę "shakeomatem" w aplikacji Biedronki. Codziennie potrząsa telefonem, a wtedy biedronka skacze po ekranie i odsłania promocyjny kupon. Ostatnio Ewa wytrząsnęła tańszy makaron i ryż. Niekiedy wymienia się rabatami z innymi "cebulami" w internecie, dzięki czemu zamiast ryżu ma np. kaszę. Wielu ludzi robi to, bo są oszczędni z natury i polowanie na "promki" jest dla nich frajdą. Dla Ewy jednak to sposób na przetrwanie.

- Te 500 plus na dzieci już dawno mi zjadły podwyżki i straciłam stabilność finansową. Teraz muszę brać życie sposobem. Trochę przypomina mi to opowieści o kartkach z PRL-u, na które trzeba było mieć przydział. Na kupony z Biedry też ma się przydział. Ostatnio zwiększyli go do dwóch dziennie - mówi moja rozmówczyni.

"Straciłem dorosłość i znów zamieszkałem w domu rodzinnym"

Bycie "cebulą" czasem wiąże się także z powrotem do rodziców albo z przeprowadzką do rodzeństwa. Bo rachunki za mieszkania zrobiły się dla niektórych zbyt wysokie. Tak było z Marcinem i Pauliną. On jest nauczycielem muzyki, a ona fotografką. Oboje zarabiają tyle, co przed rokiem, ale nagle przestało im starczać do pierwszego.

- W szkole mam połówkę etatu, a drugiej od lat nie mogę znaleźć w moim powiecie. Dlatego dorabiam, dając prywatne lekcje. Do tej pory sobie radziłem. Ale teraz wzrost cen i rachunków jest szybszy od mojej zdolności znajdowania kolejnych uczniów. Musiałem wrócić na tarczy do rodziców. Dla faceta to porażka. Nie wstydzę się biedy, czyli tego, że mnie na coś nie stać w sklepie. Wstydzę się, że w jakimś sensie straciłem swoją dorosłość i znów zamieszkałem w domu rodzinnym. Złapałem się ostatnio na tym, że unikam spotkań ze znajomymi. Boję się pytań, gdzie mieszkam - wyznaje 37-letni Marcin.

Z kolei Paulina musiała przeprowadzić się do siostry, jej męża i dziecka. Żyją w czwórkę, ściśnięci w dwupokojowym mieszkaniu. Od tej pory "biedawka" to ciągłe napięcia i niekończąca się frustracja. - Ja i siostra myślałyśmy, że tak będzie łatwiej, bo koszty życia miały się rozkładać na nas wszystkich. Zamiast tego są krzyki na siebie. I słowa, których żałujemy. Ona mnie ciśnie, że jestem życiowym przegrywem i nigdy nie znajdę sobie faceta. A ja jej, żeby spojrzała na siebie, bo… A zresztą nie będę tego przytaczać, bo mi wstyd. Jak mnie pytasz, czym jest "biedawka", to powiem, że to płacz po nocach - opowiada.

Ataki paniki

"Cebule" nie poddają się łatwo. Jeśli potrzebują "ogarnąć parę złotych na cito", ogłaszają w grupach, że mogą napisać CV, zrobić grafikę, wykonać korektę tekstu itd. Gdy inni są gotowi za to płacić, widmo niedotrwania do pierwszego się oddala. Czasem jednak nie ma zapotrzebowania. Wtedy dziura w domowym budżecie jest pokrywana z debetu albo pożyczek.

W 2022 roku zadłużenie Polaków wzrosło o 6,4 mld zł - wynika z raportu InfoDług. Zwiększyła się też liczba osób, które wątpią, że uda im się spłacić dług, jeśli w grę wchodzi suma 10 tys. zł i więcej. Wskazuje na to już co trzecia osoba (30 proc.). Po ubiegłym roku 2,68 mln Polaków ma niemal 79 mld zł przeterminowanych zobowiązań. Jako główne powody kłopotów finansowych badani wymieniają na pierwszym miejscu inflację (36 proc.), na drugim - niskie zarobki (22 proc.), a na trzecim - jako efekt podwyżek stóp procentowych - wysokie koszty spłacanych kredytów (8 proc.).

Wśród zadłużonych jest także Ewa, matka samotnie wychowująca dziecko. Mimo że dwa razy dziennie potrząsa "shakeomatem" Biedronki, zaciągnęła już 6 tys. zł pożyczki w dwóch bankach. Niby nie tak wiele, ale kwota ciągle się powiększa, a ona się boi, że będzie musiała je spłacać z "chwilówek" i wpadnie w spiralę zadłużenia. - Od dwóch miesięcy mam ataki paniki. Najpierw pojawiały się tylko wieczorami, gdy po całym dniu spływały do mnie myśli o mojej sytuacji. Ale ostatnio dopadają mnie też w pracy. Boję się jeszcze bardziej. Że jak tak dalej pójdzie, to mój stan się pogorszy, nie będę zdolna do pracy i już w ogóle sięgnę dna - mówi.

W takich sytuacjach "biedawkowicze" wymieniają się namiarami na tanich psychiatrów w okolicy, bo do tych na NFZ zbyt długo się czeka. A niektóre "cebule" potrzebują pomocy "na wczoraj", bo już sobie nie radzą. - Nie miałam wyjścia i umówiłam wizytę u psychiatry. Wolę się zadłużyć i dzięki temu naprawić głowę niż wyjść z tego niezdolna do pracy. Mam tylko nadzieję, że pomoże mi po taniości, ale nie okaże się biedapsychiatrą - stwierdza Ewa.

"Czy 'polski cud' nie rozkręci się jeszcze bardziej i nie zmieni się w kryzys?"

Agnieszka Rogucka mówi, że jeszcze stara się oswajać "polski cud" śmiechem. Odkąd każdego dnia uważnie studiuje gazetki z marketów i stała się specjalistką od polowania na "promki", znajomi lubią z nią jeździć na zakupy. Pozwala im nazywać się "cebulą". - Ta ksywa w dzisiejszych czasach dodaje renomy. Teraz każdy radzi się "cebuli", jak żyć. Mam za to u nich darmowe kawy i ciacha. Czyli biedaspecjalizacja i biedazarobek - śmieje się.

Znajomi ją pytali, jak np. pachnieć "cebulą", czyli ładnie, ale "po taniości". Odpowiedziała, że trzeba "na promce" upolować Kłębuszka (płyn do prania). Do tego popsikać się niedrogą "mgiełką". - I wtedy pachnę "polskim cudem" - ironizuje.

Zaraz jednak popada w przygnębienie, bo boi się tego, co będzie. - Nigdy nawet nie marzyłam, żeby brać kredyt, kupić mieszkanie czy zwiedzać świat. Jestem minimalistką i nie mam dużych potrzeb. Ale liczyłam na to, że po studiach w kraju, który się bogaci, będzie mi łatwiej żyć. Że nie będę musiała przeczołgiwać się z poniedziałku na wtorek, tylko przejdę to pewnym krokiem. Ciągle jeszcze mam nadzieję, że wkrótce nabiorę w pracy doświadczenia i to zaprocentuje większymi zarobkami. Ale czy zaraz ten "polski cud" nie rozkręci się jeszcze bardziej i nie zmieni się w kryzys gospodarczy, a w końcu w bezrobocie? Teraz wyobraźnia podpowiada mi już najgorsze scenariusze - mówi Agnieszka.

- Ja boję się, że nawet jak już inflacja zacznie spadać, to przecież ceny i koszty życia nie zmaleją. Pozostaną na tym samym wyśrubowanym poziomie. Ile będę musiał czekać, aż moje zarobki w szkole do tego poziomu doskoczą? To moja jazda bez nadziei na to, że dotrę do celu, jakim jest własne mieszkanie, rodzina i stabilna dorosłość - podsumowuje gorzko Marcin.

Źródło: TOK FM