Izabela P. nie była jedyna. Tak znikają Polacy. Zaglądamy za kulisy śledztw
Wycieńczona Izabela P. odnalazła się po 11 dniach od zaginięcia. Podobnych spraw są w Polsce tysiące. Na początku każda jest zagadką, którą starają się rozwikłać policjanci i detektywi. Co dzieje za kulisami tych śledztw? Dlaczego niektórzy giną celowo?
Izabela P. była poszukiwana od 9 sierpnia. We wtorek wygłodzona i wycieńczona zapukała do drzwi znajomych, a ci poinformowali o tym policję. Śledczy wyjaśniają, co działo się z nią przez 11 dni. - Jedyne, co nam dotąd powiedziała, to, że na pewno nie była więziona ani w żaden sposób skrzywdzona przez inną osobę. Tyle możemy powiedzieć. Ale co się z nią działo, jak zaginęła, to wszystko będzie wymagało ustalenia w trakcie przesłuchania - powiedziała Onetowi Ewa Węglarowicz-Makowska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze.
Kobieta zaginęła na autostradzie A4, gdy jechała do Wrocławia, by odebrać ojca ze szpitala. Z drogi zadzwoniła do niego i powiedziała, że zepsuł się jej samochód. Kiedy znajomi ojca dotarli na miejsce, zobaczyli auto 35-latki z włączonymi światłami mijania. W środku jednak jej nie było. Zabrała dokumenty, zostawiła telefon.
Co roku policja w Polsce dostaje prawie 13 tys. podobnych zgłoszeń i tyle osób uznaje się za zaginione. Można to przyrównać do liczby mieszkańców małego miasta. Najczęściej znikają osoby w wieku 25-45 lat. Każda z tych historii wydaje się na początku zagadkowa, dlatego ruszają poszukiwania i śledztwa. Co dzieje się za ich kulisami?
Co się działo z Izabelą P.? Nowe informacje. 'Śledztwo będzie kontynuowane'
Zaginięcie Izabeli. Szukanie "gorącego tropu" na "drodze do piekła"
- W wielu sprawach zaginięć najważniejsze jest złapanie tzw. gorącego tropu - mówi Maciej Szuba, były komendant policji i były szef wydziału kryminalnego w Poznaniu. Jak wyjaśnia, po to właśnie dzień po zaginięciu Izabeli P. policja wysłała psy tropiące na A4. Chodziło o to, by szybko odnalazły jej ślady. Jednak tak się nie stało. - Pies mógłby podjąć trop przy pozostawionym samochodzie, ale tego nie zrobił, bo auto wzięła laweta. To było nierozsądne - stwierdza mój rozmówca.
Jak donosiły media, pomoc drogową wezwali znajomi ojca Izabeli, którzy jako pierwsi dotarli na miejsce jej zaginięcia. Interia twierdzi, że byli tam też policjanci, co ma potwierdzać nagranie z rejestratora kierowcy, który przejeżdżał obok. Portal opisuje, że na filmie widać, jak radiowóz z włączonymi sygnałami świetlnymi stoi za autem 35-latki. Dlaczego więc laweta zabrała ten samochód przed policyjnymi oględzinami?
Prokuratura nie potwierdziła, że wtedy na miejscu byli funkcjonariusze, ale policjant z Wrocławia dodał w rozmowie z dziennikarzami: 'Należy pamiętać, że zaginięcie kobiety zostało zgłoszone następnego dnia (...). Jeśli przy samochodzie były osoby, które czekały na lawetę i nikt z nich policjantom nie powiedział, że zaginęła kobieta, to funkcjonariusze mogli działać po prostu rutynowo, tak, aby zadbać o bezpieczeństwo na autostradzie'.
'Znikający' migranci. Potwierdzają niepokojące doniesienia z granicy
Izabela P. się odnalazła, więc sprawa jej zniknięcia doczekała się szczęśliwego finału, co jednak nie oznacza końca śledztwa. Maciej Szuba analizuje tę historię, by pokazać, jak ważny jest czas w tego rodzaju śledztwach. - Niezwłoczne i staranne badanie miejsca zaginięcia to połowa sukcesu. Gdy na tym etapie popełnia się błędy, często trudno je później naprawić. Pamiętajmy, że świeże ślady szybko się zacierają. Zwłaszcza na takich autostradach jak A4, którą można nazwać drogą do piekła. Tam codziennie są wypadki, kolizje, a przede wszystkim ogromny ruch samochodów i duże ilości pyłu. Do tego niekiedy dochodzi deszcz czy śnieg. Wszystko to sprawia, że szybko przepada ten gorący trop - podkreśla Maciej Szuba.
Zaginięcia w mediach. "Przez rozgłos śledztwa nabierają rozpędu"
Dlatego istotne jest, by nie zwlekać z informowaniem policji o zaginięciach i by funkcjonariusze nie ociągali się z przyjmowaniem takich zgłoszeń. W sprawie Izabeli P. nie ma informacji, by mundurowi dopuścili się zaniedbań. Jednak Maciej Szuba przyznaje, że w innych sytuacjach bywa z tym problem, bo niektórych policjantów gubi np. rutyna.
- Mają teraz ogromne możliwości, by szukać zaginionych. Nie tylko psy tropiące, ale też helikoptery, termo- i noktowizje do poszukiwań. Ale niektórzy policjanci z tego nie korzystają, bo brakuje im doświadczenia albo determinacji. Jeden wykona benedyktyńską pracę, by zbadać wszystkie ślady, a drugi tylko odfajkuje zgłoszenie, wykona rutynowo jakieś czynności i nie popatrzy, czy dają jakiś efekt - stwierdza.
Zwraca uwagę, że gdy sprawa zaginięcia zostaje nagłośniona przez media, czasem poszukiwania nabierają rozpędu. - Policja rzuca więcej sił i środków do akcji, bo jej praca zostaje poddana ocenie społecznej. Pojawia się też więcej tropów do sprawdzenia, gdy sprawa zyskuje rozgłos i ludzie się nią interesują. Ktoś coś zauważył, inny odkrył ważny szczegół, kolejny zobaczył na peronie osobę podobną do zaginionej. To wszystko może pomóc w śledztwie i jest do sprawdzenia - tłumaczy mój rozmówca.
Zaginięcie ciężarnej. Do dziś nie odnaleziono jej ciała
Inna rzecz, że czasem nawet szybki start poszukiwań ani "benedyktyńska" praca śledcza nie przynoszą efektów. Maciejowi Szubie do dziś nie daje spokoju sprawa Beaty Kotwickiej, nad którą pracował już jako prywatny detektyw. 18 lutego 2004 roku kobieta wyszła z domu i nie wróciła. Miała 28 lat i była w ciąży. Zaginięcie zgłosił jej mąż.
'Pojechała do szkoły, odnaleziono tylko jej rower'. Co roku znika tylu Polaków, ile liczy małe miasto
- Tę sprawę analizowałem we współpracy z policją. Przeczesaliśmy całą okolicę, lasy, brzegi Warty i jezioro. Po pani Beacie nie było śladu. Uprowadzenie wykluczyliśmy, bo nikt nie zgłosił żądania okupu. Nic też nie wskazywało na to, żeby upozorowała swoje zaginięcie. Była bardzo mocno związana z rodziną, która - jak sama pani Beata - czekała na to dziecko. Mogła doznać urazu i stracić pamięć, ale pewnie wtedy odnalazłaby się w szpitalu albo jakiejś instytucji pomocowej, a tak się nie stało. Zamiast Kotwickiej trafiliśmy na ślady jej krwi - opowiada.
Technicy kryminalistyki znaleźli je w kuchni zaginionej, mimo że jej mąż wyczyścił cały dom mocnymi detergentami. - Wyjaśnił, że pani Beata dostała krwotoku z nosa i musiał posprzątać. To był bardzo przebiegły człowiek. Na wszystkie pytania sprytnie odpowiadał, a ponieważ jego żona nie mogła tego zweryfikować, nie było czym go obciążyć. Natomiast poszlaki prowadziły do niego i doszedłem do wniosku, że ją zamordował. Miał motyw: nie chciał tego dziecka, co potwierdziła rodzina Kotwickiej - wspomina.
Detektyw dodaje, że później domniemany zabójca trafił do więzienia. Nie za zabicie żony, tylko za handel narkotykami. - Popełnił samobójstwo i zabrał do grobu tajemnicę śmierci pani Beaty. Do dziś nie odnaleziono jej ciała - mówi Maciej Szuba.
Poszukiwania zaginionych. Przełomowe informacje
Część osób uznanych za zaginione to ofiary nieszczęśliwych wypadków. Tak było ze studentem, którego - na zlecenie jego rodziny - szukał Maciej Szuba. Chłopak wyszedł z kolegami do jednej z knajp w Poznaniu, a gdy ich pożegnał, ślad po nim się urwał.
- W jego poszukiwania zaangażowała się policja i wielu wolontariuszy, którzy przeczesywali drogę, którą mógł wracać. To była dość szeroko zakrojona akcja, bo wszyscy w pamięci mieli jeszcze zaginięcie Ewy Tylman, której ciało wyłowiono z Warty, również w Poznaniu. Okazało się, że student też zginął w tej rzece. Musiał stracić równowagę i do niej wpaść. A była wtedy zima, woda lodowata, więc wystarczył moment, by przestał oddychać. Rzeka niosła go jeszcze kilka-kilkanaście dni - opowiada były policjant.
Putin może odpowiedzieć krwawym odwetem? 'Zemsta za zdobycie punkcika na mapie'
Czas, który upływa od momentu zniknięcia bliskiego, jest dla rodzin największym wyzwaniem. Często wtedy wyobraźnia sufluje najgorsze scenariusze, które zakładają cierpienie i śmierć zaginionego. Nic więc dziwnego, że rodziny żądają od policji i detektywa natychmiastowych efektów śledztwa. - Te emocje są zrozumiałe. Tłumaczę rodzinom, że nie ma mowy, bym marnował czas, ale potrzebuję go na analizę różnych szczegółów sprawy - podkreśla Maciej Szuba.
Chce wiedzieć wszystko o zaginionym. Dopytuje jego bliskich o choroby, zainteresowania, słabości, nałogi, lęki i znajomych. Odwiedza pokój, w którym mieszkał, przegląda jego fotografie i książki. - Zbieram o nim maksymalnie wiele informacji, praktycznie od kołyski. Później już koncentruję się na tym, co zwracało moją uwagę. Chodzi o to, żeby nie robić zbyt wielkich obrotów kijem z siatką, bo tak żadnego motyla się nie złapie - opisuje.
- A co może być taką przełomową informacją? - dopytuję.
- Na przykład to, że ktoś jest fanem piłki nożnej. Pewnego faceta szukała nie tylko rodzina, ale też policja, bo nie stawiał się na przesłuchania w jakichś sprawach gospodarczych. Wróciłem do jego umownej kołyski i odkryłem, że jest miłośnikiem jednego z klubów piłkarskich. Chodziłem na mecze, bo założyłem, że delikwent mógł tam bywać. To był strzał w dziesiątkę. Można powiedzieć, że człowieka zgubiła miłość do futbolu - stwierdza były szef wydziału kryminalnego.
Co się dzieje za kulisami Kościoła? Opisał 'patostronę' księży
Zaginięcia celowe. "Restarty życia"
Zaginięcia celowe to kolejny rodzaj spraw, które prowadzi Maciej Szuba. Ludzie wychodzą z domów i już do nich nie wracają, bo chcą zacząć nowe życie. Nie żegnają się z bliskimi ani nie zostawiają im żadnej wiadomości. Niekiedy przyczyną jest przemoc w rodzinie - fizyczna, psychiczna i seksualna. Inni uciekają przed długami. Kolejni cierpią na depresję i planują "restart życia".
Niektórzy odcinają przeszłość pod wpływem impulsu i nie przygotowują się do ucieczki. Jednak są też tacy, którzy robią to przez wiele tygodni, prowadząc podwójne życie. Potajemnie gromadzą pieniądze i rzeczy potrzebne do nowego otwarcia. Zapisują się na szkolenia i kursy, podczas których zdobywają kolejne umiejętności. Dzięki nim będą mogli się przekwalifikować.
- Są osoby, które przed dłuższy czas wycofują się z kontaktów z bliskimi i znajomymi. Jak później pytam tych ostatnich, kiedy ostatnio widzieli swojego kolegę czy brata, odpowiadają, że wiele tygodni temu, bo był zarobiony i nie miał czasu na spotkania. Przyzwyczajał otoczenie do swojego zniknięcia. Dlatego też rodziny nie od razu zgłaszają zaginięcia - tłumaczy Maciej Szuba.
Usłyszała ukraiński akcent i wpadła w szał. 'Było już za późno'
Detektyw przypomina sobie poszukiwania mężczyzny przed czterdziestką, którego zmęczyła dotychczasowa codzienność. - Uciekł w Bieszczady i mieszkał tam 2-3 lata w przyczepie kempingowej. Nie dawał znaku życia rodzinie. W końcu ktoś doniósł jego siostrze, że w Bieszczadach widział faceta odpowiadającego rysopisowi zaginionego. Pojechaliśmy tam i znaleźliśmy go w tej przyczepie. Mróz był jak diabli, a ściany w lodzie. Mimo to wydawał się szczęśliwy. Ale udało nam się go przekonać, by wrócił do rodziny - wspomina.
Jak dodaje mój rozmówca, powracający do rodzin zaginieni często niewiele mówią o powodach swojego zniknięcia. Bliscy też starają się nie drążyć tego tematu. - Cieszą się, że ten ktoś się odnalazł. Bo długo żyli w niepewności, czy on w ogóle żyje. A jeśli umarł, to czy wcześniej nie cierpiał. Gdy więc w końcu się odnajduje, boją się przytłaczać go pytaniami. Bo jeśli pójdą w tym za daleko, to ich brat, ojciec czy córka znowu może zniknąć - podsumowuje Maciej Szuba.
Źródło: TOK FM