advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Polska

"Kościołowi grozi schizma". Ksiądz mówi, kiedy przyniosłaby mu ulgę

6 min. czytania
28.04.2025 06:42

- Gdyby ten kardynał został wybrany na papieża, to ryzyko schizmy w Kościele gwałtownie by wzrosło. To byłby szybki rozpad. Wielu hierarchów powiedziałoby: "My już dziękujemy, tworzymy własny Kościół" - mówi w tokfm.pl ks. prof. Andrzej Kobyliński. Opisuje również, jak taki rozpad Kościoła katolickiego mógłby wyglądać.

|
|
fot. TOMASZ ZUKOWSKI/East News

- Kościołowi katolickiemu grozi schizma, a więc rozpad - uważa ks. prof. Andrzej Kobyliński. Jak dodaje, wszystko za sprawą walk konserwatystów z liberałami, które trwają w tej instytucji od Soboru Watykańskiego II, czyli od lat 60. XX wieku. - Ich spór zaostrzył się za pontyfikatu papieża Franciszka i wtedy też stał się publiczny. Przedstawiciele dwóch frakcji zaczęli jawnie występować przeciwko sobie - mówi filozof i etyk z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego (UKSW).

Tak było choćby w 2022 roku, gdy konserwatywny kardynał George Pell z Australii wymierzył cios liberalnemu kardynałowi Jean-Claude’owi Hollerichowi z Luksemburga. - Warto się przyjrzeć temu ostremu sporowi, jeśli chcemy zobaczyć przepaść między katolicyzmem konserwatywnym i liberalnym - wskazuje ks. Kobyliński.

Tym bardziej, że jezuita Hollerich jest jednym najpopularniejszych kardynałów i weźmie udział w konklawe. Nie jest uznawany za papabile, czyli jednego z faworytów do tronu papieskiego, ale pozostaje ważnym graczem w Kościele. - Gdyby został wybrany, to ryzyko schizmy gwałtownie by wzrosło. To byłby szybki rozpad. Wielu hierarchów w Stanach Zjednoczonych, Australii i Afryce powiedziałoby: "My już dziękujemy, tworzymy własny Kościół" - tłumaczy mój rozmówca.

Jak taka schizma mogłaby wyglądać? Co oznaczałaby dla katolików, ale też dla niewierzących? W jakim scenariuszu ks. Kobyliński poczułby ulgę, gdyby jego instytucja się rozpadła?

Jego wybór na papieża skończyłby się schizmą w Kościele? "Gaz do dechy"

- Jean-Claude Hollerich to numer 1 wśród kościelnych liberałów. Wielokrotnie mówił, że trzeba całkowicie zmienić katolicką etykę seksualną i rozumienie rodziny. Jest nie tylko gorącym zwolennikiem błogosławienia związków jednopłciowych, ale właściwie zrównuje je z małżeństwami heteroseksualnymi. Uważa też, że Kościół nie powinien być scentralizowany. Woli go widzieć jako federację regionalnych Kościołów. A więc inne prawdy może głosić ten w Japonii, inne w Niemczech, a jeszcze inne w Polsce - opisuje ks. prof. Andrzej Kobyliński.

Hollerich był doradcą Franciszka, a ten w pełni akceptował jego poglądy. Jezuita z Luksemburga rósł więc w siłę w liberalnej frakcji Kościoła. Sprzeciwił mu się nieżyjący już kardynał George Pell. - W 2022 roku przestrzegał przed Hollerichem kardynałów, którzy wezmą udział w przyszłym konklawe. Nie mógł wiedzieć, że ono nastąpi teraz, w maju 2025 roku. Nazwał poglądy Hollericha niekatolickimi, a jego samego heretykiem - mówi.

Jak dodaje, spór między oboma kardynałami pokazuje, że już dzisiaj w Kościele katolickim de facto istnieją różne wyznania religijne. Ks. Kobyliński nazywa to pełzającą, cichą schizmą. Do tej pełnowymiarowej mogłoby dojść, gdyby na majowym konklawe "wciśnięto gaz do dechy". Byłby nim wybór Hollericha na papieża.

- Myślę, że hierarchowie z różnych krajów nie chcieliby być w jednej instytucji z takim papieżem. Dlatego sądzę, że choć jezuita z Luksemburga uzbiera ileś głosów, to nie zostanie wybrany. Kardynałowie będą chcieli uspokoić wzburzone wody Kościoła. Kontynuować liberalne reformy Franciszka, czyli umacniać Kościół zdecentralizowalny, synodalny - prognozuje.

W ocenie etyka z UKSW purpuraci wybiorą papieża, który utrzyma reformy wprowadzone przez Jorge Bergoglio, jak np. komunia udzielana osobom rozwiedzionym i żyjącym w nowych związkach, a także błogosławienie związków jednopłciowych. - Sądzę jednak, że nowa głowa Kościoła już nie pozwoli sobie na radykalne marginalizowanie konserwatystów, jak robił to Franciszek. Nowy papież nie będzie chciał rozjuszać konserwatystów, bo to mogłoby wywołać ich odejście i rozpad Kościoła - stwierdza rozmówca.

"Watykan godzi się na ciche schizmy". Boi się skrajnego scenariusza

Pełzającą schizmę ks. Kobyliński widzi również, gdy porównuje Kościół katolicki w Polsce i ten w Niemczech. - U naszych zachodnich sąsiadów nie ma indywidualnej spowiedzi, bo wierni wyznają grzechy w powszechnym akcie pokuty. Katoliccy duchowni udzielają tam komunii również protestantom, a w dodatku od lat błogosławią związki jednopłciowe i postulują kapłaństwo kobiet. Czyli jest zupełnie inaczej niż w Polsce. Ciągle z niemieckimi katolikami jesteśmy w jednym Kościele, ale doktrynalnie mamy tak naprawdę dwie różne religie - opisuje rozmówca.

Jego zdaniem Watykan godzi się na takie ciche schizmy, bo minimalizuje straty. Alternatywą byłby tylko gwałtowny rozpad Kościoła. - Na razie mamy do czynienia ze stopniowym rozchodzeniem się dwóch katolicyzmów: konserwatywnego i liberalnego. To zachowanie jedności w różnorodności. Gdyby odrzucić tę drogę, pozostałby już tylko skrajny scenariusz, w którym konserwatywni hierarchowie wypowiadają posłuszeństwo liberalnej kurii Franciszka. Być może wybierają swojego papieża. Dzielą się diecezjami, kościołami i bazylikami w Rzymie. Takiego wariantu nie można wykluczyć, ale nie przewiduję go w najbliższym czasie - podkreśla ks. prof. Andrzej Kobyliński.

Tutaj Watykan oddał władzę nad Kościołem. "Wstrząsające"

Kolejna cicha schizma, na jaką godzi się Watykan, jest widoczna w Chinach. W 2018 roku podpisał umowę z Pekinem, w ramach której de facto oddał władzę nad tamtejszym Kościołem katolickim Komunistycznej Partii Chin.

- Odtąd to ona mianuje biskupów, a Kuria Rzymska ich tylko zatwierdza. Podobnie jest z decyzjami o ich przechodzeniu na emeryturę. Watykan zostawił sobie w Chinach tylko symboliczną władzę, a realną przekazał komunistom. To wstrząsające - mówi ks. Kobyliński.

Jak dodaje, w 2021 roku Pekin włączył tamtejszy Kościół katolicki w obchody stulecia Komunistycznej Partii Chin. - W świątyniach wierni śpiewali pieśni na cześć Mao Zedonga (zbrodniarz i dyktator tego kraju w latach 1949-76 - przyp. autora). Z kościołów usunięto obrazy apostołów, a obok Jezusa i Maryi zawieszono portrety Xi Jinpinga (obecnego przywódcy Chin). Utworzono tam więc Kościół narodowy, w którym katolickie nauczanie wiary musi być dostosowane do ideologii partii - ubolewa etyk z UKSW.

Rozpad Kościoła w Polsce? "Czarownicy i szamani" zapełniają stadiony

W ocenie księdza napięcie między liberałami i konserwatystami w polskim Kościele jest na tyle małe, że akurat z tego powodu raczej nie grozi mu rozłam. - Sto razy większym problemem jest rosnący w siłę nurt religijności magicznej, który może doprowadzić do schizmy, ale w odległej przyszłości. Wobec niego Kościół w Polsce jest zupełnie bezbronny. Mam na myśli całe to szamańskie szaleństwo, np. w wykonaniu księdza z Ugandy, który kilkukrotnie zapełniał nasze stadiony - stwierdza.

Chodzi o Johna Bashoborę, który nazwał się "narzędziem w rękach Chrystusa". Ludzie pędzą na modlitwy z nim, bo są przekonani, że wskrzesza zmarłych i uzdrawia chorych. W 2007 roku przyjechał do Polski na zaproszenie kard. Stanisława Dziwisza, a w 2013 roku zgodę na jego spotkanie z wiernymi na Stadionie Narodowym wydał abp Henryk Hoser. W ubiegłym roku prowadził rekolekcje m.in. w Gdańsku na zaproszenie tamtejszej kurii.

- Wprowadza ludzi w stan hipnozy, wypędza złe duchy, egzorcyzmuje. Absurd! Nie brakuje też innych "czarowników", np. z Indii czy Ameryki Południowej, którzy od lat przyjeżdżają do Polski i de facto zmienią tutejszą religijność. Domorośli "szamani" - wśród nich również tacy, którzy zdobyli święcenia kapłańskie w Kościele - też zalewają Polskę magią, egzorcyzmami i postulatami ogłoszenia Jezusa królem Polski. To cyrk, ale również rodzaj powolnej schizmy, robionej metodą gotowanej żaby - uważa duchowny.

To ostatnio największa schizma ostatnich lat. Uciekły miliony katolików

Schizmy od wieków rozsadzają chrześcijaństwo na mniejsze odłamy. Jak wskazuje ks. Kobyliński, są w nim na porządku dziennym. - Mamy już ponad 50 tys. Kościołów, wspólnot wyznaniowych i sekt. Każdego dnia na świecie dochodzi do około dwóch schizm, bo grupy wiernych odłączają się od reszty i tworzą nowe podmioty religijne. Jednak największa schizma dokonała się w ostatnich dekadach, gdy dziesiątki milionów katolików przeszło do nowych zborów zielonoświątkowych i ewangelikalnych. Tak zrobiła połowa Ameryki Łacińskiej, która jeszcze w pierwszej połowie XX wieku była prawie całkowicie katolicka - opowiada.

Rzecz jasna, katolickiego księdza to niepokoi. Jednak dla wielu niewierzących schizma to szansa na osłabienie Kościoła, który postrzegają jako przemocowy. Uważają, że blatuje się z polityką i wpływa na prawodawstwo, blokując np. prawo osób LGBT do małżeństw, a kobietom do aborcji. Co na to mój rozmówca?

- Mogę powiedzieć, czego się boję. Ferment religijny prowadzi do tego społecznego i politycznego. Schizma Kościoła katolickiego rodzi ryzyko powstawania albo rośnięcia w siłę wspólnot fanatycznych i radykalnych. Mogą to być zarówno chrześcijanie, jak i muzułmanie. Jeśli w Europie de facto wymierają Kościoły protestanckie i dogorywa katolicki, to może otwierać się pole na bardziej radykalną religijność. Tę lukę coś wypełni, bo - wbrew przekonaniom wielu - to nie jest czas laicyzacji. Ona dotyczy mniejszości świata, póki co głównie Europy. Reszta globu ożywia się religijnie. Oby nie poszło to w stronę fanatyzmu - ocenia.

Ulga po rozpadzie Kościoła? Jest jeden taki scenariusz

Kiedy mój rozmówca poczułby ulgę z powodu rozpadu Kościoła? - Być może dojdzie do sytuacji, że schizma wyda mi się lepszym rozwiązaniem. Już trochę czymś takim zapachniało, gdy Kościół katolicki w Niemczech zaczął błogosławić związki jednopłciowe. Nie wszyscy księża chcieli to robić. Jeśli biskupi by ich do tego zmuszali, to łamaliby wolność sumienia podwładnych. Na szczęście tak się nie stało - mówi etyk z UKSW.

Gdyby więc liberalni hierarchowie zaczęli łamać sumienia konserwatywnych księży, to - w ocenie ks. Andrzeja Kobylińskiego - przekroczyliby czerwoną linię. - Wtedy różnice w ramach jednego Kościoła byłyby zbyt duże, nie do wytrzymania. Już nie dałoby się w nim być. W takiej sytuacji trzeba byłoby dokonać podziału i się rozejść. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale nie można takiej sytuacji wykluczyć - podsumowuje ks. prof. Andrzej Kobyliński.

Źródło: TOK FM