,
Obserwuj
Polska

Lewatywa z kawy i mocz za tysiąc złotych. Tak z raka leczy altmed. "Tutaj badania na 15 kotach są jak Biblia"

12 min. czytania
11.09.2023 12:00

Przepustką do "podziemia" altmedu jest rozpacz albo nieufność do medycyny. Tam pacjenci są "leczeni" zastrzykami z Rosji, lewatywami z kawy i lekami dla zwierząt. - Gdy stamtąd wracają, mają już rozsiane nowotwory. Właściwie przychodzą tylko na "umarcie" - mówi dr Jakub Kosikowski, rezydent onkologii klinicznej i rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej.

fot. Dawid Chalimonuk / Agencja Wyborcza.pl

Mają raka, którego można wyleczyć, ale nagle rezygnują z terapii i znikają z pola widzenia onkologów. Tacy pacjenci dają sobie wmówić, że na przykład chemia nie ratuje, tylko zabija. Schodzą więc do pseudomedycznego podziemia po "bezpieczne lekarstwo na raka". - Zazwyczaj już ich nie widzimy, bo tam umierają. Czasem do nas wracają, ale jest już za późno. Wstydzą się przyznać, że poszli w altmed. Niekiedy dowiadujemy się tego od ich rodzin. Tak czy owak, wracają już z rozsianymi nowotworami. Właściwie tylko na "umarcie" - mówi dr Jakub Kosikowski, rezydent onkologii klinicznej i rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej.

Dla drugiej grupy pacjentów i ich rodzin przepustką do "podziemia" jest rozpacz. Iwona Ozga wpadła w nią, gdy dowiedziała, że raka jej matki nie da się wyleczyć. Na takiej rozpaczy można dobrze zarobić. Wystarczy dać człowiekowi fałszywą nadzieję.

- Wcześniej lekarze walczyli, jak mogli: operacja, chemio- i radioterapia. Ale były przerzuty na węzły chłonne, do płuc i mózgu. W końcu rozłożyli ręce. Ten gest wywołał u mnie wściekłość. Przekreślił mój podziw dla ich wcześniejszej determinacji. Wtedy natknęłam się na świat altmedu. Napisałam, że moja mama czeka na śmierć i od razu się dowiedziałam, że "wcale nie musi umrzeć", bo "rak to nie wyrok". Jeszcze nie wiedziałam, że za te słowa, a raczej za wlewy witaminowe zapłacę 7 tys. zł. To był moment, w którym przestałam myśleć racjonalnie – przyznaje moja rozmówczyni.

Iwona Ozga dostała więc nadzieję, której nie mogli dać jej lekarze. Szybko uwierzyła, że śmierć jej mamy, nie jest nieunikniona. Przynajmniej jeszcze nie teraz, a już na pewno nie przez nowotwór piersi. W "podziemiu" twierdzili, że jeśli jej matka umrze, to tylko przez bezradność lekarzy i tradycyjnej medycyny. Jednak śmierć, którą mieli oddalić, przyszła w terminie. Wlewy witaminowe nic nie dały.

Do "podziemia" schodzi się np. poprzez grupy na Facebooku, które poświęcone są alternatywnym metodom leczenia raka. Zdesperowani ludzie piszą:

  • "Witajcie, proszę o rady. Dziecko, w wieku przedszkolnym. Glejak mózgu. Lekarze nie dają żadnych dobrych rokowań";
  • "Nowotwór dwunastnicy NIEOPERACYJNY. Czy ktoś miał taki przypadek? Lekarze otworzyli, zrobili obejście, a guza zostawili, bo nieoperacyjny. Gdzie szukać pomocy? Co teraz robić?";
  • "Moja mama (61l.) ma zdiagnozowany nowotwór płaskonabłonkowy przełyku z przerzutami do węzłów. Stan bardzo ciężki, wszystko ją boli. Pomóżcie".

W odpowiedzi natychmiast dostają namiary na "kliniki", "instytuty", gabinety pseudomedyczne. Każdy oferuje "terapię", o której świat nauki nie słyszał. Choć to "podziemne" biznesy, można je znaleźć w każdym dużym mieście w Polsce, a także w małych miejscowościach. Nikt ich nie kontroluje, bo w świetle prawa nie prowadzą działalności medycznej. Oficjalnie oferują tylko usługi, które mają wspomagać leczenie nowotworów. Nieoficjalnie puszczają do pacjentów oko, dając do zrozumienia, że mogą zastąpić lekarzy. Szybko się o tym przekonuję, gdy - na potrzeby pisania tego tekstu - wchodzę w rolę pacjenta onkologicznego.

"Lewatywa z kawy. Zaraz, z czego?!"

"Cuda są możliwe" - pociesza jeden ze stałych bywalców "podziemia", który szuka tam pacjentów. Opisuje przypadki znajomych, u których guzy zmalały albo "pękły". Wszystko za sprawą metody, która ma polegać na "czyszczeniu" jelit, wątroby, nerek, kości, stawów. "Wywalimy robaki, wirusy, grzyby, pleśń" - pisze i odsyła do swojej strony internetowej. Na niej przedstawia się jako dietetyk kliniczny i "koordynator leczenia onkologicznego".

Gdy do niego dzwonię jako pacjent z nowotworem żołądka, zapewnia, że trafiłem pod dobry adres. Mówi, że dostanę od niego informacje, które wywrócą moje życie do góry nogami. Jeśli chcę pójść na chemioterapię, to on mnie od niej nie odwiedzie. Ale swoje zdanie na jej temat ma. - Byłaby super, gdyby nie miała skutków ubocznych. Ale to jest bardzo, bardzo szkodliwe. Później latami wychodzi z człowieka. Czasami nie wyjdzie i wpada się w jeszcze gorsze problemy, bo robią się przerzuty - stwierdza.

Opowiada, że poznał ten mechanizm, gdy bliska mu osoba zachorowała na raka. Wtedy zraził się do konwencjonalnego leczenia. Sam też cierpiał na chorobę autoimmunologiczną. - Odbijałem się od drzwi gabinetów lekarzy jak w ping-pongu. Kazali leczyć się rzeczami, które mają skutki uboczne. Minimalizowali moją chorobę w krótkiej perspektywie, a w dłuższej miało być tylko gorzej. Zacząłem sam zagłębiać się w temat i okazało się, że wszystko jest wyleczalne. Uzdrowiłem się sam. Wiedzę, którą przy tym zdobyłem, przekazuję teraz pacjentom. Nie, że zmieniam świat na lepszy, ale przynajmniej pomagam innym - mówi.

Zapewnia, że za swoje konsultacje nie bierze wiele, bo ok. 130-150 zł. Natomiast efekty jego pracy mają być znakomite. Np. "pani z Bydgoszczy" nie chciała chemioterapii i zgłosiła się do niego. Dzięki temu jej guz na jelicie miał zmniejszyć się z 8 do 4 cm.

Abym wyleczył nowotwór żołądka, muszę "wyczyścić cały organizm". Zaczniemy od jelit i wątroby, które potraktujemy tlenkiem magnezu i sorbitolem. Muszę je kupić na Allegro i zażywać przez 20 dni. Potem będzie mniej przyjemnie, bo zaczną się lewatywy. - Najpierw z ziół (piołun z wrotyczem), a później z kawy – tłumaczy.

- Zaraz, z czego?! - dopytuję zaniepokojony.

- To najskuteczniejsza metoda. Kupuje pan gruchę i robi pan sobie lewatywy. Na początku co cztery godziny, a później rzadziej. Czyścimy, czyścimy i czyścimy. Aż do skutku. Przynajmniej przez miesiąc. To wyciągnie toksyny z organizmu. Oczywiście, lekarze dalej różnie do tego podchodzą. Ale to na szczęście już trochę się zmienia. Powiem szczerze, że sam robię sobie lewatywy, chociaż nowotworu nie mam - podkreśla.

Lewatywy z kawy to część tzw. terapii Gersona. Oprócz nich pacjent każdego dnia wlewa w siebie kilkanaście szklanek świeżo wyciskanego soku, a także płyn Lugola i różne suplementy. Badania naukowe nie potwierdziły skuteczności tej metody. A eksperci dowodzą, że może być niebezpieczna dla zdrowia.

Na tym jednak niepokojące wieści się nie kończą. Mój rozmówca zachwala skuteczność siarczanu miedzi, który – jak sam przyznaje – jest lekiem weterynaryjnym. - Szczególnie przy raku piersi, ale tak samo przy nowotworze żołądka można robić kompresy z siarczanu miedzi. To jest lek, który służy do wywalania z organizmu przede wszystkim grzybów i bakterii. Powie pan: "Ale to jest dla zwierząt, nie dla ludzi". No tak, ale jeżeli pan to przepuści przez watę, to jest też dla ludzi. Bardzo to skuteczne. A czy nie o to chodzi? Sam go stosowałem! A potem jeszcze włączymy do leczenia pewne zastrzyki z Rosji - zapewnia.

- O matko, skąd? - wzdycham.

- Timalin (ekstrakt z grasicy) to wyrób rosyjski. Rosjanie są na cenzurowanym, bo trochę mają na pieńku z Amerykanami, co chyba widać w ostatnim czasie. Ale stworzyli rzeczy, które pięknie czyszczą. Działają m.in. na robaki i inne dziadostwa w organizmie. Są firmy, które to rozprowadzają. Spokojnie, to jest bardzo skuteczna rzecz. Ludzie normalnie to stosują. Oczywiście, nie każdy o nich wie. Kto wie, ten wie - mówi.

- Ale czy ja to wszystko przeżyję? - mówię gasnącym już głosem.

- To bezpieczne! Wszystko dostępne na rynku i działające antyrakowo. Jak się pan zdecyduje, to będę dokładał kolejne rzeczy. Proszę się zastanowić, ale trzeba też pamiętać, że to nowotwór. Tutaj nie ma czasu. Należy działać jak najszybciej – podkreśla na koniec.

Lewatywy to nie "rocket science", ale nie można ich tak robić

- "Czyścimy, czyścimy i czyścimy. Aż do skutku" - przytaczam te słowa dr. Jakubowi Kosikowskiemu.

- A jaki ma być skutek? Zgon pacjenta z powodu nowotworu czy z powodu zaburzeń elektrolitowych? - zastanawia się na głos.

Jak dodaje, co prawda lewatywy to nie "rocket science", jednak nie można ich robić byle czym. Gdyby użyć np. złego stężenia jonów potasu, to pacjent mógłby umrzeć. Płyny do lewatywy muszą mieć więc odpowiedni skład elektrolitowy i temperaturę, żeby nie zrobić choremu krzywdy. Natomiast pomysł wprowadzania do odbytu kawy i to bez nadzoru lekarza brzmi co najmniej ryzykownie.

Inna rzecz, że to w ogóle nieskuteczne. Dr Kosikowski nie umie sobie wyobrazić, w jaki sposób kawa w jelitach miałaby zabijać komórki nowotworowe w żołądku. - Ludzki organizm tak nie działa, że oczyszczając wątrobę, usuniemy fragment żołądka. Znam pacjenta, który tym się "leczył". Bez sukcesu, wiadomo. Koleżanka też ma pacjentkę, która tak walczy z rakiem piersi. Również bez powodzenia. Niestety oboje sięgnęli po tę metodę zamiast konwencjonalnych terapii. Za każdym razem, gdy przychodzą na badania, jest coraz większa progresja choroby – podkreśla.

Tlenek magnezu, siarczan miedzi ani sorbitol również nie pomogą zwalczyć raka. Zrobią to tylko: chemio-, radio- i hormonoterapia, terapie celowane albo operacja chirurgiczna. - Natomiast wszystkie te szarlatańskie metody z altmedu opierają się na "wspieraniu" odporności, "odtruwaniu" organizmu i usuwaniu z niego metali ciężkich, pasożytów, grzybów. Nie ma szans, żeby w ten sposób wyleczyć z nowotworu - tłumaczy.

Lekarz przyrównuje to do sytuacji, w której ktoś dostał mandat za zbyt szybką jazdę. Jeśli potem zwolni na drogach, to policja już nie cofnie mu mandatu. Po prostu kierowca nie dostanie drugiego. - Tutaj jest podobnie. Nawet gdyby oczyszczanie organizmu działało, to pozwoliłoby nam najwyżej uniknąć kolejnego nowotworu. Ale nie sprawiłoby, że pozbędziemy się pierwszego. Więc to taka altmedowa profilaktyką, która i tak nie działa - wyjaśnia Kosikowski.

Gdy mówię mu o rosyjskich zastrzykach, tylko głośno wzdycha. - Nie mam pojęcia, co to jest. Ale gdyby miały działać na nowotwór, to byłyby sprzedawane jako turbo-rako-killer za grube pieniądze. Wielkie firmy farmaceutyczne zabijają się o leki, które przedłużą pacjentowi życie choćby o rok. Bo mogą wtedy brać od niego co miesiąc 20 tys. zł za kurację. Dlatego całymi latami prowadzą skomplikowane badania, które mają udowodnić, że dany lek działa. A tu ktoś nagle "odkrywa", że tlenkiem magnezu czy fusami z kawy można leczyć raka. Absurd! - ocenia lekarz.

"To nie jest cud. To natura, proszę pana"

"Czynię świat zdrowszym i szczęśliwszym" - zapewnia na Facebooku specjalistka od "terapii" wodorowo-tlenowych. Gdy do niej dzwonię, tłumaczy, że takie inhalacje niszczą komórki rakowe i regenerują cały organizm.

Moja rozmówczyni przyznaje, że nie ma wiedzy medycznej, ale zrobiła kursy dla naturopatów i przeszła szkolenie z obsługi generatora do wodorowania. - A to innowacyjny temat w Polsce. Ta terapia jest bardzo popularna w Stanach Zjednoczonych, w Japonii i w Chinach. Tam generatory są uznane za normalne urządzenia medyczne. Stosuje się je w szpitalach, przychodniach i karetkach. W Polsce to jeszcze nowość. Pierwsze w naszym kraju studio wodoru powstało dwa lata temu. A ja działam od roku. Mam pod opieką wiele osób nowotworowych. Niektórzy dzięki terapii są już czyści. Ostatnio jednej pani zniknęły z węzłów chłonnych przerzuty, a rak na płucach się zmniejszył - mówi.

Jak dodaje, według pacjentów jej terapia to cud. Lekarze też mają być pod wrażeniem. Na przykład pani z podejrzeniem białaczki inhalowała się przez miesiąc wodorem, a potem powtórzyła badania i okazało się, że jest "czysta". - Lekarz powiedział, że u niej nie ma już nic do roboty. Wyzdrowiała! Ale to nie jest cud. To natura, proszę pana - podkreśla.

Sama nie "leczy". Wynajmuje tylko generator i służy pacjentom radą o każdej porze dnia. Wystarczy podpisać umowę i zrobić przelew, a maszynę do domu przywiezie kurier. Potem pacjent minimum trzy razu dziennie powinien podłączać się do generatora. Każda inhalacja ma trwać przynajmniej trzy godziny. Cała terapia zajmie mu od dwóch do sześciu miesięcy.

- Koszt? Im dłuższe wypożyczenie sprzętu, tym doba tańsza. Ludzie zaczynają od dziesięciu dni. Biorę za to 600 zł. Natomiast gdy ktoś decyduje się na miesiąc z góry, to płaci 1400 zł. Za dwa miesiące - 2400 zł. Może pan się w tym czasie wodorować bez limitu. Spokojnie, nie da się tego przedawkować. To jest gaz, który składa się w 2/3 z wodoru i w 1/3 z tlenu. I to jest taka mieszanka bezpieczna. Nadmiar wydalimy z moczem. Wodorują się nawet dzieciaki dla zdrowia - twierdzi.

Kobieta zapewnia, że to pozwoli mi uniknąć chemioterapii. Ta co prawda niszczy nowotwór, ale razem z nim cały organizm. - Chemia jest ostatecznością. Więc jeżeli jest możliwość stosowania naturoterapii, to jak najbardziej ją polecam. Ale to już pana decyzja. Moja pierwsza pacjentka miała raka piersi i niestety zdecydowała się na chemię. Natomiast jeśli już tak się dzieje, to wodoroterapia może współgrać z chemią. Na pewno jej nie przeszkadza - tłumaczy.

Współgrać mają też nanoplastry, do których namawia. Mają spowodować w moim organizmie namnażanie komórek macierzystych, a te - zwalczać nowotwór. Wystarczy taki plaster nakleić na ciało raz dziennie i nosić go przez 12 godzin. Koszt miesięcznej kuracji to 700 zł. - To technologia amerykańska. Jej efektywność jest niesamowita. Potwierdzono to w badaniach naukowych - zapewnia, po czym przesyła mi różne materiały, z których żaden nie ma wartości naukowej. Dostaję za to link do filmiku pt. "Podsumowanie badań na koniach".

"Badania na 15 kotach i 3 ludziach jest dla nich jak Biblia"

- Boże, inwencja tych ludzi to jest mistrzostwo świata! A wszystko po to, żeby wyciągnąć kasę od zdesperowanych pacjentów - komentuje Jakub Kosikowski, gdy mówię mu o nanoplastrach. - Po pierwsze: plaster nie może namnażać komórek macierzystych. A po drugie: nawet gdyby to robił, to one nie walczą z nowotworami, tylko robią to komórki układu odpornościowego - dodaje.

Z wodorowaniem nie jest lepiej. Zdaniem lekarza nie ma szans, żeby w ten sposób udało się "czyścić" organizm z komórek nowotworowych. - To jakaś piramidalna bzdura. Mam tylko nadzieję, że nikt nie otwiera butli z wodorem w pobliżu ognia - łapie się za głowę ekspert.

Nie dziwią go również badania na koniach, które miały przejść nanoplastry. To typowa zagrywka ludzi z altmedu. - Gdy polemizuje się z nimi naukowo, wyciągają jakieś "badanie", które było zrobione na 15 kotach i trzech ludziach, po czym mówią: "Patrz, to działa! Przecież udowodniono, że dzięki tej nowej terapii ci ludzie pożyli trzy dni dłużej". To nic, że badanie jest bzdurą i nie ma nic wspólnego z pracą naukową. W tym środowisku będą je sobie podawać jak Biblię. Jak te, do których pobrali komórki nowotworowe, by pozaustrojowo potraktować je THC. Wyszło, że marihuana zwalcza nowotwory. Tylko że w probówce zrobi to też napalm, kwas solny czy siarkowy. Problem w tym, że troszkę ciężko wprowadzić je do organizmu człowieka i go przy okazji nie zabić - podkreśla lekarz.

"Chemioterapia? Jestem na 'nie'"

W podziemiu proponują mi również wlewy witaminy C, kurkuminy i aminokwasów. Koszt jednego wlewu waha się między 200 zł a 1 000 zł. - Zwykle pacjenci przychodzą do nas dwa razy w tygodniu. To ile trwa kuracja, zależy od wyników badań. Średnio między 6-12 tygodni - tłumaczą mi w jednym z gabinetów, a ja szybko obliczam, że musiałbym tam zostawić od 2,4 do nawet 24 tys. zł.

- Wlewy są bezpieczne, bo odbywają się pod kontrolą naszej pani doktor, która jest onkolożką. Niestety, NFZ tego nie refunduje. Nie wiem dlaczego. Może pan spróbować zarejestrować się w jakiejś fundacji i zrobić zbiórkę na swoje leczenie - mówi ciepłym głosem kobieta w jednym z gabinetów.

W innym mężczyzna zapewnia, że witamina C zwalcza komórki nowotworowe i działa przeciwzapalnie. - A onkologia to przecież stan zapalny. Dawkowanie jest uzależnione od wyników badań pacjenta. Natomiast to jest cała procedura, bo dochodzi tu jeszcze dieta, suplementacja, oczyszczanie organizmu. Skuteczność terapii będzie zależała od pana determinacji. Bo sporo jest pracy w domu. To nie jest tak, że pan przyjdzie sobie na wlewy i będzie zdrowy - zastrzega.

- Wlewy mogą zastąpić chemioterapię? - pytam.

- Na pewno pomagają, a w niektórych sytuacjach są jedyne i wystarczające. Ale to, czy pójdzie pan na chemię, jest pana decyzją. Na pewno panu nie odradzę, choć ogólnie jestem na "nie". Musi pan poszukać informacji o skuteczności chemioterapii, która tak naprawdę jest niewielka - stwierdza.

Mężczyzna ma w swojej ofercie również ozonoterapię, która kosztuje 160 zł. Jak tłumaczy, to podanie ozonu bezpośrednio do krwi albo jej pobranie i ozonowanie na zewnątrz. - Można też zrobić plazmoterapię. Za godzinę trzeba zapłacić 80 zł. Usiądzie pan przy generatorze plazmowym, który emituje prąd o niskiej częstotliwości. Czyli mamy pole elektromagnetyczne do zabijania patogenów, w tym przypadku komórek nowotworowych. Ale też nie może pan tego potraktować jako jedyną terapię. One się wspomagają. Robię je 16 lat i mogę powiedzieć, że są skuteczne w walce z nowotworami. Sporo osób do mnie przychodzi. Pierwsze wolne terminy mam za trzy tygodnie - tłumaczy właściciel gabinetu.

Mocz za tysiąc złotych. O zapachu Vibovitu

- Wreszcie mam coś skutecznego! To wlewy witaminy C. Bo to chyba musi działać, skoro zajmują się tym lekarze w prywatnych gabinetach? - mówię dr. Jakubowi Kosikowskiemu.

- Równie dobrze może pan zjeść Vibovit. Będzie ten sam efekt, czyli mocz o zapachu witaminy C. Bo wszystko pan wysika - odpowiada.

- Zostawię w muszli klozetowej to, co wleją mi za tysiaka? - pytam.

- Przy odrobinie szczęścia. Czyli pod warunkiem, że ma pan zdrowe nerki i że szarlatani nie podadzą takiej dawki, która spowoduje powikłania. Nowotworu to oczywiście nie wyleczy. Według badań może za to zmniejszyć skuteczność chemioterapii - tłumaczy.

- A może chociaż to wstrzykiwanie ozonu do krwi zadziała? - dociekam.

- Mój Boże, a to się przeżywa? Dożylne podanie gazu kojarzy mi się z zatorem powietrznym. Po to usuwa się te "bąbelki" ze strzykawek i z kroplówek, by pacjentowi nie zafundować zawału, udaru i zgonu. Nawet jeśli chodzi o ozonowaną na zewnątrz kroplówkę, to tutaj chemia na podstawowym poziomie się kłania. Ozon jest niestabilnym związkiem tlenu i rozpada się do m.in. wolnego rodnika tlenowego. A ten jest rakotwórczy - stwierdza.

- Plazmoterapia? - podrzucam ostatni pomysł.

- Nic z tego. Onkolodzy badają konkretną mutację nowotworu, żeby uderzyć w pojedynczy gen i w efekcie przedłużyć pacjentowi życie np. o trzy miesiące. A tutaj ktoś sadza go przy jakimś magicznym generatorze plazmowym i wszystkie komórki nowotworowe cudownie umierają. I to niezależnie, z którego organu pochodzą. Gdyby tak było, to nowotwory nie byłyby chorobą śmiertelną, tylko bardziej upierdliwym katarem - mówi.

Lekarz rozumie pacjentów, którzy chwytają takich "cudownych" metod i kupują nadzieję, gdy medycyna nie może ich już wyleczyć. Wie jednak, że ludzie z "podziemia" niekiedy odciągają chorych od terapii medycznych, które mogą im przywrócić zdrowie. - Dla mnie to szarlataneria. Wiem, że biorą w tym udział również lekarze. Dlatego kilka tygodni temu powołaliśmy w Naczelnej Izbie Lekarskiej specjalną komórkę, która będzie to badać i zgłaszać przypadki nadużyć do Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej. Bo to sprzeczne z Kodeksem etyki lekarskiej. Musimy wyłapać czarne owce w swoim gronie - podsumowuje rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej.

Źródło: TOK FM