,
Obserwuj
Lubelskie

Tu pomoc znalazło 5 razy więcej Ukraińców niż jest mieszkańców. "Historyczne wyzwanie"

Michał Mikulski
4 min. czytania
12.04.2022 11:28

W trakcie największej fali ucieczki z Ukrainy pomoc znajdowało tu nawet 4 tysiące osób dziennie. Organizowano łóżka do odpoczynku, nowe ubrania, jedzenie. 24 godziny na dobę. Dla niewielkiego Hrubieszowa to - jak przyznaje burmistrz - historyczny sprawdzian. Dziś potrzebujących jest już 10 razy mniej niż na początku, ale punkt recepcyjny nie przestaje działać. Powstało też specjalne mini miasteczko dla uchodźców.

|
|
fot. AP

Kilka dni przed rozpoczęciem rosyjskiej agresji w Ukrainie każda z przygranicznych gmin miała wyznaczone obiekty i plan na wypadek pomocy uchodźcom. Gdy pytaliśmy - jeszcze wtedy czysto teoretycznie - Martę Majewską, burmistrza Hrubieszowa, czy miasto jest gotowe, by pomóc uciekającym przed wojną - zapewniała, że nikt nie zostanie bez pomocy. Dziś, po sześciu tygodniach od wybuchu wojny, spełnienie tej deklaracji potwierdzają liczby.

- Przez miesiąc otrzymało pomoc ponad 45 tysięcy osób, które dobrowolnie zarejestrowały się w naszym punkcie recepcyjnym. Jestem przekonana, że co najmniej drugie tyle otrzymało pomoc bez rejestracji - podsumowuje Majewska. Te liczby robią wrażenie, zwłaszcza jeśli przypomnimy, że w Hrubieszowie zameldowanych jest 17 tysięcy osób, a realnie mieszka mniej - ze względu na migrację do większych miast. 

Tu prawie każdy mieszkaniec jest wolontariuszem 

W czwartek, 24 lutego, gdy rozpoczęło się bombardowanie Ukrainy, w najbardziej wysuniętym na wschód miasteczku Lubelszczyzny, zebrał się sztab kryzysowy. Wszyscy wiedzieli, że za kilka godzin staną się centrum pomocy albo przynajmniej ważnym wsparciem dla przejść granicznych w Zosinie i  Dołhobyczowie. W pierwszy weekend wojny, w hali Ośrodka Sportu i Rekreacji w Hrubieszowie, w której utworzono punkt recepcyjny, pomoc otrzymywało od 2 do 4 tysięcy uchodźców w ciągu doby. Do pomocy ruszyli urzędnicy, pracownicy wszelkich instytucji w Hrubieszowie i po prostu mieszkańcy.

- Mieliśmy od 50 do 100 wolontariuszy dziennie. Uchodźcy przywożeni byli do nas autokarami, wozami strażackimi, busami, a my podawaliśmy herbatę, posiłki i zapewnialiśmy łóżko do odpoczynku - mówi Marek Watras, kierownik punktu recepcyjnego w Hrubieszowie, na co dzień dyrektor Hrubieszowskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Przy tak dużej liczbie osób koniecznym wsparciem okazali się również wolontariusze spoza Hrubieszowa. W Urzędzie Miasta słyszymy, że łącznie z mieszkańcami, w skali miesiąca to już nie setki, a tysiące osób z Polski, Europy i świata. 

Naleśniki o 4 nad ranem? Dlaczego nie?

- To było i jest historyczne wyzwanie, historyczny sprawdzian dla mieszkańców i tych, którzy pomogli nam pomagać - mówi ze wzruszeniem burmistrz Hrubieszowa. Dodaje, że osobiście traktuje to jako cud. Bez wolontariuszy, którzy zostawili swoje sprawy, pracę, domy i rodziny, nic by się nie udało. Ważna była również infrastruktura i przestrzeń do obsługi tak dużej liczby uchodźców. Tym wyzwaniom mogły sprostać obiekty HOSiR, położone poza centrum miasta. - Tę przestrzeń śmiało można teraz nazwać mini miasteczkiem. Jest ogromna hala z łóżkami, w której ludzie odpoczywają. Jest bankomat, są punkty gastronomiczne, kuchnia, bawialnia, zaplecze sanitarne - opisuje Watras.

Wokół hali rozstawiono namioty, w których trzeba było zorganizować m.in. magazyny z zapasami wszystkiego, co potrzebne do obsługi blisko 90 tys. osób. Parking przy hali stał się mini dworcem autobusowym dla przyjeżdżających i odjeżdżających Ukraińców. Obsługa konieczna była całodobowo, bo niektórzy docierali tu późną nocą. Robienie naleśników, kopytek i pierogów o 4 nad ranem stało się normą. Uzupełnieniem tego, co gotowano na miejscu, była oferta w foodtrackach. Menu rozszerzało się też o to, co przywoziły koła gospodyń wiejskich, restauratorzy i mieszkańcy. Przywożono bigos, pierogi, barszcz i wszystko, co łatwo jest podać na ciepło. A przypomnijmy, że trudnych przeżyć - oprócz dorosłych - doświadczały dzieci, więc wszyscy próbowali trafić z tym, co - mimo emocji - będą w stanie zjeść także maluchy.

Dziś jest spokojnie. Niektórzy wracają do Ukrainy

- Przyznaję się, że od miesiąca nie znam wyglądu miasta, bo ciągle jestem w punkcie recepcyjnym albo jeżdżę między magazynami - mówi Watras. Dziś w punkcie recepcyjnym zauważa nie tylko to, że liczba osób potrzebujących wsparcia zmniejszyła się z kilku tysięcy do 200-300 w ciągu doby. Widać też powroty do Ukrainy. - Nie potrafię powiedzieć, jaka to jest skala, ale niektórzy już wracają do swojego kraju. Słyszymy też czasem, że tworzą się kolejki na granicy w przeciwnym niż dotychczas kierunku - dodaje.

Na poziomie obsługi urzędowej i życia społecznego miasto funkcjonuje normalnie - słyszymy w urzędzie. Miasto nie zapełniło się uchodźcami, bo ci - po otrzymaniu pomocy - odjeżdżali dalej. Były to zwykle duże, polskie miasta i w innych krajach europejskich.

Widok osób z Ukrainy w Hrubieszowie nie jest czymś nadzwyczajnym, bo Ukraińcy byli tu od lat codziennie. Z mieszkańcami łączyły ich sprawy gospodarcze, wymiana handlowa, robili też większe zakupy. - Różnicą jest to, że dziś bardziej szukają u nas schronienia i widać osoby mniej znające okolice. Wiemy, że mieszkańcy przyjęli dużo osób do swoich mieszkań, a nam ci właśnie uchodźcy w punkcie również pomagają. Często wspierają nas mamy z Ukrainy z maluchami przy nodze - opisuje burmistrz.

Przy ośrodku recepcyjnym zachowano również przestrzeń dla mieszkańców Hrubieszowa. Znajduje się tu park linowy, siłownia zewnętrzna, bieżnia i boiska. Mieszkańcy, korzystając z wiosny, coraz chętniej tu przychodzą - czasem również z ciekawości. Chcą zobaczyć, jak działa jeden z największych w Polsce punktów wsparcia dla uchodźców. - Punktu recepcyjnego nie zamykamy, jesteśmy ciągle na posterunku. Widzimy, że ciągle jesteśmy potrzebni. Życie jednak toczy się dalej i niebawem na tym terenie wracamy równolegle do zawodów i sportowych rozgrywek - mówi dyrektor HOSiRu.