Miała być praca i mieszkanie dla kobiet z Ukrainy, a był koszmar. "Kazali dzieciom się zamknąć"
Ola, Ania i Jula to trzy młode Ukrainki, które do Polski przyjechały z Łucka, z dziećmi w wieku 3, 6 i 6 lat. Ich mężowie zostali w Ukrainie, walczą na wojnie. One uciekły tak jak kilka milionów innych Ukraińców. Nie chciały, by dzieci słyszały odgłosy bomb czy patrzyły na żołnierzy z bronią albo walące się budynki.
W drodze do Polski ktoś z Ukrainy dał im kartkę z ofertą pracy. - Miała być praca i możliwość zamieszkania z wyżywieniem. Ustaliłyśmy wspólnie, że dwie z nas pójdą pracować, a trzecia będzie siedzieć z dziećmi - opowiada jedna z kobiet. Młode mamy z granicy - dzięki wolontariuszom - trafiły do Lublina. Potrzebowały jednak transportu na drugi koniec Polski. Ktoś pokierował je do Lubelskiego Społecznego Komitetu Pomocy Ukrainie.
- Panie trafiły do nas z karteczką, na której były informacje dotyczące pracy. Chodziło o dużą firmę, znanego producenta. Przyszły do nas z pytaniem, czy nie moglibyśmy pomóc w znalezieniu transportu - mówi Jarosława Szewczuk z Lublina. A że akurat jeden z wolontariuszy przyjechał z Wrocławia z darami dla Ukrainy, okazało się, że w drodze powrotnej może zabrać całą szóstkę.
"Przypominało mi to jakiś obóz pracy"
- Przyjechaliśmy późno wieczorem. Budynek stał w lesie. Wszedłem z paniami do środka, bo pomogłem im wnieść walizki. W środku było brudno, na każdym piętrze stały setki butów. Potworny smród na poszczególnych piętrach. I mimo później pory, kręcący się ludzie - kobiety i mężczyźni, wymieszani - opowiada pan Tomasz. Zajrzał do sali. - Sale były wieloosobowe, w środku stalowe prycze. Warunki bardzo trudne. Miałem poczucie, jakby to był jakiś przepełniony obóz pracy - dodaje. Jak tłumaczy, czuł, że młode mamy i ich pociechy nie powinny zostać w tym obiekcie, ale nie miał gdzie ich zabrać. - Wyszedłem stamtąd rozgoryczony. Wiedziałem, że nie tak to powinno wyglądać - opowiada.
Dwie pani zostały w budynku w lesie, dla trzeciej zabrakło miejsca - pojechała do innego ośrodka. - W budynku wszędzie było bardzo brudno i ciemno. Dostałam łóżko, na którym miałam spać razem z dzieckiem. Materac był cały brudny. Rzucono mi poduchę i jakąś kołdrę. Nie było prześcieradła, żadnej pościeli, nic. Do tego strasznie duszno - opowiada pani Anna.
Dodaje, że nie zmrużyła oka. Przed godz. 6.00 rano zaczęły się głośne rozmowy i trzaskanie drzwiami. Widać było, że część osób szykuje się do pracy.
Pani Ania opowiada, że dzieci były przerażone. - Mówiły, że nie chcą tu być. Prosiły, by je stamtąd zabrać - mówi nasza rozmówczyni. Kobiety nie miały nic do jedzenia, bo żywienie miało być zagwarantowane. - Okazało się, że tak nie jest. Gdy zapytałyśmy, gdzie można coś kupić, okazało się, że najbliższy sklep jest 5 km dalej, trzeba iść przez las - mówi pani Ania. Dodaje, że na szczęście znalazły w torbie ciastka, które dostały dzień wcześniej od wolontariuszy.
- Cały budynek przypominał piwnicę. Miejsce było straszne. Część mieszkańców to byli mężczyźni, którzy kazali dzieciom "się zamknąć", bo wrócili z nocnej zmiany i oświadczyli, że muszą się wyspać - mówi mama.
Kobiety uzgodniły, że dłużej w ośrodku nie zostaną. Miały telefon do pana Tomasza, napisały SMS. - Pytały, czy mogę je stamtąd zabrać. Napisały, że jest tam strasznie - mówi pan Tomasz. Bez wahania wsiadł w samochód i pojechał. - Czekały na mnie już na ulicy - opowiada.
Ukrainki ostatecznie zamieszkały we Wrocławiu, w jednym z ośrodków dla uchodźców z Ukrainy. W czystym, schludnym miejscu, gdzie wszyscy są dla nich przyjaźni, a dzieci mają się gdzie bawić. - Teraz jesteśmy wszystkie razem, nikt nas nie rozdziela, dzieci są zadowolone, nakarmione, bawią się. Jest zupełnie inaczej - tłumaczy pani Ola.
Co to za miejsce, do którego trafiły młode Ukrainki?
Jak ustaliliśmy, chodzi o budynek po byłym domu dziecka, który położony jest w gminie Milicz. Jak mówi burmistrz Milicza Piotr Lech, w budynku mieści się - zarządzany przez prywatnego przedsiębiorcę - "hotel robotniczy". Jak dodaje, mieszkają w nim pracownicy pobliskiej fabryki (chodzi o znanego producenta wędlin i soków). - To na pewno nie jest miejsce dla matek z dziećmi - przyznaje burmistrz. Obiecuje, że sprawą się zajmie i zrobi, co może, by nie trafiła tam już żadna uciekająca przed wojną Ukrainka z dziećmi.
W poniedziałek 21 marca 2022 roku wysłaliśmy pytania do firmy, której pracownicy mieszkają w "hotelu". Już po publikacji artykułu dostaliśmy odpowiedź od Radosława Chmuraka, wiceprezesa Tarczyński S.A. Pan prezes wskazuje, że "Tarczyński S.A. od lat współpracuje z firmą Giewont, która dostarcza nam pracowników tymczasowych, w tym także obywateli Ukrainy. Ich pracodawcą jest firma świadcząca usługi zarówno dla naszej firmy, jak również wielu innych firm w regionie i w całej Polsce".
Prezes wskazał również, że Tarczyński "jako firma produkcyjna, specjalizująca się w produkcji wędlin nie zajmuje się wynajmem nieruchomości i organizacją miejsc noclegowych". "Nie mamy również wpływu na jakość i standard zamieszkania pracowników zatrudnionych przez firmę Giewont, która jest właścicielem opisanego w Pani artykule budynku w Sułowie. Nie mamy również wpływu na warunki zatrudnienia i oferty kierowane do osób zainteresowanych zatrudnieniem w firmie Giewont" - napisał prezes.
Dodał jednocześnie, że firma wspiera Ukrainę w obliczu wojny, "przekazując od początku trwającego konfliktu wsparcie rzeczowe, sprzętowe i żywnościowe o wartości przeszło 1,2 miliona zł".
***
- Gdy panie trafiły do nas z zapisanymi danymi firmy, w której miały pracować, wydawało nam się, że nie można mieć zastrzeżeń - chodziło przecież o znaną, dużą firmę. Dlatego przez myśl nam nie przeszło, że coś może być nie tak - mówi Jarosława Szewczuk z Lubelskiego Społecznego Komitetu Pomocy Ukrainie. - W tym całym nieszczęściu szczęściem było to, że był pan Tomasz. I że mógł zabrać panie w zupełnie inne, bezpieczne miejsce - dodaje wolontariuszka.
Radzi, by nie wierzyć w każdą otrzymaną ofertę pracy czy mieszkania. Zanim się zdecydujemy, należy wszystko dokładnie sprawdzić.