Lubelskie. Trudna sytuacja na granicy. "Nie można mówić, że poradziliśmy sobie z kryzysem, on będzie miał jeszcze kilka odsłon"
Przedstawiciele Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka są na przejściach granicznych regularnie, od początku wojny. Jak piszą w swoim ostatnim raporcie, liczba uchodźców na polsko-ukraińskiej granicy zaczęła spadać, co nie oznacza jednak, że nie ma ich wcale. 'Przez cały trzeci i czwarty tydzień marca granicę z Polską przekraczało od 15 do 35 tysięcy osób dziennie' - piszą autorzy raportu, którzy w ramach monitoringu byli na Lubelszczyźnie, w takich miejscowościach jak Chełm, Dołhobyczów, Dorohusk, Hrubieszów, Lublin i Zamość.
Z obserwacji wolontariuszy wynika, że obecnie coraz mniej osób przyjeżdża do Polski własnymi samochodami. Uchodźcy są mniej zamożni. Jak sami przyznają, najczęściej nie mają ze sobą oszczędności, a jeśli mają jakieś pieniądze, to niewiele (kilkadziesiąt/kilkaset hrywien). Pomagają im wolontariusze - przekazują żywność i inną pomoc materialną.
Choć od początku wojny minął ponad miesiąc, pomoc wciąż opiera się głównie na wolontariuszach. Ci z Lubelszczyzny - z Chełma, Dołhobyczowa czy Zamościa - zwracają uwagę, że koordynacja pracy nadal polega głównie na skrzykiwaniu się przede wszystkim przez media społecznościowe. Brakuje systemowej koordynacji działań.
Dla przykładu, na przejściu granicznym w Dorohusku działa Polska Akcja Humanitarna czy World Central Kitchen, które gotuje posiłki dla uchodźców. 'Władze lokalne są przekonane, że wolontariuszy nie brakuje, a z rozmów z samymi wolontariuszami wynika, że są przemęczeni i z konieczności, a także braku innych wolontariuszy przedkładają pracę wolontariacką nad własne zobowiązania zawodowe i osobiste' - pisze HFPCz.
Prawnicy z fundacji wskazują również, że na przejściach nie ma odpowiedniej infrastruktury, mimo kolejnych tygodni wojny. Piszą o zaledwie kilku przenośnych toaletach w Dorohusku i Dołhobyczowie czy braku ogrzewanych namiotów.
Prof. Maciej Duszczyk, ekspert od tematyki migracyjnej z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego - jednocześnie przedstawiciel Ośrodka Badań nam Migracjami - nie ma wątpliwości, że kluczowe jest obecnie systemowe podejście do zarządzania kryzysowego, a tego brakuje.
- Nie można ogłosić zwycięstwa i mówić, że poradziliśmy sobie z kryzysem migracyjnym, bo kryzys będzie miał jeszcze kilka odsłon - mówi profesor. - Niestety, mieliśmy do czynienia z dwiema polskimi chorobami administracyjnymi. Z jednej strony jest to 'jakoś to będzie', a z drugiej spychologia z jednych na drugich. Jeśli administracja będzie dalej się tak zachowywała, to ja się bardzo boję, jak ten kryzys ostatecznie się zakończy - dodaje nasz rozmówca.
Profesor podkreśla, że w dużej części zakończył się pierwszy etap, czyli okres recepcyjny. - Ale to nie znaczy, że my do niego za chwilę nie wrócimy. Bo jeżeli organizacje pozarządowe i społeczeństwo obywatelskie stwierdzi, że już nie ma siły pomagać, to czas recepcji wróci. Znów pojawią się pytania dotyczące zakwaterowania, wyżywienia, leczenia uchodźców. I to już nie może być wtedy pomoc oparta o firmy czy osoby fizyczne, ale o instytucje do tego powołane. To wszystko muszą stworzyć wojewodowie, a ja na razie większych aktywności w tym zakresie nie widzę. A to jedno z głównych wyzwań - mówi dalej prof. Duszczyk.
Rzeczywiście, z raportu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka już teraz widać, że zaczyna się pojawiać ogromny problem z mieszkaniami czy pokojami dla uchodźców. Ci, którzy początkowo je wynajmowali, teraz zaczynają się z tego wycofywać. Brakuje miejsc stałego pobytu, na dłużej - np. w Lublinie przybywa zaledwie kilka ofert dziennie.
'Samorządom miast wojewódzkich, do których uchodźcy trafiają na dłużej (np. Lublin), mimo podejmowanych prób, w większości nie udało się dotychczas nawiązać sprawnej komunikacji z władzami centralnymi' - czytamy w raporcie HFPCz. 'Bardzo istotnym aspektem jest również brak długoterminowej strategii integracyjnej na szczeblu państwowym'.
- Jeśli eksperci od migracji, od rynku pracy, edukacji i innych dziedzin usiądą i podejmą rozmowy, zaczną współpracować, to damy radę. Pamiętajmy, że to nie jest fizyka kwantowa, ale procesy społeczne, którymi naprawdę można zarządzać. Tylko trzeba chcieć to zrobić - podsumowuje profesor.