''Bo usłyszałem w telewizji''. Lawina skarg i telefonów do Okręgowej Komisji Wyborczej
W części obwodowych komisji wyborczych w Lublinie - jak twierdzili mieszkańcy - pytano ich, jakie karty do głosowania sobie życzą albo czy chcą kartę do referendum. Komentarze w tej sprawie pojawiły się m.in. w mediach społecznościowych. Temat podjęło też część polityków i telewizja publiczna. Alarmowano, że tego typu pytania są niezgodne z prawem - miałyby sugerować brak udziału w referendum, gdzie kluczowe znaczenie ma frekwencja. Apelowano, by zgłaszać takie przypadki.
W efekcie lubelska Okręgowa Komisja Wyborcza - ta, do której spływały protokoły wyborcze - otrzymała setki telefonów ze zgłoszeniami i skargami. - Mamy pięć linii telefonicznych i wieczorem wszystkie były zajęte przez osoby, które zgłaszały te nieprawidłowości. Bardzo utrudniony był kontakt z nami choćby dla członków obwodowych komisji wyborczych - przyznaje Piotr Czajkowski z Krajowego Biura Wyborczego w Lublinie.
Jak podkreśla, to destabilizowało pracę komisji i delegatury KBW. Problem pojawiał się m.in. wtedy, gdy w jakiejś komisji kończyły się karty do głosowania, a jej członkowie nie mogli dodzwonić się z prośbą o uruchomienie rezerw, bo linia była zajęta. Czajkowski podkreśla, że 'w potoku e-maili i telefonów trzeba było wychwytywać' problemy kluczowe, wymagające ingerencji tu i teraz.
Zorganizowana akcja?
Jak słyszymy, cała sprawa wyglądała na zorganizowaną akcję. Wiadomości miały często identyczną treść, choć wysyłane były z różnych adresów. Podobnie z telefonami. - Pytaliśmy dzwoniących: "No dobrze, a kiedy pan głosował?" Odpowiedź: "O ósmej rano". Gdy dopytywaliśmy, dlaczego dzwoni zatem o godz. 18, słyszeliśmy, że dlatego, że usłyszał w telewizji, że można czy trzeba to zgłosić - podaje Piotr Czajkowski.
Przemysław Czarnek zdecydowanym zwycięzcą w regionie. Pawłowska poza Sejmem
Z podobnymi telefonami od wyborców spotkali się też urzędnicy Miejskiego Biura Wyborczego w Lublinie. - Dzwoniono do nas w ciągu dnia z informacją, że w konkretnych komisjach padają pytania dotyczące kart do głosowania. To była lawina telefonów. Z pytaniami, czy tak może być i czy to zgodne z prawem - przyznaje Łukasz Mazur, pełnomocnik prezydenta Lublina do spraw wyborów.
Jeśli chodzi o komisję okręgową, początkowo każdą skargę starano się wyjaśniać, ale z czasem stało się to niemożliwe. Nie dało się zadzwonić do każdej komisji z pytaniem, bo telefon był non stop zajęty przez dzwoniących ze skargami wyborców. - Gdy ostatecznie dodzwanialiśmy się do danej komisji, najczęściej od przewodniczących słyszeliśmy, że nie potwierdzają, by takie pytania dotyczące kart do referendum w ogóle miały miejsce - mówi Czajkowski.
Były też telefony w drugą stronę
Mecenas Krzysztof Sokołowski był obserwatorem wyborczym w Okręgowej Komisji Wyborczej w Lublinie, z ramienia jednej z organizacji pozarządowych. Jak opowiada, był świadkiem bardzo obywatelskiej postawy osób, które zasiadały w komisjach.
Adam Gomoła najmłodszym posłem nowej kadencji. 'Dziś z Wami zbijam 'piątkę''
- Jeden z członków Okręgowej Komisji Wyborczej obdzwaniał komisje obwodowe, by przypomnieć im, że nie można zadawać pytania, kto i ile kart wyborczych sobie życzy. Wspominał, że PKW wydała w tej sprawie komunikat. I jedna z przewodniczących odpowiedziała mu wprost, że w Kodeksie wyborczym nie ma żadnego przepisu, który zakazywałby informowania wyborcy o tym, że ma wybór, jeśli chodzi o karty do głosowania - mówi Sokołowski.
- Wtedy członek OKW powołał się na art. 161 Kodeksu wyborczego, który wskazuje, że wytyczne Państwowej Komisji Wyborczej są wiążące. Na co pani przewodnicząca odpowiedziała, że wytyczne PKW muszą być przede wszystkim zgodne z prawem - dodaje.
- To jest przykład przeobrażenia naszego społeczeństwa, przykład wzrostu świadomości prawnej i obywatelskiej. Ta rozmowa była dla mnie bardzo budująca - mówi Sokołowski.
Na Lubelszczyźnie frekwencja w referendum wyniosła 49 procent, była więc wyższa od ogólnopolskiej. Co ważne, część wyborców brała karty do referendum, ale wcale nie głosowała tak, jak oczekiwała i - w kampaniach profrekwencyjnych - podpowiadała im władza. Było kilkanaście tysięcy osób, które zaznaczyły, że chcą wyprzedaży majątku narodowego czy opowiadają się za podwyższeniem wieku emerytalnego. - Mam wrażenie, że wyborcy opozycji chcieli w ten sposób zagrać na nosie rządzącym, traktując to referendum z dystansem - mówi nam pan Wojciech z jednej z lubelskich komisji.