,
Obserwuj
Lubelskie

"To było silniejsze ode mnie". Dziennikarka Polskiego Radia zakrzyczana na proteście przed TVP

7 min. czytania
22.12.2023 11:04
- Nie wiem, skąd pojawił się we mnie odruch, że powinnam zabrać głos. Nigdy wcześniej nie wypowiadałam się publicznie na tego typu zgromadzeniach. Jednak poczucie, że muszę zareagować, było silniejsze ode mnie - mówi TOK FM Katarzyna Michalak. Reportażystka Polskiego Radia Lublin pojawiła się na proteście przed TVP. W rozmowie z nami ujawnia kulisy całego zajścia, a także pracy w publicznej rozgłośni.
|
|
fot. Iwona Burdzanowska

Katarzyna Michalak jest reportażystką Polskiego Radia Lublin. Zdobyła Grand Press 2018 za reportaż radiowy, ale też wiele innych nagród, m.in. na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Radiowej Prix Marulić w Chorwacji czy nagrodę Prix Italia. Swoje zawodowe doświadczenia zebrała w książce 'Dźwięk bez fikcji. O radiowym reportażu artystycznym'.

To właśnie ona w środę (19 grudnia) pojawiła się na proteście przed siedzibą Telewizji Polskiej w Lublinie. Byli tam głównie zwolennicy PiS nawołujący do 'obrony wolnych mediów'. - Wybrałam się do pobliskiego sklepu, żeby kupić coś do jedzenia. Sklep jest naprzeciwko telewizji. I usłyszałam płynące z protestu słowa, że 'obecna władza dokonuje zamachu na wolność mediów', a także opowieści o tym, jak wspaniale było przez ostatnie lata. A nie było wspaniale - mówi zdecydowanie Michalak.

- Nie wiem, skąd pojawił się we mnie odruch, że powinnam zabrać głos. Nigdy wcześniej nie wypowiadałam się publicznie na tego typu zgromadzeniach. Jednak poczucie, że muszę zareagować, było silniejsze ode mnie. Poprosiłam o głos i nawet się ucieszono, że w tym gronie jest dziennikarka Polskiego Radia. Prawdopodobnie pomyślano, że będę stosować tę samą narrację, co inni uczestnicy protestu - opowiada nasza rozmówczyni.

- Powiedziałam, jak z mojej perspektywy wyglądała ta 'wolność mediów'. Opowiedziałam o moich kolegach z licznych rozgłośni regionalnych Polskiego Radia, którzy musieli opuścić swoje ukochane miejsce pracy, cierpią na depresję, muszą brać leki, mają też inne problemy. Spotkałam się jednak ze ścianą - opowiada dziennikarka. Protestujący przed TVP zakrzyczeli ją.

- W czasie przemawiania jeszcze jakoś się trzymałam, bo poszłam za impulsem. Nie mogłam słuchać kłamstw. Potem rzeczywiście byłam roztrzęsiona, bo po raz pierwszy spotkałam się z taką agresją - dodaje nasza rozmówczyni.

Kiedyś praca w Polskim Radiu była etosem, przywilejem, czymś wielkim.

Katarzyna Michalak trafiła do Polskiego Radia w 1997 roku - najpierw do rozgłośni w Łodzi, po dwóch latach do Lublina. Zajęła się reportażem radiowym. - To były czasy, gdy uczniowie - w tym ja - uczyli się od mistrzów - wspomina Katarzyna. - Kiedyś praca w Polskim Radiu była etosem, przywilejem, czymś wielkim - dodaje. W jej opinii zmieniło się to po 2016 roku. Jak wspomina, zaczęto przyjmować do rozgłośni ludzi, którzy nie mieli żadnego doświadczenia, a od razu trafiali na antenę.

Pewnych tematów lepiej nie ruszać

Dziennikarka nie kryje, że w Polskim Radiu w Lublinie przez ostatnie lata nie było tak drastycznie - jeśli chodzi o realizowane tematy, cenzurę czy traktowanie ludzi - jak w innych miastach, np. w Rzeszowie, Gdańsku, Szczecinie czy w Radiu Zachód, gdzie w ostatnich dniach doszło do buntu pracowników przeciwko cenzurze i nękaniu. Ale i w Lublinie spotkała się z tym, że pewnych tematów lepiej nie ruszać.

- Pierwsze napięcia pojawiły się na przełomie 2016 i 2017 roku, gdy razem z moją redakcyjną koleżanką Agnieszką Czyżewską-Jacqueme zajmowałam się sytuacją na dworcu w Brześciu. Zrobiłyśmy reportaż 'Marmur i dzieci'. Został wyemitowany, ale pojawiły się zarzuty, że nie byłyśmy do końca obiektywne. Że dałyśmy się ponieść emocjom - wspomina dziennikarka. Reportaż opowiadał o setkach rodzin, w tym dzieci, m.in. z Czeczenii, które czekały na wpuszczenie do Polski. Chciały złożyć wnioski o status uchodźcy, ale Straż Graniczna ich nie przyjmowała, łamiąc tym samym prawo międzynarodowe.

'Łapy precz!', 'Tusk do Berlina'. Protesty przed regionalnymi ośrodkami TVP

Niedługo potem, jak wspomina dziennikarka, pojawiały się wątpliwości wobec zapraszanych przez nią do programu gości oraz zlecenia na konkretne tematy. - Mówiono nam wprost, o czym mają być nasze reportaże. Chodziło o tematy związane m.in. ze świętami patriotycznymi czy rocznicami okolicznościowymi. Zagęszczenie tego było ogromne. Czasami już brakowało nam pomysłów, jak dany temat 'ugryźć' w reportażu - opowiada Michalak.

Tak też było z materiałem, po którym zrezygnowała z funkcji kierownika działu reportażu. Dotyczył Dnia Flagi, powstał w maju 2018 roku i - jak słyszymy - został ocenzurowany. Michalak mówi, że redaktor naczelna, którą przez ostatnie lata była wieloletnia dziennikarka Radia Zet Małgorzata Piasecka, wstrzymała jego emisję.

Kilka godzin przed emisją reportażu o Dniu Flagi dostałam telefon, że zostaje wstrzymana

- Agnieszka Czyżewska-Jacqueme wpadła na pomysł, że opowie o fladze w ten sposób, że dotrze do miejsc i ludzi, którzy z barwami narodowymi obcują na co dzień. Była m.in. w sklepie z odzieżą patriotyczną. Rozmawiała z człowiekiem, który jeździł po mieście na rowerze z dwiema flagami: polską i unijną. Weszła też do baru sprzedającego kebaby. Chodziło o sieć pod szyldem 'Prawdziwy kebab dla prawdziwego Polaka'. Zastała tam właściciela i zapytała, dlaczego w takim miejscu wisi portret marszałka Józefa Piłsudskiego. Pan zacytował wtedy słowa Mariana Kowalskiego [działacza Ruchu Narodowego - przyp. red.], że 'kto historii nie szanuje, niech się w d...ę pocałuje'. I te słowa padły w reportażu jako pewna charakterystyka środowiska nacjonalistycznego w Lublinie - opowiada nasza rozmówczyni.

Red. Katarzyna Michalak, Polskie Radio Lublin
Red. Katarzyna Michalak, Polskie Radio Lublin
Fot. Anna Gmiterek-Zabłocka/ Radio TOK FM

- Jako wydawca i kierownik nie miałam wątpliwości, że to ważny reportaż. Ale kilka godzin przed emisją dostałam telefon, że zostaje ona wstrzymana - dodaje Katarzyna. Podkreśla, że pierwszy raz w życiu spotkała się z taką decyzją i było to dla niej duże zaskoczenie. - Usłyszałyśmy, że zrobiłyśmy to na złość i że to się nie nadaje na antenę - tłumaczy dziennikarka. W jej opinii zarzut był kompletnie nietrafiony.

Wewnętrzna emigracja

Od tego momentu - jak mówi Michalak - miała poczucie 'wewnętrznej emigracji'. - Masz świadomość, że wszystko, co wydarzyło się do tej pory, jest ważne. To, co osiągnęłaś, jest ważne. To miejsce - czyli radio - jest twoim drugim domem, ale jednocześnie wiesz, że na pewne rzeczy nie możesz się godzić. Prawda jest taka, że nie miałam gdzie pójść, bo nikt więcej nie zajmował się reportażem radiowym. Zdecydowałam się więc zostać w Polskim Radiu - tłumaczy.

Coraz bardziej jednak odczuwała, że nie jest w redakcji szczególnie mile widziana. - To są rzeczy bardzo subtelne, które wpływają na to, że czujesz się osobą niewidzialną. Ludzie już się nie uśmiechają na twój widok, wolniej reagują na twoje prośby, a w nocy dostajesz telefon od jednego z kolegów ze słowami: 'Ja cię popieram, ale mam kredyt do spłacenia'. To jest takie powolne znikanie - opisuje.

Przyznaje też, że po akcji z reportażem o Dniu Flagi zaczął działać u niej tzw. efekt mrożący. Zresztą nie tylko u niej. - Pojawiła się autocenzura. Bywało, że rozmawialiśmy w redakcji o ważnych rzeczach, które dzieją się w mieście, ale wiedzieliśmy, że jeśli poruszymy ten temat, to znowu będzie zamieszanie, złość, napięcie. Że znów niektórzy będą pisać, że 'nam odbiło', że możemy iść pracować do 'Gazety Wyborczej' albo do TVN. I tak, przyznaję, widząc lęk części z nas, zaczęliśmy pewne tematy odpuszczać. Nie zajęliśmy się na przykład tym, co spotykało społeczność LGBT. Bart Staszewski odwiedzał różne miejscowości, rozmawiał z ludźmi. To byłby świetny temat na reportaż, ale wiedzieliśmy, że to nie przejdzie - dodaje nasza rozmówczyni.

Przyznaje, że - mimo wszystko - nie było w niej lęku przed zwolnieniem z pracy. - Chciałam wciąż robić reportaże w tych warunkach, jakie były, ze znakomitymi realizatorami dźwięku, wiedząc, że jesteśmy fajnym zespołem. Czy mówiłam sobie, że muszę zacisnąć zęby i jakoś to przetrwać? Pewnie trochę tak. Wiedziałam też, że historia to sinusoida i że wszystko się kiedyś skończy - dodaje.

Nocna blokada siedziby PAP. Na miejscu pojawił się sam prezes Kaczyński

Michalak wspomina też reportaż o Ludwiku Czugale, jednym ze współzałożycieli UMCS, który zginął z rąk jednego z tzw. Żołnierzy Wyklętych. Jego historię można przeczytać

TUTAJ.

- Za ten reportaż dostałam nagrodę Grand Press. Pamiętam, że jak go zrobiłam, poszłam do szefostwa, by się wytłumaczyć. Niby nie było zastrzeżeń, ale jednak pojawiły się sugestie, że trzeba ten materiał w odpowiedni sposób wprowadzić na antenę. Czułam, że są obawy, czy nikt nie będzie miał uwag albo pretensji - mówi dziennikarka.

Po rezygnacji z funkcji kierownika redakcji zaczęła spisywać to, czego doświadczała. - Uznałam, że może kiedyś będę mogła dać świadectwo tego, co się działo. W tych notatkach są fragmenty rozmów, które toczyły się na naszych zebraniach. Jest też wzmianka o tym, jak - jako radiowiec - zostałam zaproszona do lubelskiej TVP, by opowiedzieć o swojej pasji, a dyrektor telewizji wstrzymał emisję programu z moim udziałem. To są sytuacje, gdy czujesz się zaszczutym zwierzęciem. Niby nikt wprost nie mówi ci, że jesteś wrogiem, bo inaczej myślisz, ale wiesz, że jesteś na cenzurowanym - opowiada dziennikarka.

W ostatnich latach poznałam, czym jest serwilizm - służalczość, ślepe podporządkowanie dla świętego spokoju i dla własnych korzyści

Czego dziś oczekuje? - Kilka dni temu trafił do mnie obywatelski projekt ustawy medialnej, w którym zamiast nazwy 'media publiczne' używa się sformułowania 'media służby publicznej'. To jest kalka z angielskiego 'public media service', czyli dziennikarz mediów publicznych ma służyć społeczeństwu. W mojej ocenie to świetny projekt, kładący nacisk na kompetencje zarządzających, ale i ambitny program w mediach, na obywatelskość. Projekt przygotowały niezależne organizacje dziennikarskie i medioznawcy. Wiem, że pracowano nad nim od dwóch lat - opowiada w rozmowie z TOK FM.

'Boimy się starych błędów'

- Czekamy teraz, aby było tak, jak obiecywano w kampanii. Aby przyszli ludzie kompetentni, odpowiedzialni. Boimy się starych błędów, w tym przede wszystkim upartyjnienia zarządów mediów publicznych. Nie chcemy takich rozwiązań, już dość. W ostatnich latach poznałam - tak namacalnie - czym jest serwilizm. Zobaczyłam służalczość, ślepe podporządkowanie dla świętego spokoju i dla własnych korzyści, akceptację narzuconego porządku i branie w tym udziału - mówi Katarzyna Michalak. - Sytuacja dziennikarza podczas wojny plemiennej, a z tym mieliśmy do czynienia, nie jest łatwa. Chciałabym, aby teraz media wróciły do społeczeństwa. By wróciła uczciwość i przyzwoitość, której w polityce jest tak mało - podsumowuje gościni TOK FM.

Nowe 'Wiadomości' TVP. Kim jest Marek Czyż, który je prowadzi?