,
Obserwuj
Lubelskie

"Tę historię trzeba znać. Bez cenzury i milczenia". Dla nich wojna przestała być fikcją

6 min. czytania
23.06.2024 08:00
Rosyjska agresja na Ukrainę i tocząca się na terytorium naszego sąsiada wojna zmusiły wielu z nas do zmiany dotychczasowych poglądów i zachowań. Wcześniej konflikty zbrojne były jedynie tematem na lekcjach historii czy filmową fabułą. Jolanta Laskowska z Działu Edukacji w Państwowym Muzeum na Majdanku opowiedziała tokfm.pl, jak wojna zmieniła prowadzone przez nią zajęcia. - Raz zdarzyło się, że ktoś nawiązał wprost do Mariupola i dramatu, który się tam rozegrał - przyznała.
|
|
fot. JAKUB ORZECHOWSKI

Jolanta Laskowska jest kierowniczką Działu Edukacji w Państwowym Muzeum na Majdanku. Pracuje tu od 2008 roku. Wcześniej przez lata była nauczycielką. Dziś - w trakcie zajęć edukacyjnych - bywa, że w grupie osób, z którymi pracuje ma młodych ludzi z Ukrainy. Sami doświadczyli, czym jest wojna, widzieli spadające rakiety, siedzieli w schronach. Z realnego życia znają to, o czy opowiada się na lekcjach historii.

TOK FM: Od ponad dwóch i pół roku trwa w Ukrainie pełnoskalowy konflikt zbrojny, który do tej pory znaliśmy głównie z historii. Jak rozmawia pani z uczestnikami zajęć o nawiązaniach do tego, co przyniosła II wojna światowa i do tego, co dzieje się dziś? Czy pojawiają się odniesienia do przeszłości i teraźniejszości?

Jolanta Laskowska: Oczywiście, tak. Wrócę do momentu wybuchu wojny w Ukrainie. Doskonale pamiętam dzień 24 lutego 2020 roku. Pracowaliśmy wtedy w trybie on-line i miałam zajęcia z uczniami szkoły średniej z Warszawy. Wiedziałam, że w grupie są młodzi ludzie z Ukrainy. Mam duże doświadczenie w pracy edukacyjnej, ale nie było mi łatwo - zastanawiałam się wtedy, o czym w końcu mam opowiadać, o której wojnie mam mówić? To nie było proste, bo nagle przeszłość z teraźniejszością - siłą rzeczy - zaczęła się splatać.

No właśnie. Co było najtrudniejsze?

Pracujemy w oparciu o pedagogikę pamięci. Zakłada ona aktywny udział uczestnika w procesie poznawania historii - chodzi bardziej o uczenie się niż nauczanie. Zakłada ona także pokazanie młodym ludziom, ale też i dorosłym, że to, co się wydarzyło - zawsze do tego nawiązujemy - tak czy inaczej odbija się na teraźniejszości. Rozmawiamy też o tym, że my sami też powinniśmy szukać powiązań, aby móc pewnych naszych ludzkich zachowań próbować uniknąć czy je złagodzić.

Chodzi o wyciąganie wniosków z historii. I w momencie, gdy rozmawiałam z uczestnikami zajęć o tym, co przed laty wydarzyło się w obozie koncentracyjnym na Majdanku - np. o tym, jaką rolę odgrywała w obozie przyjaźń albo jakie grupy w obozie były traktowane gorzej i dlaczego - uczestnicy sami zaczęli wskazywać na Ukrainę, na młodzież ukraińską, która trafiła do polskich szkół. Sami też wskazywali i wskazują na to, że na początku Polacy masowo rzucili się, żeby pomagać, czuliśmy się bezradni i przez tę pomoc ta bezradność była mniejsza. Ale potem, jak to człowiek ma w zwyczaju, nasze postawy się zmieniają. I młodzi ludzie niejednokrotnie mówili nam, że zauważyli, że ich ukraińscy koledzy nie zawsze są traktowani tak jak uczniowie z Polski, że czasami pojawia się hejt czy dyskryminacja.

Jolanta Laskowska, Państwowe Muzeum na Majdanku
Jolanta Laskowska, Państwowe Muzeum na Majdanku
Fot. ze zbiorów prywatnych pani Jolanty

Jak to dzisiaj wygląda? Wiemy, że w polskich szkołach są tysiące uczniów i uczennic z Ukrainy. Jak z nimi rozmawiacie na zajęciach, by np. komuś nie sprawić przykrości, nie wywołać skrajnych emocji?

Jeśli chodzi o samo opowiadanie historii obozu, tu się nic nie zmienia - opowiadamy ją taką, jaką ona była, bo historię tak trzeba opowiadać, bez cenzury i milczenia na temat określonych faktów. W trakcie zajęć wykorzystujemy np. relacje wideo z udziałem byłych więźniów obozu na Majdanku. Opowiadają o różnych mechanizmach zachowań człowieka w czasie wojny i w obozie. I wtedy obserwuję, że część młodzieży, o której wiem, że jest z Ukrainy, choć oczywiście wprost o to nie pytam- widzę, że na początku ci uczniowie są bardziej cisi, bardzo uważnie słuchają mojej opowieści, widać gestykulację czy mimikę na twarzy. Widzę emocje - ułożenie ust, widzę, czy oczy się przymrużają, czy też nie.

Potem przechodzimy do teraźniejszości, w której ci młodzi ludzie żyją i wtedy się ożywiają, zabierają głos, na przykład na temat okrucieństwa człowieka wobec człowieka. Raz zdarzyło się, że ktoś nawiązał wprost do Mariupola i dramatu, który się tam rozegrał. Nie dopytywałam, czy chodzi o rodzinę, czy znajomych. Nie chciałam spowodować wybuchu emocji, z którymi być może oboje byśmy sobie nie poradzili. Mam doświadczenie w rozmawianiu z ludźmi, ale wiem też, że czasami trzeba pomilczeć.

Jak pani obserwuje twarze uczestników zajęć, widzi w nich pani lęk?

Oczywiście, że tak. Emocje są różne - od bardzo dużego smutku, od strachu, przez niezgodę na to, co dzieje się w Ukrainie, po bezradność i pytania - co ja mogę z tym zrobić? Ale widzę też czasami taki wewnętrzny bunt, że nie można się poddać.

Zastanawiacie się wspólnie, jak to jest, że człowiek, ludzkość nie wyciąga wniosków z wydarzeń II wojny światowej?

Tak, to też wynika z tematyki zajęć. Dużą rolę przywiązujemy do biografii sprawców z Majdanka. Analizując te biografie sprzed 80 lat, możemy rozmawiać o kondycji człowieka, o tym dlaczego w podobnej sytuacji - różne osoby zachowają się kompletnie inaczej, dlaczego ludzie dokonują takich, a nie innych wyborów, jacy jesteśmy jako ludzie - czy zmieniamy się przez te lata, które mijają, czy może wręcz przeciwnie, zmienia się świat?

To są takie punkty wyjścia do dyskusji, do rozmowy?

Tak, rozmawiamy też o ludzkich motywacjach, o podejmowanych przez nas - ludzi - decyzjach np. w kontekście zagrożenia, ale też o sytuacjach, w których mamy władzę nad życiem drugiego człowieka. I chcę wierzyć, że kiedy mówimy o swoich własnych emocjach i zdamy sobie sprawę, że są one ciągle takie same, to jest szansa, że coś z tym zrobimy.

Że ci młodzi ludzie będą wiedzieli, jak się zachować?

Między innymi. Bo jeśli np. wiemy, że łatwo ulegamy wpływom albo, że fascynują nas autorytety, to zdając sobie sprawę z tego, do czego to doprowadziło patrząc na historię i do czego doprowadza ciągle, teraz, to jest szansa, że możemy coś z tym zrobić. Nie jesteśmy bezwolni.

Czy przez te lata pracy na Majdanku myślała pani kiedykolwiek, że będzie pani - w swoich działaniach edukacyjnych - nawiązywać do tego, co dzieje się tuż obok nas, za naszą granicą?

Nie, jestem przekonana, że nikt z nas o tym nie myślał. Oczywiście, nie mam złudzeń, że gdy jest spokój i pokój, to tak już będzie zawsze. Ale myślę, że zbyt rzadko powtarzamy ze zrozumieniem, że wolność nie jest dana raz na zawsze. Trzeba o nią dbać, trzeba doceniać to, co jest nam dane - że możemy rano wstać, ponarzekać, bo spóźnia się autobus, albo znowu szef nam dołożył jakąś robotę, a jeszcze nie skończyliśmy poprzedniej, że za oknem świeci słońce, a my nie musimy siedzieć w schronie. Wiem, że ktoś powie, że to strasznie banalne rzeczy, ale to nie są banały. Przecież to ukrywanie się w schronach w Ukrainie ciągle jest, tak jak było w czasie II wojny. Nie chcę tego porównywać, ale takie są fakty. Doceniajmy to, co mamy i pamiętajmy, że brak wiedzy szkodzi.

Czy czasami miewa pani takie spostrzeżenia, że ci młodzi ludzie - z Polski - żyją w jakiejś innej rzeczywistości, wychodząc z założenia, że wojna ich nie dotyczy? Że jest dla nich abstrakcją?

Oczywiście, dzieje się tak zgodnie ze słowami, że tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. Dopóki czegoś nie doświadczymy, nie zdajemy sobie z tego do końca sprawy. Nawet nie chodzi o tak straszną rzecz jak wojna, ale też o inne traumatyczne przeżycia. Ja bym wolała, żebyśmy nie wiedzieli, czym jest wojna, abyśmy nie musieli się o tym przekonywać. Ale też pamiętajmy o tym, że wojna nie spada z nieba - parafrazując słowa pana Mariana Turskiego - że wszystkie decyzje, wszystkie akcje i działania podejmują ludzie. Czyli mówiąc wprost - my.