Brak lektur w szkolnej bibliotece to dyskryminacja? "Chroniczna bezczynność"
Unia Europejska to określone wartości, w tym chociażby te dotyczące dyskryminacji. By starać się o środki unijne, trzeba tych wartości przestrzegać, w tym m.in. tych zapisanych w Karcie Praw Podstawowych. Wiedzą o tym doskonale samorządy, które miały u siebie 'słynne' dyskryminujące uchwały anty-LGBT czy Samorządowe Karty Praw Rodzin.
Komisja Europejska powiedziała jasno - kto ma taką uchwałę, nie ma szans na dofinansowanie remontów dróg, przedszkoli czy domów kultury, nie ma co myśleć o pieniądzach na wsparcie bezrobotnych czy tworzenie nowych firm. W efekcie, zdecydowana większość samorządów się z tego wycofała. Te, które tego zrobić nie chciały, pierwsze unijne dofinansowania już straciły. Stało się tak m.in. w Radzyniu Podlaskim, o czym pisaliśmy na naszym portalu.
Nie tylko uchwały anty-LGBT można uznać za dyskryminujące?
Słuchaczka TOK FM, Agnieszka Dziadowiec, podjęła walkę o większą liczbę egzemplarzy poszczególnych lektur szkolnych w szkolnej bibliotece w jednej z wiejskich szkół w gminie Krzeszowice w województwie małopolskim. - Problem zaczął się w szkole, do której uczęszczał mój syn. Najpierw zapytaliśmy się pani dyrektor, dlaczego zadaje się dzieciom lektury do przeczytania, a tych książek - w wystarczającej liczbie - nie ma w szkolnej bibliotece. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że dysponuje określonymi zasobami ekonomicznymi i one jej pozwalają na takie zakupy, a nie inne. I tak powstała petycja, pod którą podpisali się rodzice - opowiada pani Agnieszka.
Petycję złożono u burmistrza, czyli w organie prowadzącym szkołę oraz w Komisji Edukacji Rady Miasta. Poszło o dwie lektury: 'Afryka Kazika' i 'Dziadek i niedźwiadek'. W bibliotece były tylko pojedyncze egzemplarze, w a jednej klasie trzeciej było np. 15 uczniów (po wybuchu wojny w Ukraine ta liczba się zwiększyła, bo doszli mali uchodźcy). - Petycja miała bardzo prosty postulat, to znaczy poprosiliśmy o dofinansowanie szkolnej biblioteki. Ale spotkaliśmy się z niezrozumieniem. Dowiedzieliśmy się, że nasz wniosek jest bezzasadny, ponieważ szkoła otrzymała wszelkie środki. Powiedziano nam, że to nauczyciele wraz z dyrekcją szkoły decydują o tym, jakie książki i w jakiej liczbie będą zakupione do szkolnej biblioteki - opowiada pani Agnieszka, słuchaczka TOK FM spod Krakowa.
Postanowiła zbadać temat szerzej i sprawdziła, jak wygląda sytuacja w innych szkolnych bibliotekach na terenie jej gminy. Okazało się, że wcale nie jest lepiej. W bibliotekach brakuje wystarczającej liczby egzemplarzy poszczególnych lektur. Były szkoły, w których nie było w ogóle możliwości wypożyczenia poszczególnych tytułów. W niektórych placówkach brakowało też choćby popularnej 'Karolci', 'Doktor Dollitle i jego zwierzęta', a nawet 'Baśni' Andersena. - To rodzice muszą, na bieżąco, nabywać lektury dla swoich dzieci, tak więc warunkiem zdobycia podstawowych umiejętności, jakimi są czytanie i pisanie, jest zasobność portfela rodzica - argumentuje nasza rozmówczyni i wskazuje na 'chroniczną bezczynność Gminy Krzeszowice'.
Szkoła może mieć problem
Sprawa właśnie trafiła do Komitetu Monitorującego dla województwa małopolskiego. Zdaniem Agnieszki Dziadowiec, brak wystarczającej liczby egzemplarzy poszczególnych lektur 'skutkuje brakiem dostępu do bezpłatnej edukacji podstawowej, co jest złamaniem między innymi art. 14 Karty Praw Podstawowych'. Mówi on o tym, że nikt nie może być pozbawiony prawa do nauki. 'Proszę o uwzględnienie tej skargi w ocenie kryteriów, jakie musi spełniać instytucja samorządowa, w tym przypadku Gmina Krzeszowice reprezentowana przez Burmistrza Pana Wacława Gregorczyka, ubiegająca się o pieniądze ze środków unijnych' - napisała mieszkanka gminy do Komitetu Monitorującego.
'Pani skarga została przekazana do wiadomości Komitetu Monitorującego program Fundusze Europejskie dla Małopolski 2021-2027 oraz do instytucji ogłaszających nabory' - taką odpowiedź dostała pani Agnieszka. - Uznajemy, że jeśli nauczyciel zadaje uczniom do przeczytania jakąś lekturę, to ta lektura powinna być dostępna w szkolnej bibliotece. A szkolna biblioteka w wyrokach sądów administracyjnych funkcjonuje jako pracownia szkolna służąca realizacji programów nauczania - dodaje gościni TOK FM. Z wykształcenia jest inżynierem, dlatego - tworząc kolejne petycje i pisma - sama uczyła się prawa oświatowego i Karty Praw Podstawowych.
- Sprawa jest bardzo ciekawa. Komitet Monitorujący na pewno będzie musiał się nad nią pochylić. Trzeba zbadać m.in. czy faktycznie odmówiono zakupu kolejnych egzemplarzy, czy też zadziały się jakieś ruchy, które pozwoliłyby na to, aby faktycznie dzieci mogły z tych lektur skorzystać, czy samorząd podjął w tym zakresie jakieś działania - mówi Iwona Janicka, ekspertka organizacji pozarządowych od spraw funduszy unijnych, członkini komitetów monitorujących, w tym w ramach programu FERS. Jak tłumaczy, po oficjalnym zgłoszeniu sprawa musi zostać zbadana. Już wcześniej część komitetów monitorujących, które nadzorują wydawanie unijnych funduszy, zaczęła się zastanawiać też nad innymi przypadkami. Na przykład nad tym, czy wydawanie przez samorząd własnych gazetek, które trafiają do mieszkańców, nie uderza z kolei w wolność prasy. Pojawiła się też wątpliwość, czy jeśli samorząd nie ma u siebie np. liceum, a dziecko z jego terenu nie dostanie się do placówki w innej gminie, bo tam zabraknie miejsc, to czy tu również nie można mówić o wykluczeniu.
- To jest bardzo ważna rzecz. Mamy bowiem prawo do nauki do 18 roku życia i w niektórych powiatach jest to spore wyzwanie, zwłaszcza tam, gdzie są one obwarzankiem wokół dużych miast. Bo część tych powiatów wyszła z założenia, że dzieci - po szkole podstawowej - i tak pójdą się dalej uczyć do dużych miast. Tyle, że tam czasami brakuje miejsc. I jest problem. Bo wtedy jest bardzo duże ryzyko naruszenia Karty Praw Podstawowych - mówi Iwona Janicka, ekspertka NGO, członkini komitetów monitorujących. I dodaje, że każdy przypadek jest badany indywidualnie.