,
Obserwuj
Mazowieckie

Kanyet żyje jak na bombie. W każdej chwili mogą go wywieźć. "Chciałbym zostać w Polsce"

4 min. czytania
11.02.2024 10:00
- Chciałbym zostać w Polsce, mieszkać tu z rodziną i hodować konie, ale cały czas żyjemy w niepewności. To bardzo trudne - mówi Kanyet. 35-latek z Kirgistanu od prawie dwóch lat stara się w Polsce o ochronę międzynarodową. Na razie wisi nad nim widmo deportacji.
|
|
fot. Agnieszka Sadowska/ Agencja Wyborcza.pl

Kanyet to 35-latek pochodzący z Kirgistanu. Zajmował się tam hodowlą koni - oporządzał je i pracował przy krajowych zawodach jeździeckich. To właśnie miłość do tych zwierząt przywiodła go do Polski. Słyszał, że tutejsze konie są cenione na świecie. Przyjechał ponad pięć lat temu. Zamieszkał w zachodniej Polsce, założył stadninę, ustatkował się też prywatnie - ma rodzinę. Jego żoną jest Ukrainka, mają wspólnego syna, wychowują też dziecko z jej wcześniejszego związku.   

Początkowo Kanyet zupełnie nie znał języka. Nie miał w Polsce nikogo. Znalazł firmę, która oferowała uzyskanie legalnego pobytu. Za pieniądze. - Takich ofert w internecie nie brakuje. Były obietnice i zapewnienia, że zaraz dostanie kartę pobytu, co się oczywiście nie stało - mówi mecenas Hubert Hajduczenia, jeden z pełnomocników cudzoziemca z Kirgistanu. 

I wyjaśnia, że firmy prowadzące tego typu działalność oczekują od swoich klientów pieniędzy. Jak podaje, są to kwoty rzędu 2-3 tysięcy złotych za legalizację pobytu. - Takie osoby jak Kanyet stają się ofiarami. Płacą i wierzą, że wszystko będzie dobrze, a nie jest. Cudzoziemiec często nawet nie wie, że postępowanie w jego sprawie się zakończyło, że jest decyzja odmowna albo zabrakło jakichś dokumentów. Bo firma go o tym nie poinformowała - opisuje prawnik.

Baszir z Iranu w zamknięciu spędził 113 dni. Teraz chce od Polski zadośćuczynienia

Hajduczenia wspomina, że sprawa Kanyeta trafiła do niego przypadkiem. Dowiedział się od znajomego, z którym trenuje sztuki walki. - Któregoś dnia zadzwonił do mnie kolega i poprosił o pomoc dla migranta, którego zatrzymała straż graniczna i umieściła w strzeżonym ośrodku dla cudzoziemców. To było w marcu 2021 roku - opowiada adwokat. - Wspólnie z inną panią mecenas zaczęliśmy działać, ale jednocześnie błyskawicznie dostałem informację od pograniczników, że jest już decyzja o deportacji Kanyeta do kraju pochodzenia. Usłyszałem, że mają samolot i będą przewozić go na lotnisko - wspomina nasz rozmówca.

Decyzję o deportacji udało się jednak powstrzymać. Cudzoziemiec - w porozumieniu z prawnikami - złożył wniosek o ochronę międzynarodową, czyli o status uchodźcy w Polsce. - Zdecydowaliśmy się, bo to jeden z nielicznych mechanizmów wstrzymujących rygor natychmiastowej wykonalności decyzji o deportacji - mówi Hajduczenia.

Widmo deportacji

Walka o jakąś formę ochrony dla Kanyeta ciągnie się już od prawie dwóch lat. Szef Urzędu do Spraw Cudzoziemców odmówił jej przyznania, ale cudzoziemiec się odwołał. Rada do Spraw Cudzoziemców (jako instytucja odwoławcza) przyznała mu rację. - Zwróciła uwagę, że szef Urzędu do Spraw Cudzoziemców powinien wziąć pod uwagę zasadę jedności rodziny, czyli między innymi to, że Kanyet ma w Polsce żonę i wychowuje 3-letniego synka. Kluczowy powinien być również fakt, że Kirgistan popiera agresywne działania Rosji wobec Ukrainy, a przecież partnerka Kanyeta i matka jego dziecka jest Ukrainką. Trudno sobie wyobrazić, by miała zamieszkać w Kirgistanie - mówi adwokat. Tamtejsze władze mają zatrzymywać i deportować do Rosji przeciwników wojny w Ukrainie.

Sprawa wróciła do szefa Urzędu do Spraw Cudzoziemców, ale za drugim razem również odmówiono Kanyetowi ochrony. Jego prawnicy znów się odwołują - procedura trwa. - Jednocześnie cały czas nad cudzoziemcem wisi widmo deportacji, która jest wstrzymana, ale w każdej chwili może być odwieszona - mówi TOK FM Agnieszka Tarasiuk, kolejna pełnomocniczka cudzoziemca.

Dlaczego ochrony nie przyznano?

W decyzji o odmowie przyznania ochrony międzynarodowej napisano m.in., że 'okoliczność prowadzonej w Federacji Rosyjskiej mobilizacji nie dotyczy pana Kanyeta, bo nie jest on obywatelem tego kraju'. 'Rozwój zdarzeń jest niemożliwy do przewidzenia, natomiast od czasu przywołania okoliczności potencjalnie niekorzystnego rezultatu wojny w Ukrainie, sytuacja w tym kraju nie rozwinęła się jednoznacznie w którymkolwiek kierunku, co pozwoliłoby dokonać rzetelnej oceny ryzyka wszelkich prawdopodobnych scenariuszy w odniesieniu do wnioskodawcy i jego rodziny w przypadku ich wyjazdu do Kirgistanu' - wskazano w decyzji szefa Urzędu do Spraw Cudzoziemców.

Urzędnik stwierdził również, że 'kwestia prowadzenia przez stronę życia w Polsce sama w sobie, jak również pozostawanie przez wnioskodawcę jedynym żywicielem rodziny, nie jest istotna z punktu widzenia rozpatrywanej kwestii zasadności udzielenia ochrony międzynarodowej'.

'Cudzoziemiec wykazał szacunek do polskiego prawa'

W całej sprawie ważne jest coś jeszcze. Mężczyzna przez półtora miesiąca mieszkał w strzeżonym ośrodku w Lesznowoli. Jak mówi, to był najgorszy okres w jego życiu. Wspomina nieludzkie traktowanie, pobyt za kratami, przepełnienie w ośrodku, problemy ze współosadzonymi, krzyki i wszechobecny brud. Podkreśla, że nic złego nie zrobił, a czuł się jak w więzieniu. Nigdy nie chciałby tam wrócić.

- Nikt z nas nie wiedział, czy uda się go wyciągnąć, a on był już w bardzo złym stanie psychicznym. Jak z nim rozmawiałem, powiedział: 'Jeśli ma się nie udać, wycofaj wniosek o ochronę międzynarodową. Nie dam rady już dłużej tu być. Wolę deportację'. Był wtedy tak zdesperowany - wspomina Hajduczenia.

Ostatecznie - dzięki decyzji sędzi z Grójca - Kanyet dość szybko opuścił ośrodek. - Gdy rozmawiałem z jednym z pograniczników, wprost zapytał mnie, czy mam w sądzie jakieś znajomości, bo to się nie zdarza, by ktoś tak szybko wyszedł. To pokazuje patologię systemu, bo większość cudzoziemców mieszka tam miesiącami, a nawet dłużej - mówi prawnik.

Po wyjściu z ośrodka, mężczyzna musiał dwa razy w tygodniu meldować się w Lesznowoli, w ramach wolnościowych środków zabezpieczających. - Sąd go w końcu z tego obowiązku zwolnił. W uzasadnieniu padły znaczące słowa o tym, że Kanyet przez prawie rok meldował się w ośrodku regularnie, przez co wykazał szacunek do polskiego prawa - tłumaczy Agnieszka Tarasiuk. I zapewnia, że tak będzie dalej, tylko Polska musi 'dać Kanyetowi i jego rodzinie szansę'.

- Chciałbym zostać w Polsce, mieszkać tu z rodziną i hodować konie, tak jak teraz. Ale cały czas żyjemy w niepewności. To bardzo trudne - rozkłada ręce sam Kanyet.