,
Obserwuj
Mazowieckie

Nowe informacje o tragedii Lizy. "Partner dowiadywał się z mediów"

4 min. czytania
06.03.2024 18:00
Ulicami Warszawy przeszedł milczący marsz upamiętniający śmierć 25-letniej Lizy z Białorusi. - Pamiętam, że kiedy ja zostałam zaatakowana i wezwałam policję, pierwszym, co powiedziałam policjantom, nie było: "Pomocy, zaatakowano mnie", tylko: "Przepraszam za mój nieidealny polski, jestem zestresowana". Tak się czujemy - opisywała w TOK FM Nastia Podorożna, jedna ze współorganizatorek marszu.
|
|
fot. Lukasz Cynalewski /Agencja Wyborcza.pl

"Miała na imię Liza" - pod takim hasłem o godzinie 18 rozpoczął się w Warszawie marsz przeciwko przemocy. Upamiętnia ofiarę brutalnego gwałtu w centrum stolicy - 25-letnią Lizawietę. Podobne demonstracje odbędą lub odbyły się też w innych polskich miastach.

Lizawieta - z pochodzenia Białorusinka - została brutalnie zgwałcona na ulicy Żurawiej. Do zdarzenia doszło w niedzielę 25 lutego, wcześnie rano. Kobieta wracała do domu i została zaatakowana przez zamaskowanego mężczyznę. Nagą i nieprzytomną Lizę znalazł na schodach dozorca budynku. 1 marca Uniwersyteckie Centrum Kliniczne WUM poinformowało, że dziewczyny nie udało się uratować .

Podejrzany - 23-letni Dorian S. - został zatrzymany jeszcze w niedzielę 25 lutego. Przyznał się do winy. Usłyszał zarzut usiłowania zabójstwa połączony z zarzutem zgwałcenia oraz rozboju z użyciem niebezpiecznego narzędzia, jakim był nóż.

Środowy marsz odbywał się w ciszy, bo - jak wyjaśniają organizatorzy wydarzenia - "w ciszy działa się tragedia Lizy". "Nie otrzymała pomocy, bo nie krzyczała. Wiele osób w trakcie gwałtu nie krzyczy - w wyniku dysocjacji, wyparcia czy nieprzytomności. Milczenie nie oznacza zgody. Może być krzykiem o pomoc"  - czytamy w opisie w mediach społecznościowych.

Milczący marsz dla Lizy. "Nigdy nie wiadomo, jak zareaguje gwałciciel"

Nastia Podorożna - założycielka sieci pomocowej "Martynka", która brała udział w organizacji marszu - tłumaczyła w TOK FM, że w przypadku ataku "nigdy nie wiadomo, jak zareaguje gwałciciel, więc nie wiadomo nawet, którą strategię przyjąć". Jak mówiła, przekonała się o tym na własnej skórze.

- Pięć lat temu zaatakował mnie, akurat w centrum Krakowa, mężczyzna. Ja akurat krzyczałam - była to naturalna reakcja mojego organizmu, nie zastanawiałam się nad strategią. Wtedy to zadziałało na sprawcę, który uciekł, więc do gwałtu nie doszło. Liza miała inną, też zupełnie naturalną reakcję, którą było milczenie - opisywała aktywistka w "Popołudniu Radia TOK FM".

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

Milczenie atakowanej kobiety często obraca się przeciwko niej, gdy później zgłasza gwałt na policję. I to - jak podkreśliła Nastia Podorożna - jest najbardziej frustrujące. - Ogromnym problemem jest to, jak w polskich sądach kwalifikowane są gwałty, w których kobiety aktywnie się nie sprzeciwiają, gdzie muszą powiedzieć sądowi, że nie krzyczały. Mimo że - jako "Martynka" - mamy całe zaplecze instrumentów pomocowych: bezpłatną pomoc psychologiczną czy prawną, to nic nie mogę poradzić, jeśli prawo nie jest idealne - tłumaczyła gościni Anny Piekutowskiej.

Brutalnie zgwałcona Liza nie żyje. 'W Polsce jeden z najniższych wskaźników kar za gwałt'

Gwałt w Warszawie. Dla prokuratury i szpitala partner Lizy "jest człowiekiem z ulicy"

Jak przekazali stołeczni policjanci, sprawca gwałtu na Lizie wybrał swoją ofiarę przypadkowo. Jednak fakt, że kobieta jest imigrantką z Białorusi, miał ogromne znaczenie już po ataku. - Lizawieta nie była ubezpieczona. Jej rodzina w pierwszych dniach, kiedy ona walczyła o życie, musiała się martwić, z czego opłaci ogromne rachunki ze szpitala. Rozbija mi to serce. Co więcej, jak wielu migrantów, partner Lizawiety nie zawarł z nią małżeństwa. O szczegółach śledztwa, dowiadywał się z mediów, gdzie niektóre informacje były błędne. Dla prokuratury i szpitala Daniel jest człowiekiem z ulicy, ponadto niemówiącym idealnie po polsku - wskazała Podorożna.

Bo język to kolejna bariera stojąca na przeszkodzie w otrzymaniu pomocy. I często źródło wstydu dla ofiary. - Pamiętam, że kiedy ja zostałam zaatakowana i wezwałam policję, pierwszym, co powiedziałam policjantom, nie było: "Pomocy, zaatakowano mnie", tylko: "Przepraszam za mój nieidealny polski, jestem zestresowana". Tak się czujemy, bo jest to dodatkowe utrudnienie, dodatkowa warstwa trudnych emocji i barier instytucjonalnych - mówiła aktywistka.

Tuż po tym, jak Liza trafiła do szpitala, jej partner Daniel założył zbiórkę na jej leczenie, której cel udało się zrealizować w kilka godzin. Środki musiały zostać zwrócone, ponieważ mężczyzna - wierząc, że Liza przeżyje - nie poinformował, że pieniądze zostaną przeznaczone na pogrzeb. Daniel założył więc nową zbiórkę - tym razem na pochówek i pomoc prawną . - Chcę ręczyć za tę zbiórkę i za jego intencję. Daniel chce pochować Lizę w godny sposób oraz sprawić, żeby była godna reprezentacja w sądzie i sprawiedliwy wyrok dla sprawcy - podsumowała Podorożna w TOK FM.

Brutalnie zgwałconej Lizie nikt nie pomógł. Co należało zrobić?