Czy policjanci mogą bezkarnie łamać ludziom ręce? "Groził, że może dojść nawet do gwałtu"
Agnieszka Czerederecka, obok Marty Lempart i Klementyny Suchanow, od lat jest jedną z liderek Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Współorganizowała i współprowadziła szereg protestów. W czasie rządów PiS wielokrotnie wychodziła na ulice, by walczyć o prawa kobiet, i nie tylko.
Jak mówi, początki działalności to spotkania głównie w domach poszczególnych kobiet. - Pamiętam, że telefony chowałyśmy albo do pralki, albo zostawiałyśmy na dole, w skrzynce na listy. Bałyśmy się, że jesteśmy podsłuchiwane - opowiada w rozmowie z TOK FM. Dziś już wiemy, że obawy nie były bezzasadne. Protestujące były podsłuchiwane, władza korzystała m.in. z programu Pegasus.
"Rozliczenie tych, którzy wyrządzili nam krzywdę"
Na przestrzeni kilku lat, gdy rządził PiS, pani Agnieszka była zatrzymywana, a policja stawiała jej najróżniejsze zarzuty. Ostatnio zakończyła się sprawa przed Sądem Okręgowym w Warszawie, gdzie liderki Strajku Kobiet, w tym Agnieszka Czerederecka, były oskarżone w sprawie organizacji tzw. czarnych protestów po głośnym wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Zostały uniewinnione.
- Dla mnie, ale też dla nas wszystkich nas, kluczowe było rozliczenie tych, którzy w latach rządów PiS wyrządzili nam krzywdę na protestach. Mówię oczywiście o policjantach, w tym tych z Centralnego Pododdziału Kontrterrorystycznego "BOA". Przypomnę, że jednej z naszych koleżanek złamano rękę, masa osób była też w inny sposób poszkodowana, dlatego bardzo nam na tym zależało. Po wygranych przez demokratyczną większość wyborach 15 października, okazało się, że nowy rząd będzie chciał coś z tym zrobić. Powołano nawet - czy może raczej planowano powołać - taki zespół w MSWiA, który razem z nami - aktywistami i działaczami, którzy wychodzili na ulice - miał przeanalizować te różne sprawy tak, aby ścigać tych policjantów. Albo tych, którzy wydawali im rozkazy - opowiada pani Agnieszka w rozmowie z TOK FM. I dodaje, że nadzieja na to, że policjanci poniosą odpowiedzialność jest teraz coraz mniejsza.
"Czynności w niektórych przypadkach były nieprawidłowe"
- Mola - ta dziewczyna, której na proteście złamano rękę, wystąpiła z pozwem na drodze cywilnej, zeznawałam nawet jako świadkini w jej sprawie, ale nie o to nam chodziło. Tu powinny być postępowania dyscyplinarne, a w części spraw także karne - dodaje nasza rozmówczyni.
Jak przekazał TOK FM rzecznik MSWiA, Jacek Dobrzyński, zespół do zbadania zachowań policjantów na protestach, nie powstał. "Natomiast Biuro Nadzoru Wewnętrznego MSWiA (...) analizowało wybrane akta w zdarzeniach z udziałem funkcjonariuszy policji, a opisywanych w przestrzeni medialnej. W ocenie kontrolujących czynności podjęte przez przełożonych dyscyplinarnych w niektórych przypadkach były nieprawidłowe, bądź niewystarczające. Jednak z uwagi, na fakt, że przełożeni dyscyplinarni inicjujący postępowania pozostają obecnie poza służbą brak jest podstaw prawnych do wyciągnięcia wobec nich konsekwencji służbowych" - napisał Dobrzyński w udzielonej nam odpowiedzi. Czyli mówiąc inaczej, policjantów, którzy mieli działać "nieprawidłowo" czy "niewystarczająco" nie ma już w policji i uznano, że nie ma kogo ukarać.
Rzecznik podkreślił, że Biuro Nadzoru Wewnętrznego zbadało kilka takich spraw. Chodziło m.in. o zatrzymanie kilkunastu osób w Warszawie podczas manifestacji przed siedzibą Trybunału Konstytucyjnego w nocy z 28 na 29 stycznia 2021 roku oraz o zatrzymanie jeden z protestujących osób 7 sierpnia 2020 roku w Warszawie podczas tzw. Tęczowej nocy (protestu w obronie aktywistki Margot).
"Były też zachowania brutalne, część określiłbym nawet okrucieństwem"
Znaczna część osób, które były zatrzymywane za rządów PiS, składała zażalenia na zatrzymanie. I sądy potwierdzały, że były to zatrzymania bezzasadne i bezpodstawne. Co więcej, wiele osób wygrywało przed sądem zadośćuczynienia za takie zatrzymanie, w różnej wysokości.
Jedną z takich osób był Dominik Puchała, aktywista społeczności LGBT, wtedy student, dziś doktorant w Centrum Badań nad Uprzedzeniami. Był uczestnikiem wydarzeń w czasie tzw. Tęczowej Nocy. Zatrzymano go, przewieziono na komendę przy Wilczej, a potem - na komisariat do Legionowa. Przez wiele godzin nie miał dostępu do prawnika, nie mógł też skontaktować się z bliskimi. - A miałem przy sobie klucze od mieszkania przyjaciela, bo opiekowałem się w tym czasie jego kotem. I strasznie się bałem o zwierzaka i o nim głównie myślałem - opowiada.
Dominik został zatrzymany pod koniec protestu, gdy stał ze znajomymi. Policjanci twierdzili, że chciał zniszczyć samochód, którym miała być przewożona Margot. - To było kompletnie absurdalne, bo ja się do tego samochodu nawet nie zbliżyłem - opowiada w rozmowie z TOK FM.
- Jak określiłbym zachowanie policjantów, z którymi miałem do czynienia? Niewątpliwie jako wyraz bezmyślności. Momentami były to też zachowania brutalne, część określiłbym nawet okrucieństwem. Jeden z funkcjonariuszy, gdy siedziałem w celi, groził mi, że dołączy do mnie jakiś skinhead i że może dojść nawet do gwałtu. Uważam, że ten człowiek powinien ponieść jakieś konsekwencje. Czy poniósł? Nic mi o tym nie wiadomo - mówi gość TOK FM.
"Niewątpliwe niesłusznie zatrzymany"
Pan Dominik poszedł do sądu z zażaleniem na zatrzymanie. Sąd potwierdził, że "został niewątpliwe niesłusznie zatrzymany od 7 sierpnia 2020 r. godz. 21.00 do 8 sierpnia 2020 r. godz. 18.40" - w sumie był pozbawiony wolności przez niemal całą dobę. W tej samej sprawie wygrał też zadośćuczynienie - w pierwszej instancji 10 tysięcy zł (potem nieznacznie obniżone).
Policja każdorazowo - jak mówią nam prawnicy - jest o takim wyroku informowana. Czy wyciąga z tego jakieś wnioski? - Nie znam spraw, by po orzeczeniu sądu wszczęte zostało wobec policjantów postępowanie dyscyplinarne czy karne - mówi adwokatka, Agata Bzdyń, która reprezentowała osoby pokrzywdzone w wielu takich sprawach, m.in. wiele postępowań Babci Kasi. - A w mojej ocenie, powinny być wszczynane. Bo policja ma prawo stosować środki przymusu bezpośredniego, siłę, ale zawsze musi to robić tylko i wyłącznie zgodnie z przepisami - dodaje pani mecenas.
Potwierdzają to dwie inne doświadczone adwokatki, mecenas Marta Tomkiewicz-Januszewska i mecenas Katarzyna Gajowniczek-Pruszyńska. - Gdy sąd stwierdza nieprawidłowość w postępowaniu policjantów, dalszą reakcją jest konieczność wysłania takiego postanowienia do organu nadrzędnego nad organem, który zastosował nielegalne, nieprawidłowe czy niewłaściwe zatrzymanie. Po co? Po to, aby wszczęto postępowania wyjaśniające, czy w związku z tym zatrzymaniem doszło do popełnienia przestępstwa. Tak mówi teoria. W praktyce bywa różnie - nie mam informacji, by w prowadzonych przeze mnie sprawach, które wygraliśmy, takie działania były wszczęte, choćby postępowania dyscyplinarne wobec funkcjonariuszy - mówi Katarzyna Gajowniczek-Pruszyńska.
Marta Tomkiewicz-Januszewska zwraca uwagę na coś jeszcze. - Na sali sądowej - w czasie spraw dotyczących zadośćuczynienia za nielegalne i bezpodstawne zatrzymanie, okazywało się, że jest jakieś zarządzenie komendanta policji, że zadośćuczynienie może być nie wyższe niż 500 zł. Takie było wielokrotnie stanowisko policji w trakcie tych postępowań. Pamiętam, że mnie to zszokowało, bo sytuacja sytuacji nierówna - mówi pani mecenas. I dodaje, że sądy w bardzo wielu sprawach nie stosowały się do tego "zarządzenia", a kwoty przyznawanego zadośćuczynienia były o wiele wyższe.
"Wobec żadnego z policjantów nie wszczynano postępowań dyscyplinarnych"
Zapytaliśmy Komendę Główną, czy były lub obecnie są wszczynane postępowania dyscyplinarne czy karne wobec funkcjonariuszy, którzy dokonywali brutalnych zatrzymań osób na protestach. Komisarz Aleksander Pradun z Biura Komunikacji Społecznej Komendy Głównej Policji odpowiedział nam na przykładach poszczególnych spraw z gatunku "medialnych".
Przypomniał m.in. sprawę posłanki Barbary Nowackiej z listopada 2020 roku - jeden z policjantów, w trakcie czynności służbowych w trakcie zabezpieczania protestu, użył wobec niej gazu. "Z funkcjonariuszem została przeprowadzona rozmowa instruktażowa dotycząca stwierdzonych nieprawidłowości w działaniu w pododdziale zwartym policji. W przedmiotowej sprawie nie było prowadzonych czynności wyjaśniających (...) oraz nie wszczynano postępowań dyscyplinarnych wobec policjantów" - wskazał pan komisarz.
Jak się okazuje, ta sprawa znalazła jednak swój finał w sądzie, z prywatnego zawiadomienia. - Toczy się postępowanie karne w sprawie związanej z nieuprawnionym zastosowaniem gazu wobec pani posłanki. W tym postępowaniu pierwotnie odmówiono wszczęcia śledztwa, ale na skutek zażalenia na tę decyzję - sprawa dziś się toczy. Na pewno szybko się nie zakończy, bowiem zdecydowano się na przesłuchiwanie wszystkich legitymowanych, a być może także zatrzymywanych w tamtym czasie osób, a także wszystkich funkcjonariuszy, którzy brali udział w zabezpieczaniu tego zgromadzenia. To są setki, może nawet ponad tysiąc osób. Część z nich w ogóle nie widziała tego zajścia z udziałem mojej klientki, także mogą mówić o samym proteście. I początkowo miałam poczucie, że może chodzi o rozmycie sprawy, ale dziś mogę powiedzieć, że jest wola wyjaśnienia i doprowadzenia sprawy do końca - mówi w TOK FM mecenas Katarzyna Gajowniczek-Pruszyńska.
Inna ze spraw dotyczyła zachowania policjantów wobec Włodzimierza Czarzastego. "Nie potwierdzono nieprawidłowości w postaci użycia siły fizycznej wobec Włodzimierza Czarzastego. Policjanci nie zastosowali wobec ówczesnego wicemarszałka Sejmu RP żadnych środków przymusu bezpośredniego. W zakresie ww. wydarzenia nie prowadzono czynności wyjaśniających (...) oraz nie prowadzono żadnych postępowań dyscyplinarnych" - napisał nam Aleksander Pradun.
Jest też historia dziewczyny, której policjanci złamali rękę. "W Biurze Kontroli KGP została sporządzona notatka z analizy informacji przekazanych z Komendy Stołecznej Policji. W Komendzie Stołecznej Policji wszczęto i przeprowadzono czynności wyjaśniające. Wobec żadnego z policjantów nie wszczynano postępowań dyscyplinarnych" - podkreśla policja.
I jeszcze jeden przykład - sprawa posłanki Magdaleny Biejat i użycia wobec niej przez policjanta pałki teleskopowej oraz użycia ręcznego miotacza substancji obezwładniającej. Jaki tu był finał sprawy? "Zbadano okoliczności i zasadność użycia pałki służbowej teleskopowej przez funkcjonariusza, wobec którego na podstawie art. 132 ust. 4b ustawy o Policji, przeprowadzono rozmowę dyscyplinującą. Policjant w lutym br. został przeniesiony do garnizonu podkarpackiego. W ramach czynności wyjaśniających zbadano również kwestie użycia ręcznych miotaczy substancji obezwładniających wobec Magdaleny Biejat i Alicji Lesiak. W oparciu o ww. czynności wszczęto postępowania dyscyplinarne, które zostały umorzone" - napisał nam pan komisarz.
Jednocześnie wskazał, że odpowiedzialność dyscyplinarna ulega przedawnienu, zgodnie z Ustawą o policji. "Postępowania dyscyplinarne, dotyczące działań podejmowanych przez policjantów, jeżeli zakończyły się prawomocnym orzeczeniem, co do zasady nie ma możliwości ich wznowienia" - napisał komisarz. I dodał, że "nie ma prawnych możliwości ponownego zbadania przez policję tych spraw".
"W demokratycznym państwie prawa to nie powinno mieć miejsca"
Mecenas Marta Tomkiewicz-Januszewska prawem karnym zajmuje się od lat, też reprezentowała i reprezentuje przed sądem ludzi, zatrzymywanych na protestach w czasach rządów PiS. - Funkcjonariusze bardzo często nie mieli naszywek z imieniem i nazwiskiem - wbrew przepisom - czyli byli de facto nieidentyfikowalni. To oczywiście w demokratycznym państwie prawa nie powinno mieć miejsca, ale miało. I tych przypadków było z naszej perspektywy zdecydowanie za dużo - mówi adwokatka w rozmowie z TOK FM.
- Niestety, można zaobserwować taką tendencję, że funkcjonariusz powinien uniknąć odpowiedzialności. Nie wiem, z czego to wynika, czy z jakiejś "tradycji", czy z innych przyczyn. To pokutuje w wielu sprawach - takie dążenie do ochrony pewnej grupy, która - z samego tytułu swoich obowiązków zawodowych nie powinna się obawiać swojej odpowiedzialności. To oczyściłoby to środowisko, podobnie jak i każdą inną grupę - mówi mecenas Gajowniczek-Pruszyńska, wicedziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie. Dodaje jednak, że dziś widać zmianę. - Coraz częściej sądy już nie dają stuprocentowej wiary zeznaniom policjantów - jak to było w ostatnich latach, gdy uznawano te zeznania niejako za "świętość". Zdarza się bowiem, że sądy podważają je i wykazują brak logiki w zeznaniach. Także w tym zakresie widać jakąś zmianę - podkreślają adwokatki.
Czy coś się jeszcze zmieni?
W poniedziałek, dzień przed rocznicą roku od wyborów 15 października 2023 roku, Prokuratura Okręgowa w Warszawie poinformowała, że bada dwie sprawy, dotyczące osób uczestniczących w protestach w ostatnich latach. "Nadrabiamy stracony czas" - napisali śledczy.
Chodzi o sprawy przedwcześnie umorzone, które zostały podjęte na nowo. To m.in. sprawa kobiety, której na proteście w grudniu 2020 roku na Wilczej policjant złamał rękę. Jak wskazał rzecznik prokuratury Piotr Antoni Skiba, podczas interwencji podjętej wobec jednej z uczestniczek tzw. demonstracji solidarnościowej, policja zastosowała środek przymusu bezpośredniego - tzw. chwyt transportowy, czyli dźwignię łokciowo-barkową, "w wyniku czego pokrzywdzona doznała naruszenia czynności narządów ciała trwającego dłużej niż 7 dni".
"W tym postępowaniu, po uzyskaniu opinii biegłego ortopedy traumatologa, planowane jest powołanie biegłego z taktyki i techniki interwencji i środków przymusu bezpośredniego, celem oceny prawidłowości i zasadności zastosowanej techniki obezwładniania" - napisał prokurator.