,
Obserwuj
Mazowieckie

Prąd elektryczny na cholerę, zimne kąpiele na masturbację. Tak leczono w XIX wieku

6 min. czytania
19.06.2025 08:11
"Spodziewano się, że zabiegi elektryczne uczynią na powrót zdolnymi do służby wojskowej żołnierzy rannych i kontuzjowanych. A nawet chorych na cholerę. Pierwsze próby jej leczenia przeprowadzono podczas letniej epidemii w 1848 roku w Kijowskim Szpitalu Wojskowym. Pięciu chorym cholerycznym podłączono przewody prądu galwanicznego, czyli stałego - jeden ulokowano w dołku sercowym, a drugi w odbycie. Chorzy w wyniku zabiegu zrazu poczuli się lepiej. Wkrótce jednak wszyscy zmarli" - pisze Grzegorz Łyś w książce "Przystanek Tworki. Historia pewnego szpitala".
|
|
fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Przystanek Tworki. Historia pewnego szpitala" autorstwa Grzegorza Łysia, wydanej 18 czerwca nakładem Wydawnictwa W.A.B.

(...) Sposób traktowania lekarskiego był różny, stosownie do zasadniczej choroby i konstytucji ciała. W przypadku "kongestyi", czyli uderzenia krwi do organów szlachetnych, szczególnie do mózgu, ordynowano obfite krwi puszczenie, pijawki i inne podobne środki. Większości chorych pomagał "wainsztayn antimonowy", winian antymonu potasu, w takiej ilości podawany, aby ustawicznie przyprawiał o wymioty. W trudniejszych przypadkach z niezawodnym skutkiem używano mocnych środków przeczyszczających, na przykład senesu z sodą siarkową. Bardzo wielu chorych odzyskało zdrowie dzięki maści z przepisu ordynatora - z wainsztaynu i smalcu wieprzowego - wcieranej w ogoloną głowę. Najważniejszym zaś środkiem leczniczym była kąpiel zimna oblewająca, którą wprowadził doktor Woyde i którą każdemu choremu aplikował co najmniej raz dziennie. Nie tając przed Francuzami satysfakcji z osiągnięć szpitala, ordynator nie ukrywał jednak, że z braku miejsca i funduszu nie można było myśleć dotychczas u bonifratrów o żadnych zabawach i innych sposobach zatrudnienia chorych. Dlatego też, ubolewał, "sposobów leczenia psychicznych prawie wcale nie było można używać".

W owym czasie hrabia Skarbek powrócił właśnie ze swej podróży, z której przywiózł najnowsze wiadomości o światowych modach w leczeniu obłędu. W Królestwie zaś uznawano już zgodnie, że niezbędnie potrzebny jest w kraju centralny dom dla obłąkanych. Przyszłość rysowała się w jaśniejszych barwach. Niestety, nadzieje się nie spełniły. Niemal do końca wieku XIX ani w szpitalach warszawskich, ani w żadnych innych w Królestwie czy na Kresach pacjenci nie mogli liczyć na spokój, możliwość zażywania ruchu, przebywania w godziwych pomieszczeniach ani na podjęcie jako tako sensownych prac czy zajęć. Zmieniła to dopiero budowa Tworek.

'Przystanek Tworki. Historia pewnego szpitala', Grzegorz Łyś
'Przystanek Tworki. Historia pewnego szpitala', Grzegorz Łyś
Wydawnictwo W.A.B.

Nędzę krajowych stosunków dotkliwie przeżywali zwłaszcza ci z polskich lekarzy, którzy mieli okazję zwiedzić reprezentacyjną klinikę Balińskiego w Petersburgu. W profesorskiej lecznicy wzmacniano chorych preparatami z żelazem i cynkiem, wielkimi ilościami mleka oraz piwem. Szeroko stosowano leczenie zajęciowe, gimnastykę, biblioterapię. Niespokojnych leczył Baliński wielogodzinnymi kąpielami w letniej wodzie oraz starannie dobranymi dawkami belladony, opium i morfiny. Próbował też nowych, niecodziennych leków. Gościowi z Wilna, doktorowi Klemensowi Maleszewskiemu, zakomunikował pewnego dnia z satysfakcją o wyleczeniu kilku melancholików patentowanym środkiem na robaki. Po powrocie do domu Maleszewski, ordynator ubogiego Wileńskiego Zakładu Obłąkanych, stwierdzał gorzko: "Z żalem powinienem wyznać, że on [zakład] zupełnie nie odpowiada nie tylko wszystkim potrzebom nauki, lecz także nie czyni zadość ważniejszym i niezbędnym onej wskazaniom".

Swą lekarską codzienność urozmaicał Maleszewski niezwykłą pasją, gdyż po amatorsku interesował się elektrycznością. Intuicja mówiła mu, że elektryczność mogłaby wspomóc lub zastąpić terapię moralną, której w Wilnie nie był w stanie praktykować. W Rosji traktowanie pacjentów prądem elektrycznym było już wcześniej popularne, zwłaszcza w szpitalach wojskowych. Spodziewano się, że zabiegi elektryczne uczynią na powrót zdolnymi do służby wojskowej żołnierzy rannych i kontuzjowanych. A nawet chorych na cholerę. Pierwsze próby jej leczenia przeprowadzono podczas letniej epidemii w 1848 roku w Kijowskim Szpitalu Wojskowym. Pięciu chorym cholerycznym podłączono przewody prądu galwanicznego, czyli stałego - jeden ulokowano w dołku sercowym, a drugi w odbycie. Chorzy w wyniku zabiegu zrazu poczuli się lepiej. Wkrótce jednak wszyscy zmarli.

Na początku roku 1860 do wileńskiego zakładu przywieziono chorego cierpiącego na szczególnie dramatyczny, gdy idzie o objawy, zespół psychotyczny - katatonię, przebiegającą z zahamowaniem ruchowym i tak zwaną gibkością woskową. Pacjent, trzydziestopięcioletni Marcin Merczys, położony do łóżka - leżał nieruchomo, postawiony na środku izby - stał nieruchomo, nawet w nocy. Położony do łóżka z lekko uniesioną ręką - zachował tę pozycję do rana: "Nadawałem rękom chorego rozmaite pozycje i nagle one opuszczałem, lecz ręce zachowywały stale nadaną im pozycję". Mężczyzna odmawiał jedzenia i nie mówił. Jego stan, pomimo rozmaitych prób leczenia, zupełnie się nie poprawiał. Ostatecznie więc po upływie roku doktor Maleszewski uznał, że nadeszła pora, by "poddać go doświadczeniom galwano-elektrycznym". Rankiem 15 stycznia 1861 roku rozstawił swój aparat, ogniwo galwaniczne - źródło prądu stałego, który można było wzmacniać w sześciostopniowej skali. Pielęgniarz wprowadził pacjenta, który "popchnięty szedł, aż […] nie doszedł do ściany, w tej pozycji zostawał i sam bez pomocy nie był w stanie obrócić się". Lekarz przyłożył jedną z elektrod do jego ciemienia, a drugą do potylicy… Po chwili przez głowę chorego - przez jego mózg - przepłynął prąd elektryczny. Z początku pacjent trwał jak zawsze niewzruszony. Maleszewski wzmacniał stopniowo prąd, zmieniał też położenie elektrod, przykładając je do obu skroni. Nagle przez twarz chorego przeszedł pierwszy skurcz. Lekkie skurcze i drżenia powtarzały się teraz stosownie do siły prądu, choć do prawdziwego napadu drgawkowego, jak w nowoczesnej terapii elektrowstrząsowej, było jeszcze daleko. Po godzinie zabiegów lekarz zauważył, że źrenice pacjenta zaczęły reagować na światło, czego wcześniej nie odnotowano. Zaraz potem choremu podano jedzenie, które po raz pierwszy w szpitalu zjadł samodzielnie łyżką. Maleszewski, widząc tak natychmiastową poprawę, powtarzał swe eksperymenty przez kolejne dni. Po niespełna tygodniu pacjent sam sięgnął po chleb, a także zaczął używać zgodnie z przeznaczeniem "nocnego naczynia". Z czasem uzdrawiające działanie prądu jakby ustało. Postępy w leczeniu były jednak ogromne. Chory niestety nie przemówił, lecz przynajmniej wszystko rozumiał, a słysząc dzwonek wzywający na posiłek, pierwszy biegł do stołu, nosił z ochotą drwa i wodę, chodził i siadał, gdy tego wymagano. Jedynie jego chude ręce, które długo utrzymywał w nadanej pozycji, dopóki nie kazano mu ich opuścić, przypominały o fatalnej chorobie, na jaką cierpi. (...)

Rzeczywiste odkrycie terapii elektrowstrząsowej jako sposobu leczenia najcięższych chorób psychicznych - czego próbował doktor Maleszewski - dokonało się dopiero w roku 1938. W klinice psychiatrii Uniwersytetu Rzymskiego chorego na schizofrenię poddano serii wstrząsów, których efektem były "pełne" ataki padaczkowe. Eksperyment, dzięki któremu pacjent opuścił szpital bez objawów choroby, od razu uznano za osiągnięcie przełomowe.

W czasach, gdy w Tworkach wylewano fundamenty pod pierwsze pawilony, oświeceniowe wyobrażenia o zakładach psychiatrycznych, gdzie pacjenci niezwłocznie zdrowieją i skąd powracają do świata, zaczynały się już rozwiewać. Leczenie "psychiczne" czy też "terapia moralna" okazały się w praktyce niedostępne dla zdecydowanej większości chorych. Psychiatria zaczęła skręcać w ślepy zaułek. Psychiatrzy nie wiedzieli, skąd się biorą choroby psychiczne, ani nie potrafili ich leczyć. Pacjentów szybko przybywało, ale wybór "fizykalnych" sposobów leczenia wciąż był bardzo niewielki. Niewątpliwym, choć niepozbawionym ryzyka postępem było pojawienie się w XIX wieku skutecznych leków uspokajających i nasennych. Nie leczyły one choroby, ale pomagały spacyfikować chorych bez użycia siły. Pierwszym z nich był alkaloid uzyskany w 1806 roku z opium - morfina. Zanim uświadomiono sobie, jak bardzo uzależniająca jest to substancja, tysiące "obłąkanych" stało się narkomanami. Inny alkaloid, hioscyjaminę, wyizolowano z halucynogennego lulka czarnego, a z niej z kolei wyodrębniono w 1880 roku hioscynę (inaczej skopolaminę). W 1832 roku zsyntetyzowano w Niemczech wodzian chloralu. Zwany "głupim Jasiem" przez dziesięciolecia był podstawowym lekiem przepisywanym przez psychiatrów. Większą jeszcze karierę, szczególnie we Francji, zrobił brom, uzyskany w 1826 roku z wodorostów przez pewnego aptekarza z Montpellier. U schyłku XIX stulecia w zakładach psychiatrycznych Paryża zużywano rocznie ponad tonę bromku potasowego.

W Polsce wciąż jeszcze leczono w tym czasie obłąkanych z rzekomej gorączki i "ogólnego przekrwienia" jak dotąd - upuszczaniem krwi, pijawkami, środkami przeczyszczającymi, pryszczydłami, czyli plastrami z toksyczną substancją z hiszpańskiej muchy. Uspokajano w ten sposób chorych, osłabiając ich aż do wyniszczenia, i nieraz wpędzano do grobu. (...)

W chwili rozpoczęcia budowy Tworek środkami na poprawę stanu mózgowia - oprócz znanych wcześniej alkaloidów, wodzianu chloralu i bromu - miały być także kamfora i chinina oraz - nowość - konopie indyjskie. Z hydroterapii doktor Rothe polecał kąpiele ciepłe i letnie z zimnymi okładami na głowę, przedłużane nawet do czternastu godzin, oraz uspokajające i nasenne owijanie w zimne prześcieradło. Ostrzegał przed zimnymi natryskami, działającymi rozdrażniająco, choć dopuszczał zimne kąpiele nasiadowe w przypadku rozdrażnienia narządów płciowych. Temu ostatniemu cierpieniu doktor Rothe poświęcił szczególnie wiele uwagi. Łączyło się bowiem ono ze skłonnością do samogwałtu, który wyczerpując siły chorego, przyczyniał się z kolei do większego jeszcze rozdrażnienia. Usunięcie tego niepokojącego objawu było zadaniem niełatwym, gdyż "pomimo najściślejszego dozoru chory zawsze znajdzie sposobność zadośćuczynienia swoim popędom płciowym". (...)

Posłuchaj: