Dziewięć lat walki o "papierki". "To nie dzieci wszczynają wojny, przez które muszą uciekać z kraju"
- 20 czerwca obchodzony jest Światowy Dzień Uchodźcy;
- Rozmawiamy z Mariną Hulią, społeczniczką, nauczycielką, która od lat pomaga osobom, które doświadczyły migracji;
- Marina Hulia w dużej mierze skupia się na pomocy dzieciom, które - co podkreśla - są zależne od dorosłych. - Ponieważ to nie dzieci zaczynają wojny, przez które potem muszą uciekać ze swojego kraju. Wojny zaczynają dorośli - stwierdza;
- Marina regularnie odwiedza szkoły, w których uczą się cudzoziemcy - wspiera, pomaga, rozmawia. Przyznaje, że są takie placówki, które próbują udawać, że dzieci cudzoziemskich z nimi nie ma;
- Poruszamy temat kryzysu na polsko-białoruskiej granicy.
Marina Hulia doskonale wie, jak to jest znaleźć się w miejscu, którego się nie zna. Przyjechała do Polski ponad 32 lata temu, gdy jej chora córka potrzebowała pomocy. Dziś niektórzy mówią o niej: 'kobieta - instytucja'. Jest nauczycielką, społeczniczką, aktywistką. 'Pracowała' z więźniami, przed laty założyła w Warszawie grupę Dzieci z Dworca Brześć, dziś jest też koordynatorką międzykulturową w Społecznej Akademii Nauk.
Gdy - przedstawiając panią Marinę w trakcie wywiadu - mówimy, że od lat pracuje z dziećmi i ich rodzinami, które mają doświadczenie migracji, kobieta szybko poprawia. - Nie, ja z nimi nie pracuję. Ja z nimi jestem - mówi.
Każdy, kto poznał albo chociaż słyszał Marinę Hulię, przekonał się, że roztacza wokół siebie niezwykłą aurę, którą nawet trudno nazwać. Ma mnóstwo energii, jest kontaktowa, mimo że każdego dnia spotyka się z niełatwymi historiami. - Staram się we wszystkim widzieć dobro i zarażać innych dobrą energią. I pomagam, jak tylko mogę - mówi w TOK FM. - Nie roztkliwiam się nad bólem, nad strachem, nad chorobami. Myślę inaczej - jak to naprawić, jak pomóc i staram się to robić właśnie razem z kobietami - migrantkami, uchodźczyniami, ponieważ jeśli dajesz, a nie tylko bierzesz, to życie jest o wiele bardziej wartościowe, kolorowe i radosne - dodaje.
"To nie dzieci zaczynają wojny, przez które muszą uciekać"
Marina Hulia w dużej mierze skupia się na pomocy dzieciom, które - co podkreśla - są zależnie od dorosłych. - Ponieważ to nie dzieci zaczynają wojny, przez które potem muszą uciekać ze swojego kraju. Wojny zaczynają dorośli - stwierdza. - Najtrudniej jest tym, które są z innych kręgów kulturowych, na przykład z Czeczenii. Takie dziecko przyjeżdża do Polski i nic nie rozumie. Nie zna języka i jest mu trudno się tutaj odnaleźć - mówi. I przyznaje, że dla niej samej język polski też na początku był sporym wyzwaniem, choć włada biegle rosyjskim, białoruskim i ukraińskim.
Marina regularnie odwiedza szkoły, w których uczą się cudzoziemcy - wspiera, pomaga, rozmawia. - Jeżeli szkoła jest życzliwa, to dziecko się w niej odnajdzie. Niedawno byłam na zajęciach w podstawówce z oddziałami integracyjnymi w warszawskiej dzielnicy Wawer. Tam uczy się moja znajoma, uchodźczyni z Ukrainy, Ilonka. Ma 9 lat i cukrzycę. Zobaczyłam na własne oczy, jak jest tam kochana, jak przytula się do swojej nauczycielki. Pani dyrektor mówiła o niej 'moja Ilona'. I takie relacje są bardzo ważne - podkreśla nasza rozmówczyni. - Gdy nie mierzymy dziecka tylko sukcesami w nauce czy w opanowaniu języka, ale widzimy w nim małego człowieka, (...) to w takiej szkole dziecko będzie się czuło dobrze - niezależnie od tego, ile procent języka rozumie - dodaje.
Przyznaje jednak, że zna też i takie szkoły, które próbują nie widzieć dzieci cudzoziemskich: każą im siedzieć w ostatnich ławkach, by nie przeszkadzały w realizowaniu podstawy programowej. Nie dają im szansy na odnalezienie się. - Znam szkoły, gdzie nauczyciele dążą do tego, by dzieci mówiły po polsku, gdzie zwraca się im uwagę, by nie mówiły w swoim ojczystym języku. Jeżeli nauczyciele skarżą się, że nie rozumieją dziecka, to co ma powiedzieć dziecko, które w ogóle nie rozumie sytuacji? - pyta retorycznie pani Marina.
Dziewięć lat walki o 'papierki'
Historiami uchodźców Marina Hulia sypie jak z rękawa. Wspomina na przykład Fatimę - Czeczenkę, która przyjechała do Polski z trójką dzieci. - Przez dziewięć lat walczyła o prawo pobytu w Polsce. Przyjmowała kolejne odmowy, pisała kolejne odwołania. Co mogły myśleć w tym czasie jej dzieci, gdy słyszały od zapłakanej mamy, że znów ich nie chcą w Polsce? Dzieci nie rozumieją, co znaczą słowa: 'Urząd do spraw cudzoziemców', 'odwołanie', 'skarga'. Doskonale rozumieją natomiast krótkie słowo, które słyszą: 'deport'. U części takich osób rozwija się zespół stresu pourazowego, trauma - mówi pani Marina.
Opowiada też o innej z kobiet, która ma siedmioro dzieci i przez osiem lat starała się o legalny pobyt w Polsce. - Jak takiej rodzinie jest trudno, gdy kobieta musi zarobić na te dzieci. Do tego codzienne obowiązki: pranie, sprzątanie, prasowanie. I w tym wszystkim jeszcze te niezliczone odwołania od decyzji Urzędu do spraw cudzoziemców, te papierki. Ze wszystkim trzeba sobie radzić, nie rozumiejąc języka, nie umiejąc przeczytać nazwy ulicy, nie umiejąc rozmawiać po polsku. To jest bardzo trudne. I nawet jeśli ta kobieta w Czeczenii się tym wszystkim zajmowała, to w innym kraju, w innej kulturze, przybiera to zupełnie inny wymiar - podkreśla nasza rozmówczyni.
Czeczeńskie czy ukraińskie kobiety spotykają się regularnie w Warszawie, gotują m.in. dla osób w kryzysie bezdomności. Marina też włącza się w gotowanie. - To integruje, zbliża - mówi. - Do tego dodajemy taniec, piosenkę, koncerty, bo ja zapraszam różne gwiazdy i polskie, i niepolskie, żeby przyjeżdżały i były razem z nami. Gotujemy dla osób bez domu, wyprowadzamy bezdomne psy i to wszystko jest bardzo radosne i piękne - opowiada dalej społeczniczka.
Za PiS migrantom było źle, za Tuska jest jeszcze gorzej. 'Boję się chodzić po ulicach Warszawy'
Światowy Dzień Uchodźcy
20 czerwca obchodzony jest Światowy Dzień Uchodźcy. Marina mówi nam, że dla niej taki dzień jest codziennie.
W tym kontekście wspominamy o kryzysie na polsko-białoruskiej granicy. Nasza rozmówczyni podkreśla, że śledzi na bieżąco, co tam się dzieje. - Poznałam osoby, które pomagają ludziom w lasach, w tym Mariusza nazywanego Człowiekiem Lasu. I jestem absolutnie przekonana, że jeżeli ktoś ucieka - przed wojną, torturami, przemocą, i nieważne, czy jest to dziecko, kobieta, czy po prostu przybysz - to trzeba takiej osobie pomóc - przekonuje gościni TOK FM.
- Kiedy przed laty setki Czeczenek z dziećmi, uciekając przed wojną, 'mieszkały' na marmurowym, zimnym dworcu w Brześciu, kiedy odarto je z godności, z człowieczeństwa i z nadziei, myślałam, że już nic gorszego nie może się przydarzyć. (...) Ale kiedy zaczęło się to, co się dzieje od trzech lat na polsko-białoruskiej granicy, gdzie umierają ludzie, to zrozumiałam, że gorsza od odarcia z godności jest śmierć. Śmierć dziecka w lesie i obojętność na tę śmierć. To zawsze będzie mnie bolało. I może gdyby zabolało to wszystkich, to wtedy znalazłoby się w końcu jakiejś wyjście z tej kryzysowej sytuacji - podsumowuje Marina Hulia.
Kryzys humanitarny na granicy trwa, a w lasach Podlasia wciąż są ludzie. Jednocześnie państwo polskie z jednej strony wprowadziło strefę buforową, do której wiele osób, w tym pomagający, nie mają wstępu. Z drugiej zaś strony - wprowadzono tzw. ustawę azylową, na mocy której od osób potrzebujących pomocy, osób w drodze, migrantów i migrantek - nie są przyjmowane wnioski o ochronę międzynarodową, o status uchodźcy. Migranci dalej są wyrzucani na Białoruś. Dalej zdarzają się też poszukiwania osób, które zaginęły w lesie oraz ich bliskich.