Neofeudalizm czy kapitalizm po nowemu? O rynku nieruchomości jako źródle nieszczęść
Dlaczego kwestia posiadania mieszkań stała się tak ważna? Dlaczego stała się probierzem kondycji systemu? Przecież nie zawsze takową była. Tutaj nasze lokalne, peerelowskie doświadczenie wydaje się być ostatecznym horyzontem w dyskusji: no, przecież nie mieliśmy prawa do własności (choć tak naprawdę jakieś tam mieliśmy) więc nic dziwnego, że szok systemu i wolny rynek zalały nam mózgi finansową dopaminą. Ale to nie tak.
Moment, w którym mieszkanie stało się czymś innym niż zaspokojeniem podstawowej potrzeby, da się wyznaczyć na osi czasu i nie jest to zadanie ultratrudne. To po prostu początek neoliberalnej rewolty Reagana i Thatcher w latach 80. XX wieku. Wtedy doszło do zmiany, a kredyty hipoteczne z kredytów lokalnych, regulujących dostępność podstawowych dóbr, przeszły w obszar obrotu finansowego, stały się zasobem spekulacyjnym. Wycofanie się państwa z obszaru mieszkalnictwa zaowocowało sytuacją, w której wszyscy jesteśmy albo więźniami banków, albo więźniami najemców, a ci, którzy posiadają nieruchomości, mogą się uznać za nową elitę finansową.
Ten proces jeszcze przyspieszył w ostatnich latach, po kryzysie finansowym, gdy do gry na rynku mieszkaniowym weszły podmioty finansowe, już nie jako sprzedawcy kredytów, ale także jako właściciele. Wtedy już na serio tzw. zwykli ludzie jako nabywcy stali się konkurentami dla dużej kasy. I system faktycznie przestał służyć wartościom społecznym, a zaczął na nich żerować. I to niestety, nawet jeśli ktoś myśli inaczej, nie jest żadne lewackie gadanie.
To widzą także prawicowcy. Widzą po swojemu. I o takim właśnie przypadku będzie dzisiejsza "Dłuższa rozmowa", choć nie do końca w ten sposób planowałem jej przebieg. Ale to właśnie w rozmawianiu jest najciekawsze – nigdy nie wiemy, gdzie nas zaprowadzi dyskusja i jak bardzo się zdziwimy jej finalnym efektem.
Źródło: TOK FM