,
Obserwuj
Polska

Pacjentce w "badaniu" wyszła prostata. Elektrodami "leczą" raka, autyzm i pasożyty. "Mamy pełny grafik"

13 min. czytania
04.09.2023 06:26

W Białymstoku zapewniono, że biorezonans wyleczy mnie z raka, w Katowicach z depresji, a w Krakowie nie cofnęli się przed deklaracją, że "uleczą" dziecko z autyzmu. - Przecież to powinno być traktowane jako przestępstwo! - mówi w tokfm.pl prof. Magdalena Wiśniewska, przewodnicząca Rady Ekspertów Naczelnej Izby Lekarskiej. Gdy relacjonuję, że jako pacjent onkologiczny byłem namawiany do odstawienia leków, stwierdza: "To zbrodnia!".

|
|
fot. RossHelen / Envato Elements

- To cudowna metoda leczenia - zachwalają w gabinecie biorezonansu w Krakowie.

- Czy cudowna? To po prostu nauka, proszę pana. Fizyka kwantowa z Nagrodą Nobla! Tylko ludzie z dyplomami uczelni medycznych w Polsce nie chcą jeszcze tego przyznać. Ale ich pacjenci już nas znaleźli. I słusznie, bo na świecie to w pełni uznana metoda terapii. Tylko u nas uchodzi za magię - twierdzą w Warszawie.

- Czas wreszcie szerzej uchylić drzwi do XXI wieku! - dodają na Śląsku.

Uchylają te drzwi w Łodzi, Gdańsku, Poznaniu, Wrocławiu i Białymstoku, a także w małych miejscowościach. W całej Polsce od lat otwierają gabinety, które nazywają klinikami i instytutami. "Leczą" niemal wszystko - od uzależnień i alergii, poprzez miażdżycę i artretyzm, aż po nowotwory. Nie trzeba do tego dyplomów medycznych ani żadnych zezwoleń. Wystarczy niewielka skrzyneczka z elektrodami, zwana biorezonansem. Właściciele takich "klinik" twierdzą, że pacjenci ustawiają się do nich w kolejkach.

"Poznajcie naszą klientkę Panią Danutę, która przyszła do nas z rozległą raną na nodze. Dzięki terapii biorezonansowej dziś rana jest w pełni zagojona, a Pani Danuta cieszy się powrotem do zdrowia" - piszą na Facebooku jednego z warszawskich "instytutów". Pani Danuta wyznaje: "Od roku służba zdrowia nie dawała rady. Kilka miesięcy temu chirurg postawił diagnozę: tej rany nie da się wyleczyć. Biorezonans poprzez prawidłowe wykrycie kilku bakterii odpornych na antybiotyki, pozwolił mi stanąć na nogi".

Na zdjęciu załączonym do posta nie ma rany, tylko rumień na łydce. Chcę jednak skontaktować się z panią Danutą, by poznać jej historię, ale "instytut" nie podaje jej nazwiska. Musi mi wystarczyć jej zdjęcie. Kilka sekund w Google'u wystarcza, by się dowiedzieć, że jest modelką z Francji. Jej zdjęcie można znaleźć w jednym z tamtejszym sklepów z okularami.

W mediach społecznościowych nie brakuje jednak historii pacjentów, którzy mieli zostać wyleczeni biorezonansem. Wyznają, że "nie mają zamiaru umierać w kolejkach do specjalistów na NFZ". Że pozostawieni "sami sobie przez system ochrony zdrowia" wreszcie znaleźli coś, co działa sprawnie. Wchodzą w zaciekłe kłótnie z niedowiarkami i zwolennikami medycyny tradycyjnej. Robiła to również Ewa Olechowska, która przed rokiem napisała: "Macie komfort bycia 'racjonalistami', bo nie wiecie, czym jest prawdziwy ból!".

- Teraz wstyd mi, że dałam się omotać zwolennikom biorezonansu. Miałam straszne bóle migrenowe, przy których specjaliści rozkładali ręce. Na prawdziwy rezonans musiałam czekać kilka miesięcy. Więc sam lekarz powiedział, że jest taka nowa metoda z Noblem i nie zaszkodzi jej spróbować. Gdy zadzwoniłam do gabinetu, od razu powiedzieli, że nie ma problemu. Wie pan, co to znaczy dla kogoś, kto od lat słyszy, że migrena jest nie do wyleczenia? - pyta moja rozmówczyni.

Jak mówi, tak w tę metodę uwierzyła, że na chwilę ból zelżał. Tylko że zapłaciła za to ok. 1,5 tys. zł, a biorezonansowcy chcieli więcej. Namawiali na kolejne sesje terapii dla "utrwalenia efektu". W końcu jej mąż zauważył: "Niby mniej cię boli, a dalej bierzesz zwolnienia z pracy, bo nie jesteś w stanie podnieść się z łóżka". - Zrozumiałam, jak mózg, który chce uczepić się jakiejś nadziei, potrafi oszukać - wspomina Ewa Olechowska.

"Każdy dodatkowy organ kosztuje 10 zł"

Właściciele gabinetów biorezonansu nie działają w podziemiu, tylko prowadzą swoje firmy legalnie. Pod nazwiskiem zachwalają w sieci skuteczność swojej "terapii" i przekonują, że nie mają nic do ukrycia. Gdy jednak proszę ich o rozmowy do tekstu, w popłochu się rozłączają. Albo umawiają się na inny termin, po czym nie odbierają telefonu. Dzwonię więc do nich jako potencjalny pacjent z chorobami, które - jak piszą w internecie - leczą.

- Dzień dobry, czy to klinika biorezonansu w Katowicach? - zaczynam rozmowę.- No, między innymi - odpowiada mężczyzna, a w tle słychać szumy, jakby jechał samochodem albo stał na ulicy.- Jak to "między innymi"? - dopytuję.- No, mam kilka interesów.- Ale ja dzwonię do pana z depresją. Chcę zapytać, czy mogę wyleczyć ją biorezonansem i odstawić leki.- A to oczywiście, jak najbardziej - zapewnia.

Tłumaczy, że za pomocą tego urządzenia najpierw zrobią mi diagnostykę. Podłączą mnie do niego elektrodami, a na uszy nałożą słuchawki. - To są ultradźwięki, tego pan nie słyszy. Drzemie pan sobie przez godzinę lub dwie i potem mamy gotowy wynik, prawda. To jest zupełnie bezinwazyjne i bezpieczne. Jeżeli się okaże, że nie ma obciążeń organizmu, czyli bakterii, wirusów, pasożytów, metali ciężkich i jeśli urządzenie wykaże depresję, to wtedy można robić na nią terapię - stwierdza.

Nie tłumaczy, co do depresji mają bakterie, wirusy i pasożyty. Na jego stronie internetowej znajduję jednak informację, że przed taką "terapią" zawsze się sprawdza, czy organizm nie jest obciążony patogenami. To konik takich gabinetów. "Detoksykacja organizmu" jest początkiem "leczenia" wszelkich chorób biorezonansem.

- Musimy sprawdzić, co tam u pana się dzieje, prawda. I czy lekarze właściwie podeszli do pana z tymi prochami. Natomiast niech pan nie myśli, że od razu je odstawi. Bo tutaj może być więcej szkody niż pożytku. A pierwsza zasada mówi: "Nie szkodzić". Więc odstawianie prochów odbędzie się z czasem i oczywiście za zgodą lekarza. Ale docelowo: jak najbardziej. Tylko to kwestia tygodni. Zależy, czy powody, które pana wpędziły w tę depresję, już ustały. Bo jak pan np. się rozwodzi albo wyrzucili go z pracy, to pogarsza sytuację i efekt terapii będzie słabszy. Więc żeby pan nie myślał, że tu jakieś cuda się dzieją, prawda - stwierdza.

Mężczyzna meandruje - najpierw zapewnia, że "docelowo: jak najbardziej" mnie wyleczy z depresji, i to w kilka tygodni (!), a potem zastrzega, że nie będzie natychmiastowych efektów. Nie zdążyłem o to dopytać, bo głos w telefonie szybko przechodzi do omawiania cennika. - Jeżeli pan będzie kwalifikował się do terapii i rzeczywiście potwierdzi się depresja, to wtedy trzeba raz w tygodniu przychodzić nawet na dwie godziny. Zależy, co tam u pana będzie do roboty i który program terapeutyczny trzeba zastosować. Musi pan liczyć się z tym, że potrwa to minimum miesiąc. Każda taka wizyta kosztuje 150 zł - wylicza.

- Czyli za wszystko zapłacę ok. 600 zł? - dopytuję.

- Nie, to koszt miesięcznej terapii, a zaczynamy od diagnostyki. Taka wizyta kosztuje 250 zł. Z tym że to wersja podstawowa badania. Nie ma w niej przekrojów mózgu. Można też dodatkowo zbadać układ nerwowy i rdzeń kręgowy. Razem trzeba liczyć gdzieś 280 zł. No chyba że pan będzie chciał przebadać cały organizm, bo może jeszcze trzustkę, tarczycę i w zasadzie wszystko, prawda. Każdy dodatkowy organ kosztuje 10 zł. Więc to są troszeczkę koszty, ale efekty mamy bardzo dobre - podkreśla.

- Zgubiłem się przy tych trzustkach i tarczycach. Dalej mówimy o leczeniu depresji? Mieliście takie przypadki? - dociekam.

- Ależ o-czy-wi-ście. Jak pan przyjdzie, to się dowie. Więc przemyśleć i umówić się na wizytę. Natomiast trzeba pamiętać, że do pierwszej wizyty diagnostycznej jest dość duża kolejka. Miesiąc czekania. Jeszcze zapytam o przeciwwskazania. Rozrusznik serca albo pompa insulinowa jest? A padaczka jakaś? Choroby onkologiczne? Badanie tomografem albo rezonansem w ostatnim czasie było? Bo z miesiąc trzeba byłoby odczekać. Jeśli nie, to dobra. Pomyśleć i dzwonić. Do widzenia - kończy.

Pacjentce na biorezonansie wyszła... prostata

Ewa Olechowska, która przeszła już "badanie" i "leczenie" biorezonansem, tylko się uśmiecha, gdy relacjonuję powyższą rozmowę. Mówi, że głos z telefonu przygotowywał mnie na wyciąganie kolejnych stów z kieszeni. Jej "terapia" też początkowo miała trwać kilka tygodni, potem jednak chcieli ją ciągnąć bez końca. A do tego "diagnostykę" trzeba było powtórzyć, bo pacjentka miała "zakłócone pole elektromagnetyczne".

- Poza tym pójść do takiego gabinetu z konkretną chorobą to jak wozić drewno do lasu - stwierdza i dodaje, że sama trafiła tam z migreną, a wyszła z "rozpoznaniem" m.in. chorób grzybiczych, opryszczki i uszkodzonych nerek. Później badania medyczne to wykluczyły. Zdaniem mojej rozmówczyni to, co zdiagnozują w biorezonansie, jest i tak bez znaczenia, bo wszystko tam "leczy się" tak samo. A więc podpinając do "maszynki" i naciągając na kosztowne suplementy diety.

Dr Szymon Suwała miał pacjentkę, u której biorezonans wykrył "łagodny rozrost gruczołu krokowego", czyli... prostatę. - Ktoś najpierw wydrukował "diagnozę", a dopiero potem zorientował się, że ma do czynienia z kobietą i przekreślił to "rozpoznanie" długopisem. Więc zrobił kopiuj-wklejkę albo użył jakiejś aplikacji, która układa zestaw przypadkowych chorób - tłumaczy endokrynolog.

Z tego badania wynikało, że pacjentka jest chora na właściwie wszystko: "chlamydiozę, zespół jelita drażliwego, zapalenie dróg żółciowych, okrężnicy i stawów, alergię skóry, zwyrodnienie wątroby, przemieszczony dysk kręgowy" itd. Na koniec wisienka na torcie: "zespół napięcia przedmiesiączkowego". Tyle że kobieta była już po menopauzie i od pewnego czasu nie miesiączkowała.

- I jeszcze "porażenie tarczycy", co jest kuriozalne, bo nie ma takiej choroby. Pacjentka miała niedoczynność tarczycy, którą zresztą bardzo skutecznie leczyliśmy. Gdy mi to pokazała, ogarnął mnie śmiech. Poza tym jej organizm miał być masowo zaatakowany przez pasożyty, bakterie i grzyby. W tym takie, które są zwykłą florą naszego organizmu. Nazwy wielu z tych mikroorganizmów były zapisane z błędami. U innej pacjentki spotkałem się też z opisem pasożyta, który nie występuje u ludzi, tylko u psów - wspomina lekarz.

- A czy jest możliwe, aby biorezonans wykrywał pasożyty, bakterie i grzyby? - pytam.

- Absolutnie nie. Ci, którzy naciągają ludzi na to badanie, twierdzą, że biorezonans "odczytuje" wibracje elektromagnetyczne naszego organizmu i wszystkich znajdujących się w nim "żyjątek". Problem w tym, że takie proste urządzenie nie jest w stanie wykryć żadnego promieniowania elektromagnetycznego. Zwłaszcza tak słabego, jakie wydzielają mikroorganizmy. Już pomijam bzdurę, że to urządzenie może leczyć, tworząc wibracje, które niszczą ściany komórkowe bakterii czy grzybów. To nie ma prawa działać. To nawet nie jest placebo, tylko totalna ściema - podkreśla.

Kłamstwem jest też mamienie ludzi, że niszcząc żyjące w nich mikroorganizmy, można leczyć depresję, tarczycę, miażdżycę, nowotwory czy autyzm. A wszystko to mają w swoich ofertach gabinety biorezonansu. - To absolutnie nie może się udać. Skuteczność tego jest zerowa. To pseudonaukowa bzdura i naciągactwo - podkreśla dr Suwała.

Jak dodaje, pacjenci decydując się na takie "terapie", mogą stracić nie tylko pieniądze, ale także zdrowie. Bo w gabinetach biorezonansu wciska się im suplementy diety i parafarmaceutyki bez żadnej kontroli.

- Jeżeli proponuje się im np. końskie dawki witaminy D, to może być groźne. Czasem zaleca im się 50 tys. jednostek dziennie tej witaminy, podczas gdy standardowa dawka profilaktyczna dla polskiej populacji to od 800 do 2 tys. jednostek. To igranie ze zdrowiem pacjentów. W dodatku żerowanie na tych mniej majętnych, którzy utknęli w kolejkach do specjalistów na NFZ i szukają nadziei na wszelkie sposoby. Nie mają pieniędzy na prywatną wizytę u lekarza. Są więc wabieni - jak ta moja pacjentka z rzekomą prostatą - darmowymi "badaniami" biorezonansem. Dopiero później się dowiadują, że muszą to niejako spłacić, kupując liczne suplementy i parafarmaceutyki. Czy w takiej sytuacji nie powinno zareagować Ministerstwo Zdrowia? - pyta retorycznie lekarz.

Zapytałem o to resort zdrowia. Do czasu publikacji tekstu nie dostałem odpowiedzi.

"Leczę dzieci tylko biorezonansem"

Do gabinetu w Białymstoku dzwonię z rakiem jelita grubego. Udaję zagubionego pacjenta, który nie umie dogadać się z lekarzami i nie wie, co go czeka. Delikatny głos kobiety upewnia mnie, że zgłosiłem się pod właściwy adres. - Jak najbardziej mogę panu pomóc. Bo jeżeli wgłębimy się w fizyczne podłoże wszelkich nowotworów, to zwykle są bakterie, pasożyty i grzyby. A tutaj z pomocą przychodzi biorezonans. Pomaga organizmowi w walce z tym podłożem, którym karmi się nowotwór. A jeżeli chodzi o jelito grube, to pochyliłabym się też nad emocjami - stwierdza.

- Jak to, emocjami? - pytam zdziwiony.

- Bo ja oprócz tego, że jestem naturopatą, to też konsultantem totalnej biologii. Szukam emocjonalnej przyczyny chorób - odpowiada, a ja szybko sprawdzam, co to znaczy. Czytam, że naturopatia to pseudonaukowa dziedzina, która neguje sens stosowania praktyk medycznych. Z kolei "totalna biologia leczy totalnie" - złamane kości, boreliozę, nerwice, depresję, schizofrenię i dziesiątki innych chorób. - Przyczyna chorób ma - według tej metody leczenia - tkwić w nierozwiązanych konfliktach z przeszłości - tłumaczy dr Izabela Pawłowska, psycholożka i psychoterapeutka z Uniwersytetu SWPS. I ostrzega, że to może być niebezpieczne.

Właścicielka "kliniki" chyba jednak nie chce przytłaczać mnie informacjami, bo szybko zmienia temat. Postanawia oswoić mnie żartem. - Tutaj jest taki bardzo gruby problem. Taki - jak to się mówi - gówniany - chichocze, ale nie widząc mojej reakcji, natychmiast poważnieje. - Na pewno bym tego nie zostawiała - dopowiada.

- Czy to badanie i leczenie jest w ogóle skuteczne? - pytam.

- Jak najbardziej. Tylko wiarygodność tego testu opiera się na tym, że nie jest pan zakłócony żadnymi lekami. Dlatego zawsze proszę swoich pacjentów, by nie brali leków przeciwbólowych ani sterydów. I żeby nie byli po żadnych prześwietleniach czy nawet podróży samolotem. Bo jest to przebodźcowanie, naświetlenie jednak. Zwłaszcza ten samolot to do dwóch tygodni obserwuję w biorezonansie. Więc trzy tygodnie przed badaniem powinny być w miarę czyste. Pacjent nie powinien też zażywać leków antydepresyjnych, uspokajających ani nasennych. Bo wtedy z kolei jest wyciszony i to też zakłóca diagnostykę - tłumaczy.

Niepokoi mnie, że pacjent onkologiczny musi przed "badaniem" odstawić leki. Ciekaw jednak jestem, co dostanę w zamian. Czyli jak to badanie będzie wyglądało. - W rękach trzyma pan elektrodę, a za plecami ma matę modulacyjną. Przez aparat puszczam do pana częstotliwość i widzę, jak organizm reaguje. Badam pana też biotensorem, czyli takim wahadłem. On mi zupełnie inaczej pracuje, gdy dostaję zwrotkę od organizmu. I wtedy już wiem, nad jakim tematem musimy się skupić. No, tutaj trzeba byłoby się skupić na pasożytach, grzybach, bakteriach - mówi.

Kobieta zna więc wynik badania, zanim jeszcze je rozpocznie, czyli puści w ruch elektrody, a także różdżkę. Wróćmy zatem do pytania o leczenie - czy jest skuteczne i potwierdzone?

- Jak najbardziej. To jest na tyle skuteczne, że ja wyłącznie za pomocą biorezonansu odrobaczam swoje dzieci. I tylko tak je leczę. Mają 9 i 10 lat. To jest sprzęt, który ma certyfikaty urządzenia medycznego. Święcie w nie wierzę - zapewnia.

- Leczyła pani już nowotwory biorezonanasem? - dociekam.

- Jeżeli chodzi o nowotwór na jelitach, to takich przypadków nie miałam. Bo czasami ludzie przychodzą na diagnostykę, ale później lęk wygrywa i poddają się jednak leczeniu chemicznemu - ubolewa. - Ale gdyby o mnie chodziło, to bym robiła wszystko na biorezonansie - stwierdza.

Koszt "badania" to minimum 500 zł. - No, powiedzmy: 400 zł, jeżeli bym nie szalała z ilością testów. A potem każde kolejne spotkanie... Bo to musi się odbywać po kolei. Nie możemy wszystkiego naraz usuwać. Najpierw na pewno zajmiemy się pasożytami, a na to potrzebujemy około 6 tygodni. I spotykamy się raz w tygodniu na godzinkę. No i taka terapia kosztuje wtedy 140 zł. Więc proszę na spokojnie się zastanowić. I proszę uważać, co pan w siebie wrzuca przed badaniem - zaleca na koniec i dodaje, żebym z decyzją nie zwlekał, bo grafik ma już zapełniony na najbliższy miesiąc.

"Czysta szarlataneria"

Takich rozmów miałem więcej. We Wrocławiu zapewniono, że biorezonans wyleczy mnie z boreliozy, w Gdańsku - z miażdżycy, a w Zabrzu - z cukrzycy. Wszędzie słyszałem to samo - za każdą chorobę odpowiadają bakterie, wirusy, grzyby, pasożyty i niedobory witaminowe. Nigdzie nie chcieli wyników badań medycznych, bo mają swój biorezonans. Prawie w każdym z gabinetów zgłaszali gotowość do zastąpienia lekarza w procesie leczenia.

- Oczywiście, pan jest osobą decyzyjną. Ale ja jestem dietetykiem klinicznym. No i szkoliłam się również w Rosji pod kątem biorezonansu. Więc nie wiem, jakiego jeszcze pan specjalisty oczekuje - usłyszałem w Zabrzu.

Z kolei w Krakowie nie cofnęli się przed deklaracją, że "uleczą" 10-letnie dziecko z autyzmu. - Za tę chorobę odpowiadają złogi metali ciężkich, które dziecko ma w organizmie. Biorezonans się z tym rozprawi - stwierdził mężczyzna i nie zadrżał mu przy tym głos. A powinien, bo autyzm nie jest chorobą, a teoria "złogów metali ciężkich" to zwykły zabobon.

- Matko boska! Przecież to powinno być traktowane jako przestępstwo! - łapie się za głowę dr hab. Magdalena Wiśniewska, przewodnicząca Rady Ekspertów Naczelnej Izby Lekarskiej. Gdy relacjonuję, że jako pacjent onkologiczny byłem namawiany do odstawienia leków, stwierdza: "To zbrodnia!".

Prof. Wiśniewska jest diabetolożką, więc opowiadam jej jeszcze, jak byłem mamiony wizją "leczenia" cukrzycy za pomocą biorezonansu. - To byłoby zabójstwo, gdyby "leczyć" w ten sposób pacjenta z cukrzycą typu pierwszego. Nie daj Bóg, bo to bezpośredni stan zagrożenia życia! Absolutnie jedna wielka bzdura. Niczego głupszego nie słyszałam. A jeśli miałby pan cukrzycę typu drugiego, to ona mogłaby nie dawać objawów, ale poważne powikłania pojawiłyby się bardzo szybko. Więc każde odwodzenie od prawidłowego leczenia czy jego opóźnianie powinno być traktowane jak przestępstwo. W tym opóźnianiu widzę główne zagrożenie związane z upowszechnianiem się biorezonansu - podkreśla.

Inna rzecz - kontynuuje ekspertka - że pacjenci są straszeni i naciągani. Niedawno przyszła do niej kobieta, która została skierowana na biorezonans przez kogoś, kto podawał się za dietetyka klinicznego. Prof. Wiśniewska go sprawdziła i okazało się, że nie miał takiego wykształcenia. Skasował 800 zł za poradę i ustalenie diety. Za kolejne kilkaset złotych zrobił też "badania", w których wyszły niedobory wszystkiego. Pacjentka była przerażona, bo myślała, że jest ciężko chora, a pozostawała zupełnie zdrowa.

- To jedno wielkie wyciąganie pieniędzy z biednych ludzi. Zdesperowani pacjenci zrobią wszystko, by spróbować się wyleczyć. A na nich żerują ci pseudospecjaliści od biorezonansu. Jest to po prostu cyniczny biznes i czysta szarlataneria - ocenia lekarka.

Błyskawiczna reakcja na ustalenia tokfm.pl

Jak dodaje prof. Wiśniewska, biorezonans to pseudonauka. Żadne z badań nie udowodniło skuteczności tej metody w diagnostyce ani leczeniu. Dlatego nie ma żadnych wskazań, by ją stosować w jakiejkolwiek terapii. Biorezonans nie jest też urządzeniem medycznym. Metoda ta nie dostała Nagrody Nobla. Nigdzie też nie jest uznawana za normalną procedurę medyczną.

Mimo to biorezonans polecają także lekarze. Pokazuje to przypadek Ewy Olechowskiej, która usłyszała od doktora, że "jest taka nowa metoda z Noblem i nie zaszkodzi jej spróbować". - Dopiero później zobaczyłam na stronie tej kliniki biorezonansu, że on z nimi współpracuje. Czyli pewnie musiał brać pieniądze za polecanie pacjentów - stwierdza moja rozmówczyni.

Prof. Magdalena Wiśniewska natychmiast na to reaguje. Po naszej rozmowie kierowana przez nią Rada Ekspertów Naczelnej Izby Lekarskiej wydaje oficjalne stanowisko dot. biorezonansu (poniżej). - Jednoznacznie potępiamy w nim tego typu pseudonaukowe działania. Lekarze, którzy będą używać tej metody, mogą być zgłaszani do Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej jako postępujący nieetycznie i niezgodnie z aktualną wiedzą medyczną. Mogą to robić okręgowe izby lekarskie na podstawie naszej opinii. Absolutnie nie możemy takich wymysłów popierać. Boleję nad tym, że niektórzy lekarze się na to decydują i firmują je swoimi nazwiskami. Nie wiem, co nimi kieruje. Ale jeśli się o takich dowiem, będę pierwszą osobą, która poda ich do nich Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej - podkreśla.

Ubolewa też, że opisywane w tekście biznesy mają pełną swobodę działania, bo nie podlegają żadnym regulacjom. - Mogą wmawiać pacjentom każdą bzdurę i nic. To przerażające, że dla pieniędzy zrobią wszystko - podsumowuje prof. Magdalena Wiśniewska.

Stanowisko Rady Ekspertów Naczelnej Izby Lekarskiej dot. biorezonansu

W związku z coraz częściej pojawiającymi się doniesieniami o stosowaniu terapii biorezonansem magnetycznym jako metody leczenia całego wachlarza schorzeń (od zatruć metalami ciężkimi, alergii, chorób autoimmunologicznych, pasożytniczych i zwyrodnieniowych przez nowotwory do autyzmu i leczenia nałogów) Rada Ekspertów NIL jednoznacznie sprzeciwia się uznawaniu biorezonansu za metodę leczniczą.

Biorezonans to pseudonaukowa i niekonwencjonalna metoda diagnostyczna, niezgodna z zasadami medycyny opartej na faktach i dowodach naukowych (evidence-based medicine). Żadne z rzetelnie przeprowadzonych badań naukowych nie potwierdziło dotychczas skuteczności biorezonansu w jakimkolwiek zakresie, a szczególnie leczniczym. Ze względu na brak jakichkolwiek naukowych dowodów skuteczności biorezonansu Rada Medyczna NIL przestrzega przed jego stosowaniem. Stosowanie tej metody jest niezgodne z etycznym i prawnym nakazem wykonywania zawodu lekarza zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej.

Masz temat? Napisz do autora: konrad.oprzedek@tok.fm

Źródło: TOK FM