,
Obserwuj
Polska

Piekło na ziemi. Tak wyglądał hitlerowski obóz da polskich dzieci w Łodzi

tokfm.pl
4 min. czytania
02.11.2025 14:49

W trakcie II wojny światowej Niemcy utworzyli prewencyjny obóz policji bezpieczeństwa dla młodzieży polskiej przy ulicy Przemysłowej w Łodzi. Ile dzieci przewinęło się przez niego? Ilu udało się przeżyć? Czy obozowych katów dosięgła po wojnie sprawiedliwość? Na te i inne pytania w podkaście tokfm.pl "Ciemne miejsca" odpowiadał gość Małgorzaty Wołczyńskiej.

fot. MAREK KRASOWSKI/REPORTER

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jakie były powody utworzenia obozu dla polskich dzieci w Łodzi?
  • Za co można było trafić do obozu przy ulicy Przemysłowej?
  • Jak wyglądał tam typowy dzień?

Andrzej Gregorczyk, kustosz Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi z oddziału Stacja Radegast mówił, że obóz dla polskich dzieci został utworzony przy ulicy Przemysłowej pod koniec 1942 roku. Celem, jak informowały ówczesne władze niemieckie, była chęć separacji narodowościowej Polaków od Niemców. Jednocześnie władze okupacyjne uważały, że należy chronić młodzież niemiecką przed "niebezpieczną polską młodzieżą", która miała być prymitywna i żyć w prymitywnych warunkach.

Gregorczyk zwrócił uwagę, że było to "typowe nazistowskie uzasadnienie problemu, który sami stworzyli". Jak tłumaczył gość Małgorzaty Wołczyńskiej, warunki, w jakich żyły polskie dzieci to efekt działalności nazistów. - Osierocone dzieci to skutek represji niemieckich na ich rodzicach, którzy trafiali do obozów koncentracyjnych albo ginęli w wyniku działalności okupanta - dodał. Wyjaśniał, że część polskich dzieci trafiała do sierocińców i tam miała kontakt z dziećmi niemieckimi, a to wywołało dyskusję o separacji. Stąd pomysł powołania obozu tylko dla dzieci polskich.

Za co można było trafić do obozu?

Do obozu trafiały dzieci poniżej 16 roku życia, bo, jak wyjaśnił Gregorczyk, wynikało to z ustawodawstwa narodowo-socjalistycznego, które decydowało, że osoby powyżej tego wieku wysyłane były do obozów koncentracyjnych dla dorosłych. Prowadząca rozmowę Małgorzata Wołczyńska zwróciła uwagę, że do obozu trafiało się w zasadzie za wszystko. - Na przykład za niedorozwój umysłowy, uchylenie się od pracy przymusowej, słaby rozwój fizyczny, niezadowalające postępy w nauce, zły wpływ na otoczenie - wyliczyła Wołczyńska.

Gregorczyk dodał, że do obozu można było trafić także za kradzież którą "powinniśmy rozumieć jako kradzież żywności, ponieważ dzieci były głodne". - Mamy całe spektrum różnych możliwości, za które można było trafić do obozu, ale to, co je łączyło, to że decyzja nie była związana z decyzją żadnego sądu, ale władz policyjnych - dodał ekspert.

Początkowo obóz był przeznaczony dla chłopców od 12 do 16 roku życia, ale potem to się zmieniło. - Obniżono dolną granicę najpierw do 8 roku życia, później właściwie zrezygnowano z tej dolnej granicy. Mamy relację, że dwulatkowie również tam trafiali. Jest także relacja z której wynika, że w obozie było nawet 1,5 roczne dziecko - powiedział Gregorczyk. Od wiosny 1943 roku do obozu trafiały także dziewczęta. - Obóz był w ten sposób podzielony, że około 75 proc. terenu było przeznaczone na obóz męski, a 25 proc. na obóz żeński - zaznaczył.

Każdy po przybyciu miał robione zdjęcie, zdejmowano mu z palców odciski, otrzymywał numer, strój czyli drelich, drewniaki i furażerkę. - To wszystko upodobniało to miejsce do obozu koncentracyjnego, a z drugiej strony to była też forma praktyki policyjnej - powiedział gość "TOK FM". Dodał, że już samo to było "drastycznym doświadczeniem" dla dzieci.

Redakcja poleca

Jak wyglądał dzień w obozie?

Rozkład dnia zależał od powodu, dla którego trafiło się do obozu. Jeśli dziecko miało zostać Niemcem, czyli podlegać germanizacji, to w obozie przebywało kilka tygodni i najczęściej nie musiało pracować. Większość objęta była jednak nakazem pracy. Dzień zaczynał się pobudką o 5.30, następnie o 7 było śniadanie, które składało się z chleba i "jakieś formy kawy, czy czegoś do tego podobnego", obiad składał się z zupy najczęściej przygotowanej "ze starych bądź nawet zgniłych warzyw", a kolacja wyglądało tak jak śniadanie. - Mamy tutaj jeśli chodzi o wyżywienie, bardzo ograniczone środki przeznaczone dla dzieci, co wpływało na ich kondycję fizyczną i psychiczną - dodał.

Dzieci praktycznie cały dzień miały przeznaczony na pracę. Odbywała się ona albo na zewnątrz, albo wewnątrz budynków. - To było najczęściej wytwarzanie koszy wiklinowych, butów ochronnych ze słomy, chlebaków. To, co bardzo często zapisało się w pamięci ocalałych to praca w iglarni, czyli prostowanie igieł, bardzo trudna i bardzo ciężka fizycznie praca, szczególnie dla małych dzieci - powiedział.

Jak mówił Andrzej Gregorczyk praca trwała kilkanaście godzin w nieogrzanych, źle oświetlonych pomieszczeniach i "była ponad siły". Dodatkowo część prac nie miała w ogóle sensu, tylko była formą kary za przewinienia popełnione w obozie. - To była praca w kompanii karnej przy brukowaniu ulic czy alejek, przy przenoszeniu ciężkich elementów budowlanych. Często ta praca była pozbawiona sensu z punktu widzenia praktycznego, bo kiedy elementy były przeniesione, nakazywano wrócić z nimi w to samo miejsce, co uprzednio - podkreślił.

W obozie panowały też fatalne warunki sanitarne. Jak wynika z relacji ocalałych, najgorzej było w jednym z baraków, gdzie zostały zebrane dzieci, "które w nocy się moczyły". - To również jest przypadek Urszuli Kaczmarek, czyli pierwszej potwierdzonej ofiary obozu. Ostatecznie cierpienie, które jej zadano, doprowadziło do śmierci - powiedział Gregorczyk.

Źródło: TOK FM