Po zakupach dla bogacza najadła się wstydu. "Założyłam, że elita je jak ja"
Od prawie roku Joanna sprząta i gotuje u bogacza, ale - jak mówi - wyżyć z tego się nie da, dlatego dorabia na boku. Robi to w tajemnicy przed szefem, który zażyczył sobie mieć ją "na wyłączność". - To fanaberie człowieka z elity: sam nie da godnie zarobić, a u innych broni - ocenia i opowiada w tokfm.pl, jak zrodziła się jej niechęć do elit.
- Joanna podpatrzyła w internecie, jak przyrządzać drogie steki dla swojego bogatego szefa. Ale nie wie, jak smakują. "To za drogie, żebym mogła próbować" - podkreśla w tokfm.pl;
- Prosiła go o umowę o pracę, bo zależało jej na ubezpieczeniu. "Nie chciał o tym słyszeć. Zagroził, że na moje miejsce weźmie Ukrainkę" - dodaje;
- "Dla mnie upokorzeniem są teksty o ‘nierobach’, które bogacze rzucają przy mnie na co dzień" - przyznaje.
- Sorry, nie zdążyłam posprzątać, ale to dlatego, że w ostatniej chwili wprosiłeś się do mnie na chatę - żartuje Joanna i gorączkowo zbiera ciuchy z łóżka. - Ale skoro szewc bez butów chodzi, to i baba, która sprząta u innych, może mieć chlew w domu - dodaje 34-latka.
Wynajmuje małą kawalerkę pod Krakowem. Uwagę przykuwa tam metalowe słońce, które wisi na ścianie. Jego złoty kolor to jedyny szczegół w tym mieszkaniu, który próbuje udawać luksus. Reszta nie kryje się ze skromnością: stare łóżko, szafa, stół i fotele. W kącie stoi małe biurko, przy którym zwykle uczy się ośmioletnia córka. Rzeczy jej ojca nigdy tutaj nie było. Jak mówi Joanna, uciekł z jej życia po tym, jak zaszła w ciążę. Słuch o nim zaginął.
Kobieta w pośpiechu chce uprzątnąć ze stołu zmięte paragony z Biedronki. W ostatniej chwili ją zatrzymuję, żeby móc o nich porozmawiać. Na jednym widzę kwotę 174 zł. - Teraz każdy z nich jest dla mnie paragonem grozy. Ale to nic w porównaniu do rachunków, które nabijam w sklepie szefowi. Wtedy zwykle nie schodzę poniżej 300 zł - opisuje.
Od prawie roku pracuje "u państwa bogaczy", których w tym tekście będziemy nazywać Michałem i Aldoną. Mają jednopiętrowy dom, który sprząta Joanna. Robi im też pranie i czasem gotuje. - Dla nich kupuję jedzenie z wyższej półki, czyli np. te wydziwiane produkty eko, bez glutenu i laktozy. Jeśli Michał ma ochotę na mięso, to wiadomo, mielonka z promki nie przejdzie. Muszę jechać do sklepu, gdzie jest cenowy odlot. Np. pastrami i steki kosztują ponad stówę. Sama nigdy bym sobie tego nie zafundowała, bo mnie nie stać - przyznaje.
W internecie podpatrzyła, jak przyrządzać drogie steki, ale nie ma pewności, czy ich nie psuje. Nie wie nawet, jak smakują spod jej ręki. - To za drogie, żebym mogła próbować - podkreśla Joanna.
Po zakupach dla bogacza najadła się wstydu. "Założyłam, że elita je jak ja"
W kuchni Michała i Aldony czeka na nią drewniana skrzyneczka. W niej zawsze jest lista kulinarnych życzeń i tysiąc złotych w gotówce. Wszystko zazwyczaj odbywa się bez słowa: Joanna czyta listę, bierze kasę, a po zakupach wkłada resztę i paragon do skrzyneczki.
- Szefowie na pewno kontrolują, ile wydałam, ale nic nie mówią, bo zawsze wszystko się zgadza. Jasne, że na początku zaliczyłam kilka wpadek, jednak nie dlatego, że za dużo wydałam. Po prostu kupowałam taniochę w Lidlu, przez co najadłam się wstydu. Założyłam, że elita je jak ja, ale Aldona grzecznie wyprowadziła mnie z błędu. Od tej pory na służbowych zakupach na gołdę nawet nie patrzę. Na prywatnych dalej wrzucam ją do koszyka, bo jest tania - opisuje.
Na początku, gdy u pracodawców sprzątała łazienkę, wąchała kosmetyki i googlowała ich ceny. Teraz tego już sobie nie robi. - Nawet nie pamiętam, ile kosztowały te kremy, wody toaletowe i tusze do rzęs. Ale tysiąc złotych by nie pomógł. Nie czułam się gorsza ze świadomością, że pewnie nigdy na to nie będę mogła sobie pozwolić. Czułam po prostu jakiś bezsens tych elit. Trochę mnie to dołowało - przyznaje moja rozmówczyni.
Sprząta u bogacza za ok. 3,2 tys. zł. Im szybciej zrobi, tym mniej zarobi
W ciągu paru chwil Joanna ogarnia z wierzchu całą kawalerkę i stawia na stole dwie kawy. Mówi, że w robocie tak się nie uwija, bo dostaje stawkę godzinową (40 zł). Im szybciej posprząta, tym mniej zarobi.
- To brzmi jak gadka Polaka cwaniaka, ale nie byłoby jej, gdyby mój szef Michał zgodził się zatrudnić mnie po ludzku. Prosiłam o umowę na pół etatu, bo umówiliśmy się, że będę pracować u niego ok. 4 godzin dziennie. Dziewczyny z branży nie lubią umów, bo miałyby potrącane z pensji składki na ZUS-y, ale ja wolę być ubezpieczona. Tylko że Michał nie chciał o tym słyszeć. Wtedy żeby mi się opłaciło, musiałby mi dawać więcej niż te 3,2 tys. zł, które teraz średnio dostaję. Zagroził, że na moje miejsce weźmie Ukrainkę. Uległam, bo na rynku i tak nie ma umów dla takich jak ja - wzdycha 34-latka.
Pokój, który mogłaby "wypucować" w godzinę, sprząta w dwie. Jeśli nie zdąży, bo priorytetem jest gotowanie i pranie, to kończy następnego dnia. - Na umowie sprzątałabym więcej i dokładniej. Zresztą na początku robiłam tak nawet "na czarno", ale usłyszałam, jak mówił do żony, że zwalnia ze swojej firmy "nierobów, którzy próbują oskubać go z kasy". Do dzisiaj to powtarza, zawsze nad moją głową. Ewidentnie chce mnie postraszyć. Skoro widzi we mnie nieroba, to nie będę wypruwać sobie żył. Ale i tak nie odwalam maniany - zapewnia.
Gdy pytam o największe upokorzenia, jakie spotykają pracownice w tym zawodzie, Joanna wymienia jednym tchem: sprawdzanie na domowym monitoringu, czy nie myszkują po domu; zostawianie na widoku pieniędzy i biżuterii, by przekonać się, czy nie zostanie ukradziona; ciągłe testy białej rękawiczki. Do tego wyładowywanie frustracji na zatrudnionych i niepłacenie w terminie. Jednak moja rozmówczyni zaraz zastrzega, że… o tym wszystkim tylko słyszała od znajomych.
- Może mam szczęście, że nie trafiłam na takich szefów. Ale coś za coś. Dla mnie upokorzeniem są te teksty o "nierobach", które Michał rzuca przy mnie prawie na co dzień. Powtarza, że gdyby dał nam wejść sobie na głowę, byłby bankrutem. Najchętniej wszystko zrobiłby sam, ale biedaczyna nie umie. Dlatego musi nas "karmić", co robi z niego "elitę" - przyznaje moja rozmówczyni.
Jak rodzi się bunt przeciwko elitom? "Przy nich czuję się gorsza"
Słowo "elity" Joanna za każdym razem wypowiada z przekąsem. Zauważyłem to już wcześniej, gdy rozmawialiśmy na inny temat. Teraz wróciłem do niej, by opowiedziała nie tylko o swojej pracy, ale też o niechęci do elit. Bo - jak wynika choćby z niedawnych badań Sławomira Sierakowskiego i Przemysława Sadury - fundamentalny podział w polskim społeczeństwie biegnie między "elitami a ludem" i tylko się zaostrza. Ma to wpływ na wybory polityczne w naszym kraju. Jak twierdzą socjologowie, Karol Nawrocki wygrał wybory prezydenckie również dlatego, że "stał się symbolem ludowego sprzeciwu wobec elit".
- Przy elitach czuję się gorsza, ale to nie ich wina. Pewnie chodzi o mój kompleks, dziewczyny z miasteczka w Małopolsce. Powinnam być pewna siebie i słuchać ich rad, bo te sypią jak z rękawa. To nie są banały z filmów o bogaczach, tylko naprawdę mądre recepty na życie - mówi Joanna i szybko okazuje się, że srogo ironizuje.
Opisuje telefoniczne rozmowy swojego szefa, które słyszy, gdy np. opróżnia mu pralkę albo zmywarkę. - Ostatnio opowiadał swojemu wspólnikowi, że szykuje się następny "najazd szumowin" na Polskę. Uznałam, że chodzi mu o imigrantów, ale on miał na myśli PiS i jego "rozp...rdalactwo". Według Michała zanim PiS wróci do władzy, ogłosi kolejne "dotowanie biedaków", jak wcześniej 500 plus. Wiadomo, wszystko z podatków mojego szefa. Dojeżdżają jego firmę i są przejadane przez "niedojdy". Michał nie ma pojęcia, że tak naprawdę mówi o mnie, bo biorę 800 plus na ośmioletnią córkę, którą samotnie wychowuję - wzdycha.
Szef tego nie wie, bo - jak dodaje Joanna - prawie w ogóle z nią nie rozmawia. Nieraz próbowała do niego zagadać, ale zbywał ją półsłówkami. - Wchodzę do jego domu, witamy się i słyszę, co tego dnia mam zrobić. Na tym koniec. Z plebsem nie ma o czym rozmawiać - wzrusza ramionami.
Gdyby jednak szef był zainteresowany, opowiedziałaby, jak bardzo "pokręcony" jest jego obraz świata. Joanna nie głosuje na PiS, bo w ogóle nie chodzi na wybory parlamentarne. Zniechęcają ją walki, które partie toczą o państwowe posady i władzę. Programy ugrupowań mają - według mojej rozmówczyni - służyć tylko do maskowania tej politycznej gry.
- Najlepiej robi to PiS, bo zauważa zwykłych ludzi. Dało nam 800 plus, różne ulgi na dzieci, a emerytom trzynastki i czternastki. Kasy z 800 plus nie przejadam, jak twierdzi mój szef, tylko wydaję na córkę. Z pensji, którą zarabiam u elit, po prostu nie wystarczyłoby mi na dziecko - podkreśla moja rozmówczyni.
Z niechęci do elit poszła głosować. "Cieszę, że elitom ktoś popsuł ich galę"
Mimo że Joanna brzydzi się polityką, to 1 czerwca poszła na wybory prezydenckie, żeby zagłosować na Karola Nawrockiego. Przekonały ją do tego... elity. Zalicza do nich nie tylko swojego szefa, ale również tłumy zwolenników Rafała Trzaskowskiego, które m.in. w internecie hejtowały kandydata PiS i jego wyborców.
- Jeszcze zanim media ujawniły te różne "przekręty" Nawrockiego, to elity rzuciły się i pisały w sieci o mięśniaku trenującym boks. Nie zgadzało mi się to: gość skończył studia i ma doktorat, a oni robili z niego przygłupa, który nie umie ładnie się wypowiadać. Ale pomyślałam: pal licho, co mnie obchodzi jakiś Nawrocki. Tylko że oni jechali nie tylko po nim, ale też po popierającej go "hołocie". Jakoś mnie to oburzyło. Pamiętasz, jak ktoś kiedyś wypalił, że LGBT to ideologia, a nie ludzie? - pyta mnie Aśka.
- Zrobił to Andrzej Duda w kampanii prezydenckiej z 2020 roku - przypominam.
- Wtedy mnóstwo ludzi się oburzyło i słusznie. Zrobili to nie tylko geje i lesbijki, ale też wiele osób hetero, którzy stwierdzili, że tak nie można mówić o innych. To teraz tak miałam z tą "hołotą" od Nawrockiego. A jak już hejtowali jego córkę i żonę, to pomyślałam, że elity wszystkiego się chwycą, byle tylko człowieka zgnoić. Później jeszcze zaczęli mu wyciągać "machloje" z kawalerkami i prostytutkami. Dla mnie to była zwykła nagonka. W końcu pomyślałam, że na niego zagłosuję - opowiada.
Przyznaje, że czuła satysfakcję po ogłoszeniu zwycięstwa Karola Nawrockiego. Zwłaszcza, gdy usłyszała, jak jej szef komentuje wynik wyborów. - Mówił, że czuje się jak na jakiejś gali, na którą wszedł żul z ulicy i na środku puścił pawia. Ja tam się cieszę, że elitom ktoś popsuł ich "galę" - wzrusza ramionami z uśmiechem.
Z pensji u bogacza "nie da się wyżyć". "Sam nie da godnie zarobić, a u innych broni"
Joanna mówi, że nie da się wyżyć z pensji u bogacza. Aby dorobić, czasem sprząta mieszkania na krótkoterminowy wynajem albo "graciarnie". Tak nazywa zapuszczone miejscówki, które szybko trzeba uprzątnąć.
- To np. mieszkania po starszych ludziach, którzy długo byli schorowani i zniedołężniali. Gdy umierają, nagle wkracza rodzina, bo przypomina sobie, że mieszkanie jest do zgarnięcia. Wynajmują facetów do wyniesienia gratów, a ja resztę pucuję. To ciężka robota. Aż pot leje się po plecach, bo trzeba usunąć brud, który nagromadził się przez lata. Ale czasem za to wpada nawet 5 stów - mówi.
Dorabia jednak w tajemnicy przed głównym pracodawcą, bo ten chce mieć ją "na wyłączność". - Nie potrzebuje, żebym była na każde wezwanie. Chodzi mu raczej o to, że mam dostęp do jego domu i nie chce, żebym sprzątała u obcych. Nie wiem, może chce mnie jakoś kontrolować? W każdym razie mam to gdzieś. Gdybym mogła wyżyć za to, co mi wypłaca, to nie musiałabym pracować nigdzie indziej. A tak, to zwykłe fanaberie człowieka z elity: sam nie da godnie zarobić, a u innych broni - podsumowuje moja rozmówczyni.
Źródło: TOK FM