Odbudowali skocznię, na której skakało pokolenie ich dziadków. To największy taki obiekt w kraju
Skoki narciarskie w Polsce to nie tylko Podhale i Beskidy Zachodnie. Beskid Niski i Bieszczady też mają swoje tradycje. W Strachocinie koło Sanoka skacze się od kilkudziesięciu lat. Od kilkunastu świetność dawnej skoczni 'Strachoczanki' próbują przywrócić fani tego sportu. To bracia, jeden pracuje jako inspektor bezpieczeństwa informacji, drugi jest geologiem. W ubiegłym roku skończyli kurs sędziowski dla kandydatów na sędziego narciarstwa alpejskiego i klasycznego. Grają też w piłkę nożną w miejscowym klubie i działają społecznie na szczeblu lokalnym.
- Nie bez znaczenia była nasza pasja do skoków narciarskich i to, że wychowaliśmy się w czasach małyszomanii, gdy nasz legendarny skoczek z Wisły miał najlepsze wyniki - opowiada jeden z konstruktorów skoczni Adrian Cecuła.
O odbudowie obiektu pomyśleli, kiedy pałeczkę lidera polskiej kadry przejął Kamil Stoch. Najwięcej było robót ziemnych i prac ręcznych. - Do tego prace konstrukcyjne: wybudowaliśmy konstrukcję progu i najazdu oraz tak zwaną wieżyczkę z belkami startowymi. Pracy było mnóstwo - mówi drugi z braci Radosław Cecuła.
Bezpiecznie i komfortowo
Konstrukcja skoczni jest wzorowana na tej z Bischofshofen, ma podobne parametry - zbliżony kąt nachylenia progu i profil najazdu. Kąt zeskoku został wypłaszczony, by było bezpiecznie i komfortowo dla tych, którzy dopiero zaczynają przygodę ze skokami. Konstruktorzy zapewniają, że pozostałe parametry są zachowane, więc można się poczuć jak na prawdziwym obiekcie.
Miejsce, gdzie (jeszcze w ubiegłym wieku) powstały skocznie w Strachocinie, nie jest przypadkowe. To najbardziej stromy stok z całego wzgórza, które ciągnie się przez wioskę. - To miejsce było naturalnie przystosowane. Skarpa na dole pozwalała skakać na odległość 20 metrów, my to powiększyliśmy do 30 - opowiada Radosław Cecuła.
Rozbudowa trwa od 2012 roku. W tym czasie grupa zapaleńców rozbudowała obiekt, kilka razy organizowała zimowe zawody i zdobyła igielit do skoków latem. - I nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa - zapewnia Cecuła.
Tu się skakało codziennie
Konstruktorzy nowej skoczni mają nagrania video z początków lat 90. Rok 1993. W Strachocinie odbywają się wiejskie zawody w skokach narciarskich na dwóch amatorskich skoczniach. Na nagraniu widać kilkudziesięciu kibiców. Mieszkańcy wspominają, że okolica żyła skokami. Nie tylko zresztą w Strachocinie. Podobne amatorskie skocznie były też w Strzyżowie, Dukli, Sanoku, Ustrzykach Dolnych, Krościenku, Głowience, Zagórzu i Iwoniczu Zdroju.
Na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku na skoczniach w Sanoku, Iwoniczu, Dukli i Zagórzu organizowany był nawet lokalny konkurs czterech skoczni, wzorowany na turnieju odbywającym się w Austrii i Niemczech. Co ciekawe - zawodnicy startujący te kilkadziesiąt lat temu na 'Strachoczance' podpowiadali potem, jak odbudować obiekt.
Marzeniem braci Cecuła jest to, by obiekt miał bardziej profesjonalny wygląd. Marzy im się kompleks z prawdziwego zdarzenia. - Ale chcemy zwrócić uwagę nie tylko na nasze podwórko. Chcemy mówić o kondycji skoków w całej Polsce, przede wszystkim na Podkarpaciu, gdzie brakuje obiektu o większych rozmiarach niż K40. To blokuje rozwój młodzieży, a przez to nie ma narybku dla zawodowej kadry - rozkłada ręce Cecuła.
Młodzi zawodnicy z tej części województwa podkarpackiego, żeby kontynuować karierę, muszą wyjeżdżać do szkół mistrzostwa sportowego w Szczyrku czy Zakopanem. W rodzinnych stronach nie ma obiektu, który umożliwiłby przeskok do zawodowej kariery.
W Strachocinie jest kilku byłych skoczków, np. bracia Przemysław i Bartosz Daszykowie, którzy największe sukcesy osiągali około 2005 roku. Skończyli jednak ze skokami - jeden zajął się piłką nożną, drugi tańcem. Teraz, gdy w Strachocinie znów jest skocznia, wrócili na nią jako amatorzy. - Opanowali nasz obiekt do perfekcji i ustanowili rekordy - mówi Adrian Cecuła.
Konstruktorzy skoczni też próbowali swoich sił. Adrian oddał na 'Strachoczance' kilkanaście skoków i kilka razy brał udział w zawodach na mniejszych skoczniach. Radosław mówi, że na K40 nie skacze. - Skakałem na skoczniach do 20 metrów. Tu skupiłem się na budowie - mówi.
Deski, gwoździe i dresy
Na tegoroczną zimę nasi rozmówcy nie narzekają. Najbardziej cieszy ich, gdy śniegu jest kilkanaście centymetrów. Wtedy najłatwiej przygotować skocznię, zeskok i najazd. Najważniejsza jest jednak temperatura. Jeśli wynosi kilka stopni na minusie, to bardzo pomaga. 'Strachoczanka' ma tory lodowe zmrożone. - Przed każdym konkursem czy treningiem ważne jest przygotowanie torów, co jest pracochłonne. Trzeba wlać dużo wody, a nie mamy jej ma na miejscu, dowozimy - opowiada Adrian Cecuła.
Zrobienie najazdu zajmuje do sześciu godzin, potem trwa zmrożenie - najlepiej nocą. W sumie przygotowanie skoczni na zawody w Strachocinie zajmuje nawet dwa dni. Tegoroczna zima jest krótka, ale intensywna. Dla skoków w Strachocinie jest lepsza niż rok temu. W zeszłym sezonie udało się skoczyć tylko kilka razy i to bez treningów, o konkursach nie było mowy. W tym roku zawody mogły się odbyć, w ostatnich wzięło udział 11 zawodników.
Organizatorzy mówią, że chętnych byłoby więcej, ale skoki w Strachocine odbywały się w tym samym czasie, kiedy zawody Pucharu Świata w Zakopanem, więc część fanów tej dyscypliny siedziała przed telewizorami, a cześć pojechała do Zakopanego. - Zawsze mamy takiego pecha, że akurat kiedy mamy dobre warunki do skoków, to wypada cykl zawodów w Polsce - Wisła, Zakopane i Szczyrk. Największą frekwencję mieliśmy w czasie pierwszych, historycznych zawodów w 2019 roku. Wtedy wystartowało 25 zawodników - opowiada Adrian Cecuła.
Zawody, choć amatorskie, budzą niemałe emocje. Czasem jednak widoczne deski konstrukcji skoczni czy zawodnicy w dresach wywołują też uśmiech. Ale - jak podkreślają nasi rozmówcy - na jeden szyderczy głos przypada dziesięć prawdziwego wsparcia czy podziwu, które otrzymują od internautów i kibiców. - Mamy do tego bardzo duży dystans, czasami też się z siebie pośmiejemy. W żaden sposób to w nas nie uderza personalnie, a tym bardziej nie zniechęca nas do działania - zapewnia Adrian Cecuła. Organizatorzy skoczni w Strachocinie mają nadzieję, że w tym sezonie uda im się jeszcze przeprowadzić zawody. Liczą, że pogoda na to pozwoli.