Porodówka jest czy nie ma? Byliśmy w szpitalu w Lesku. "Słowa premiera mnie zszokowały"
Spór o porodówkę w Lesku na Podkarpaciu przerodził się w polityczną i społeczną burzę. W jej centrum znalazły się słowa Donalda Tuska, o tym, że oddział nie został zamknięty. - Mnie to zszokowało. Byłam przekonana, że pan premier wie, co się dzieje - mówi TOK FM przewodnicząca szpitalnego związku zawodowego pielęgniarek i położnych.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak słowa premiera komentował w TOK FM były minister zdrowia Bartosz Arłukowicz?
- Jak na słowa szefa rządu zareagowali pracownicy szpitala w Lesku?
- Dlaczego liczba porodów w szpitalu w Lesku jest kwestią sporną?
Sprawa zaczęła się od piątkowej wypowiedzi premiera w TVN24. Donald Tusk zapewniał, że porodówka w Lesku nie została zamknięta. Podkreślał przy tym, że w Polsce nie ma problemu z dostępem do oddziałów położniczych, a sieć porodówek jest jedną z najgęstszych w Europie.
Te słowa wywołały natychmiastową reakcję - zarówno wśród polityków opozycji, jak i osób bezpośrednio związanych z leskim szpitalem. Krytycy wskazywali, że oddział faktycznie nie funkcjonuje, a kobiety z regionu muszą szukać pomocy w innych miastach.
Arłukowicz w TOK FM: To nie manipulacja, tylko fakty
W obronie premiera stanął były minister zdrowia Bartosz Arłukowicz. W "Poranku TOK FM" przekonywał, że sprawa jest bardziej złożona. Jak argumentował, porodówka znajduje się w remoncie, a wokół niej trwa "przepychanka". Zwracał też uwagę, że dyrekcja szpitala wcześniej sama występowała o zamknięcie oddziału. Prowadząca rozmowę Dominika Wielowieyska stwierdziła, że premier "zaliczył wpadkę", mówiąc, że porodówka "nie została zamknięta". - Następują próby dosyć nieudolnego odkręcania - komentowała.
- Co pani nazywa "nieudolnym odkręcaniem"? Fakty? Ta porodówka jest w remoncie - przekonywał Arłukowicz. - Tak, ona jest zamknięta, jest także w remoncie, który przedłuża się w nieskończoność. To kolejne pytanie, dlaczego remont tyle trwa? - kontynuował europoseł. Jednocześnie polityk podnosił kwestię niewielkiej liczby porodów, sugerując, że utrzymywanie takich oddziałów bywa nieefektywne ekonomicznie.
Szpital: Porodówka nie istnieje!
Zupełnie inną wersję przedstawiają pracownicy szpitala w Lesku. Magdalena Dąbrowska, przewodnicząca związku pielęgniarek i położnych, mówi wprost: "Oddział został zlikwidowany". - Porodówka była zawieszona od 1 lipca 2025 roku, natomiast od 1 stycznia 2026 roku już nie istnieje - podkreśla jednoznacznie. Jak zaznacza, decyzja o likwidacji zapadła formalnie i nie ma charakteru tymczasowego. Dlatego - jej zdaniem - mówienie o "remoncie" jest mylące dla opinii publicznej.
Dąbrowska nie kryje też zaskoczenia słowami premiera. - Byłam przekonana, że pan premier wie, co się dzieje w leskim szpitalu - komentuje pracownica. - W 2023 roku, podczas kampanii, rozmawialiśmy z nim tutaj na temat m.in. tego oddziału i wtedy już pan premier deklarował, że trzeba wprowadzić rozwiązania systemowe, szczególnie dla takich miejsc, jak u nas w Bieszczadach, gdzie gęstość zaludnienia jest znacznie mniejsza niż w większych aglomeracjach - dodaje.
Spór o liczbę porodów
Jednym z kluczowych argumentów w tej dyskusji jest liczba porodów w Lesku. Politycy obozu rządzącego wskazują na ich niewielką skalę. Według pracowników placówki te dane są wyrwane z kontekstu.
- 74 porody były do końca czerwca 2025 roku. Przez kolejne pół roku oddział nie funkcjonował, więc jak miały się odbywać? - pyta Dąbrowska.
Dodaje, że wcześniej w Lesku było około 200 porodów rocznie. Spadek liczby pacjentek miał związek z wieloletnią niepewnością wokół przyszłości oddziału - kobiety wybierały inne szpitale, obawiając się zamknięcia. W tym czasie oddział przynosił miesięcznie ok. 500 tys. zł strat.
Dąbrowska tłumaczy też, że na SOR w Lesku są dwie położne, które dyżurują na zmianach 12-godzinnych. Zabezpieczają ciężarne pacjentki w przypadku, gdyby takie się pojawiły i wymagały transportu do najbliższego oddziału ginekologiczno-położniczego.
Niespełnione obietnice i problem systemowy
Związkowcy przypominają także wcześniejsze deklaracje rządu. W 2025 roku przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia mieli zapewniać, że porodówka zostanie utrzymana, a dla takich regionów jak Bieszczady powstaną rozwiązania systemowe. - Były zapowiedzi, że ten oddział musi zostać - mówią pracownicy.
Do dziś jednak nie udało się wdrożyć alternatywy. Planowana ginekologia nie powstała, m.in. z powodu - jak twierdzi dyrekcja - niewystarczającego finansowania ze strony NFZ. W efekcie szpital boryka się z narastającymi problemami finansowymi, a personel otrzymuje niepełne wynagrodzenia.
"To nie autostrady, tylko Bieszczady"
O porodówce w Lesku pisaliśmy na tokfm.pl i mówiliśmy w naszych serwisach na antenie radia wielokrotnie. Po likwidacji oddziału kobiety z regionu muszą jeździć do innych miast - m.in. Krosna czy Rzeszowa. To często kilkadziesiąt, a w skrajnych przypadkach powyżej stu kilometrów, które w warunkach bieszczadzkich nie są łatwe. Na to zwraca uwagę lokalny społecznik Duszan Augustyn z ruchu "Porodówka w Bieszczadach ma zostać". - To jest obszar górzysty, z trudnymi drogami. Zimą są oblodzenia, latem korki, bo trwa sezon turystyczny. W takiej sytuacji ktoś może po prostu nie zdążyć - podkreśla.
Jak dodaje, problem dotyczy ogromnego obszaru obejmującego kilka powiatów. - Mówimy o tysiącach kilometrów kwadratowych bez porodówki, o obszarze 6-krotnym większym od Warszawy. To nie jest statystyka, to realne ryzyko dla kobiet i dzieci - zaznacza.
Źródło: TOK FM