,
Obserwuj
Podkarpackie

Piękne do odpoczynku, trudniejsze do życia. Tak pustoszeją Bieszczady

5 min. czytania
10.05.2026 07:00

- Gdy przyjeżdżam do domu w Bieszczady i chcę się spotkać z kimś, z kim chodziłem do szkoły, to jest to utrudnione. Nikogo tam nie ma - mówi Michał, który po studiach wyjechał z Leska do Rzeszowa. Jego historia nie jest wyjątkiem. W Bieszczadach od lat trwa powolny proces odpływu mieszkańców. Młodzi wyjeżdżają za edukacją i pracą, starsi zostają, a samorządy próbują przekonać ludzi, że region może być czymś więcej niż tylko wakacyjną pocztówką.

 (Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl)
(Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl)
fot. Agencja Wyborcza

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego coraz więcej osób opuszcza Bieszczady?
  • Co robią samorządy, by zachęcić mieszkańców do pozostania w Bieszczadach?
  • Dlaczego turystyka nie jest rozwiązaniem idealnym dla lokalnej społeczności?
  • Jak rozumieć pojęcie "podatek za odległość", którego - w kontekście tego regionu - używa socjolog?

"Tu nie ma przyszłości"

Bieszczady od lat funkcjonują w polskiej wyobraźni jako miejsce ucieczki od wielkiego miasta. Hasło "rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady" stało się symbolem spokoju, wolności i życia bliżej natury. Problem w tym, że dla wielu mieszkańców to nie romantyczna wizja, ale codzienność pełna ograniczeń.

- Jeżeli ktoś chce pracować w zawodzie, to tam nie ma takiej opcji. Musi wyjechać czy to do Rzeszowa, czy do Krakowa, do jakiegoś większego miasta - mówi Michał.

Jak podkreśla, większość jego rówieśników już wyjechała. Część pracuje w dużych miastach, część za granicą. Ci, którzy zostali, często zatrudniają się w lokalnych sklepach, tartakach, Straży Granicznej albo próbują utrzymać się z turystyki i agroturystyki.

Podobne obserwacje ma burmistrz Leska Adam Snarski. - Młodzi emigrują za edukacją, emigrują za pracą. Jak ktoś wyjedzie z tych młodych i poznaje swoją miłość życia gdzieś tam w Warszawie, Gdańsku czy Krakowie, no to tam się jednak osiedla - mówi samorządowiec.

Dodaje jednak, że wielu z nich wciąż czuje silny sentyment do rodzinnych stron. - Jest ogromna tęsknota do tych Bieszczadów, do miejsca, z którego pochodzą. Z jednej strony stoją przed karierą i większymi perspektywami, a z drugiej chcieliby mieszkać dalej w tym pięknym regionie - tłumaczy.

Turystyka daje pracę. Ale głównie sezonową

Bieszczady żyją przede wszystkim z turystyki. Problem polega jednak na tym, że turystyczny boom trwa kilka miesięcy w roku (w dodatku jest uzależniony od pogody), a mieszkańcy muszą utrzymać się przez dwanaście. - Podczas tego krótkiego sezonu turystycznego mieszkańcy muszą często zarobić na cały rok - mówi socjolog Duszan Augustyn, na co dzień mieszkający w Bieszczadach.

Jak zauważa, po transformacji ustrojowej zmienił się też profil samej turystyki. Dawne Bieszczady tanich schronisk, zakładowych ośrodków wypoczynkowych i studenckich wyjazdów zaczęły przekształcać się w region coraz droższy, nastawiony na bardziej zamożnego klienta.

- Mamy do czynienia ze zjawiskiem gentryfikacji, czyli wypierania lokalnych mieszkańców i małych biznesów przez dużych inwestorów wchodzących w region z kapitałem - ocenia Augustyn. To oznacza, że część pieniędzy zarabianych na turystyce nie zostaje już w regionie.

Redakcja poleca

Z drugiej strony dla wielu mieszkańców agroturystyka pozostaje jedną z niewielu możliwości utrzymania się na miejscu. - To jest popularny biznes w tym miejscu. Co roku na wakacje czy majówkę przyjeżdża mnóstwo osób i gdzieś trzeba spać - mówi Michał.

Problem w tym, że nie każdy chce pracować wyłącznie sezonowo.

- W turystyce każdy znajdzie pracę, szczególnie w sezonie. Ale nie każdy chce pracować tylko i wyłącznie w sezonie, na umowach chwilowych - przyznaje burmistrz Leska.

"Podatek za odległość"

Zdaniem socjologa Duszana Augustyna problem Bieszczadów nie sprowadza się wyłącznie do rynku pracy. Chodzi także o dostęp do usług publicznych i codzienne funkcjonowanie. - Pułapka peryferyjności to takie błędne koło wykluczenia społecznego i ekonomicznego - tłumaczy.

Jak mówi, wraz ze spadkiem liczby mieszkańców rosną koszty utrzymania szkół, transportu publicznego czy ochrony zdrowia. Państwo i samorządy zaczynają więc ograniczać część usług, a mieszkańcy coraz więcej muszą organizować sami.

Socjolog używa nawet pojęcia "podatku za odległość". - To nie są tylko koszty finansowe. To również ogromna ilość czasu wydawanego na długie dojazdy do lekarza, szkoły czy urzędu - podkreśla.

W praktyce oznacza to sytuacje, w których zwykła wizyta lekarska staje się całodniową wyprawą. - Mieszkając w miejscowości, gdzie przedszkole zamyka się o 13, szkoła jest oddalona o kilkanaście kilometrów, a do lekarza trzeba jechać pół dnia, mieszkańcy są po prostu uwiązani w swoich domach - mówi Augustyn. Najmocniej odczuwają to seniorzy, samotni rodzice i osoby bez samochodu.

"Po 16 to miasto jest puste"

Problemem okazuje się także codzienne życie społeczne. Michał przyznaje, że gdy wracał do rodzinnych stron, brakowało mu miejsc, gdzie młodzi ludzie mogliby spędzać czas. - Po zmroku za bardzo nie było co robić - mówi.

Burmistrz Leska przyznaje mu rację. - W Lesku nie było co robić po zmroku. Nawet nie po zmroku, już po godzinie 16 to miasto jest puste - mówi Adam Snarski.

Dlatego samorząd próbuje inwestować nie tylko w turystykę, ale też w jakość życia mieszkańców. Powstał taras widokowy na wzgórzu Baszta, rozwijane są tereny wokół źródełek mineralnych, a w planach są bulwary nad Sanem, ścieżki rowerowe, pumptrack i modernizacja centrum miasta. - Nikt nie chce tutaj skansenu z pięknymi widokami. Chcemy żyjących Bieszczadów - podkreśla burmistrz. Samorząd planuje też budowę mieszkań komunalnych dla młodych ludzi. - Chcemy stworzyć "osiedle młodych", żeby osoby w wieku produkcyjnym mogły tu mieszkać i zakładać rodziny - zapowiada.

Czy da się zatrzymać odpływ mieszkańców?

Eksperci podkreślają, że same inwestycje w turystykę nie wystarczą. Potrzebne są rozwiązania systemowe: lepszy transport publiczny, opieka nad seniorami i dziećmi czy wsparcie dla lokalnej przedsiębiorczości.

Duszan Augustyn zwraca uwagę, że podobne problemy mają też inne peryferyjne regiony Europy. Na Łotwie działają specjalne "domy młodzieży", gdzie dzieci mogą zostać po lekcjach pod opieką pedagogów do czasu powrotu rodziców z pracy. W Skandynawii czy Niemczech funkcjonują systemy sąsiedzkich podwózek dla mieszkańców odciętych od komunikacji publicznej.

- Bieszczady potrzebują usług publicznych zapewniających mieszkańcom możliwość normalnego życia i pracy - mówi socjolog. Jego zdaniem region ma potencjał nie tylko turystyczny, ale także związany z przemysłem drzewnym, rękodziełem czy pracą zdalną. - Nie wyobrażam sobie lepszego miejsca na świecie niż Bieszczady do pracy zdalnej, byle tylko było gdzie skorzystać z pomocy lekarza - podsumowuje.

Bo dziś największy problem Bieszczadów nie polega na tym, że ludzie nie chcą tam mieszkać. Problem w tym, że coraz trudniej jest tam po prostu normalnie żyć.

Radio TOK FM prowadzi akcję "Temat weekendu", w ramach której - co weekend - skupia się szczegółowo na wybranym zagadnieniu. W ten weekend to zagadnienie brzmi: "Co robią gminy i małe miasta, żeby zatrzymać młodych ludzi?". Dlatego w sobotę i w niedzielę część audycji na naszej antenie jest związana właśnie z tym problemem. 

Quiz: Quiz TOK FM. 10 pytań o wydarzenia z mijającego tygodnia. Sprawdź, co pamiętasz.

1/10 W niedzielę 3 maja prezydent Karol Nawrocki powołał Radę Nowej Konstytucji. Do kiedy - według jego zapowiedzi - ma powstać projekt nowej Konstytucji?

Źródło: TOK FM