,
Obserwuj
Podkarpackie

Niezwykłe znaleziska w zabytkowej studni. "Niesamowita historia. Nie wszyscy uwierzyli"

5 min. czytania
15.12.2024 09:00
W Sanoku na Podkarpaciu zakończyły się kilkutygodniowe prace archeologiczne przy zamkowej studni. Muzeum Historyczne rozpoczęło remont ostatniego obiektu na wzgórzu, który dotąd nie był zbadany i odnowiony. Specjaliści chcieli sprawdzić, co przez ostatnie wieki wrzucano do tej studni. Efekty przeszły ich oczekiwania.
|
|
fot. Muzeum Historyczne w Sanoku

Pracami kierował dr Piotr Kotowicz, archeolog Muzeum Historycznego w Sanoku, prywatnie kibic miejscowej drużyny hokejowej i kolekcjoner krążków hokejowych. Nie spodziewał się, że z tą właśnie pasją będą związane jedne z pierwszych wyciągniętych ze studni 'skarbców'. To dwa krążki z lat 80. XX wieku.

Jeden czysty - bez żadnych nadruków. Na drugim widać zatarte logo nieistniejącej już drużyny ŁKS Łódź, która w swoim czasie święciła triumfy. - Niesamowita historia. Nie wszyscy nawet w nią uwierzyli. Niektórzy moi koledzy uważali, że zdjąłem krążki ze swojej kolekcji i wrzuciłem do studni, żeby je potem wydobyć. Tak nie było! - zapewnia z śmiechem archeolog. Domyśla się, że krążki trafiły do studni po jakimś meczu, gdy kibic - nie mając może monet - wrzucił je tam na szczęście albo na szczęście dla swojej drużyny.

Pięć wiader monet

To właśnie monety królują wśród przedmiotów wydobytych ze studni w Sanoku. W gabinecie dra Kotowicza jest ich aż pięć wiader. Czekają na policzenie. Najwięcej jest tych z czasu PRL, wśród nich także węgierskie i czechosłowackie, ale są również starsze i ciekawsze - np. moneta francuska z 1944 roku czy jeszcze przedwojenna, niemiecka z 1938 roku już ze znakami nazistowskimi.

Duża część tych monet to zupełnie współczesne pieniądze, z ostatnich 30 lat, ale tu jest więcej monet zagranicznych. - Widać, że w Sanoku pojawił się turysta z zagranicy i nie tylko z dawnego bloku wschodniego, bo mamy monetę meksykańską, afrykańską, amerykańskie, szwedzkie, o euro już nawet nie wspomnę - mówi archeolog. W warstwie z czasów PRL specjaliści wyłowili też mnóstwo plastikowych grzebieni. - Może wysuwały się z kieszonki, gdy ktoś się za bardzo nachylił nad studnią - domyśla się dr Piotr Kotowicz.

Ostatnie lata to głównie plastik

To oczywiście nie są jedyne przedmioty, które lądowały w zamkowej studni. Poza fragmentami samej studni i elementami związanymi z militariami ekipa wyłowiła sporo guzików, trochę biżuterii (np. medalików), żyletki i zabawki dziecięce - głównie kostki i samochodziki.

- To, co znaleźliśmy w górnej warstwie, pokazuje dobitnie zmianę cywilizacyjną, jaka się dokonała w ciągu ostatnich 30 lat - mówi kierujący pracami przy zamku w Sanoku.

70 centymetrów od powierzchni rozpoczęcia poszukiwań (czyli w warstwie, jaka powstała w ostatnich 20-30 latach) to głównie plastik - worki, opakowania po różnych produktach spożywczych, plastikowe butelki, opakowania po lodach itd. - W okresie PRL takich rzeczy w ogóle nie ma. Właściwie nie ma plastiku. To warstwy czyste z takich śmieci. To pokazuje, jak nasza cywilizacja się zmienia. Smutny jest to obraz dla archeologa też i dający do myślenia, co będą badać ci, którzy przyjdą po nas i jak nasza cywilizacja im się ukaże - mówi dr Piotr Kotowicz.

Trudna akcja schodzenia w głąb studni

Studnia na dziedzińcu zamku w Sanoku powstała w pierwszej połowie XVI w.. Ufundowała ją królowa Bona. Wzmianki o budowie są w dokumentach (inwentarzu) z 1548 roku, a w kolejnym - z 1558 roku - budowla jest opisana jako stojąca przed kuchnią i łaźnią, murowana, kryta gontem, z dwoma wiadrami do wyciągania wody.

W XX w. dwukrotnie podejmowano próby jej zbadania. Po raz pierwszy pod koniec lat 50., kiedy do Sanoka przyjechała grupa speleologów z Zakopanego. Mieli nadzieję na odkrycie podziemi pod zamkiem, o których w mieście krążyły legendy. Ostatecznie okazało się, że to tylko legendy. Speleolodzy poznali się jednak z miejscowymi strażakami, którzy zaoferowali wspólną akcję zejścia w głąb studni. Na rusztowaniu na studni zamontowano motopompę obsługiwaną przez mechanika, który niemal przypłacił to życiem, bo studnia natychmiast wypełniła się spalinami. Potem były kłopoty z ponownym uruchomieniem motopompy, więc akcja została odwołana.

Do kolejnej próby doszło w 1994 r. w czasie jednego z remontów zamku. Na zaproszenie archeologa Roberta Fedyka do Sanoka przyjechała grupa płetwonurków z Warszawy. Im udało się zejść do studni, wyciągnęli z niej wiadro monet i trochę gruzu, ale nie byli w stanie pracować na dole przez dłuższy czas. Wyjechali z Sanoka z informacją, że w studni są wgłębienia, które mogą być tunelem prowadzącym w stronę zamku. Najnowsze badania wykluczyły jednak tę hipotezę. Ale również współcześni eksploratorzy mieli problemy w czasie tej operacji.

- Co prawda nie z wypompowaniem wody do dna, ale już na dolnych poziomach nawet współczesne pompy nie radziły sobie z wodą, która na bieżąco spływa do studni - opowiada dr Kotowicz. Tym razem nie trzeba było ściągać posiłków z innych części Polski. Do wnętrza studni, na linach, schodzili speleolodzy - strażacy OSP spod Sanoka, którzy wydobywali materiał, przesyłali zdjęcia z głębi studni na górę i byli w kontakcie z ekipą na powierzchni. By byli bezpieczni, do studni dostarczane było powietrze, a jego skład był stale monitorowany. Sprawdzano, czy nie ma tam gazów, które zagrażałyby życiu uczestników akcji. Druga ekipa działała na powierzchni, gdzie trwało płukanie wszystkiego, co kryło się w studni przez dziesięciolecia. - Mieliśmy specjalne sita i płuczki i cały materiał płukaliśmy z tego mułu, strasznie śmierdzącego! Do dzisiaj niektóre moje ubrania nim śmierdzą - mówi archeolog dr Piotr Kotowicz.

'Mieliśmy apetyt na więcej, ale studnia nam się skończyła'

Prace archeologów na jakiś czas trzeba było wstrzymywać, kiedy eksploratorzy dotarli do pocisków z czasów II wojny światowej. Na miejsce dwa razy byli wzywani saperzy, którzy wydobyli w sumie pięć niewybuchów. O tym, że mogą być w studni, mówiło się od dziesięcioleci. Opowiadał o tym pierwszy powojenny dyrektor Muzeum Historycznego Stefan Stefański. Relacjonował, że po wojnie w ten sposób uprzątnięto wzgórze zamkowe. Do studni trafiło też mnóstwo łusek mniejszych - karabinowych i większych.

Okazuje się, że warstwy z czasów II wojny światowej były ostatnimi, z jakimi poszukiwacze mieli do czynienia. Do starszych pokładów nie udało się dotrzeć. - Niestety. Mieliśmy chrapkę na znaleziska z XVI, XVII i XVIII w. Liczyliśmy, że coś tam mieszkańcy zamku powrzucali, jeśli nie skarby i nie złoto, to może jakieś stare wiadra, garnki, którymi czerpano wodę. Nic takiego - mówi archeolog. Okazuje się, że studnia została wyczyszczona albo przez Niemców, gdy wycofywali się z Sanoka, albo przez Rosjan tuż po wojnie, którzy mogli rozebrać zadaszenie studni na opał.

Muzeum Historyczne w Sanoku planuje teraz remont studni, a potem jej uroczyste odsłonięcie (prawdopodobnie w połowie 2025 r.). Będzie temu towarzyszyć wystawa części przedmiotów wydobytych ze studni, także śladów ostatnich lat, czyli dwóch kamyczków szczęścia, z kodami miejscowości, z których pochodzą osoby, które je ozdabiały. Jest też pomysł, by wydobyte monety wróciły do studni, w kapsule z liścikiem dla potomnych.